Trzy Tajlandie

26.02.2014
Tajlandia, „Kraina uśmiechu”, ma coraz mniej powodów do śmiechu. Trwające od listopada 2013 r. przesilenie polityczne, będące kolejną odsłoną w otwartym już w 2005 r. dramacie, jest dalekie od zakończenia. Bangkok ma siedem własnych Majdanów, nie wiadomo, w którym kierunku zmierza Królestwo, a niedawny tygrys gospodarczy zaczynia tracić pazury.

Yingluck Shinawatra, premier Tajlandii. Czy przeniesie siedzibę rządu na północ kraju? (CC BY-NC-SA World Economic Forum)


Obecna fala kryzysu rozpoczęła się w listopadzie 2013 roku. Po inicjatywie pani premier Yingluck Shinawatra, by wprowadzić ustawę amnestyjną, na mocy której m.in. skorzystałby przebywający na banicji w Dubaju jej starszy brat i poprzednik na stanowisku, Thaksin Shinawatra, którego obalono w wojskowym zamachu we wrześniu 2006 roku, ruszył masowy protest przeciwników Thaksina i jego politycznego oraz biznesowego imperium, które mimo jego wygnania mocno się trzyma. Dowodem jest choćby wejście pani Yingluck na stanowisko premiera, chociaż wcześniej nie miała ona nic wspólnego z polityką, całkowicie realizując się w biznesie.

Na czele antyrządowej rebelii stanął formalnie ruch o enigmatycznej nazwie Ludowy Komitet na rzecz Demokratycznych Reform (PDRC), o jeszcze bardziej enigmatycznym programie, a fizycznie Suthep Thugsuban, wicepremier w poprzednim gabinecie. Zwiększając nacisk na rząd 13 stycznia tego roku zainicjowali oni kampanię „zamykania Bangkoku”, w ramach której w siedmiu najbardziej newralgicznych punktach komunikacyjnych stolicy ustawiono sceny, mikrofony i silne wzmacniacze, z których na okrągło płynie antyrządowa retoryka i propaganda pod nieskrywanym już teraz hasłem: Ród Shinawatra (czytaj: jego imperium biznesowe) musi opuścić kraj!

W ten sposób Bangkok ma nie jeden Majdan, jak w Kijowie, ale jest ich aż siedem. Aż dwa kanały telewizyjne dają relacje na żywo ze wszystkich scen. A równocześnie jeden z kanałów kontrolowanych przez rząd w podobny sposób wyżywa się na opozycji, korzystając z tych samych środków: demagogii, populizmu i antykorupcyjnej retoryki (zarówno Thaksin, jak Suthep mają za sobą zarzuty o korupcję, a teraz stawia się je także Yingluck).

Stosując typową ucieczkę do przodu gabinet pani Yingluck zaordynował na 2 lutego przedterminowe wybory, licząc, że po raz kolejny je wygra. Ale akcja nie powiodła się, bowiem PDRC w stolicy i na południu kraju skutecznie je storpedował. W ten sposób kryzys polityczny przeobraził się w konstytucyjny, bowiem od chwili nieudanych wyborów rząd jest już tylko gabinetem pełniącym obowiązki, a parlamentu w ogóle brak.

W tej sytuacji pierwszoplanową rolę w państwie zaczynają odgrywać sądy, Komisja Wyborcza i Urząd Antykorupcyjny. W lutym wyszło na jaw, iż obecny gabinet próbował skupować ryż po zaniżonych cenach (zamiast 615,55 dol. za tonę, tylko 447,55 dol.) i sprzedawać go Chinom w ramach rzekomego międzyrządowego porozumienia. Gdy jednak gabinet popadł w polityczne tarapaty, Chiny transakcji nie potwierdziły, ryż pozostał w elewatorach, gdzie – według Ministerstwa Handlu – znalazło się go ponad 17 mln ton. Rząd stracił na operacji, według szacunków, ponad 2 mld dolarów, których w kasie brak. Nie spełnił więc zobowiązań wobec producentów. W efekcie, tysiące rolników ma niezapłacone rachunki za dostawiony ryż. Oni też dołączyli do buntu. A kwestia trafiła do Komisji Antykorupcyjnej, która może postawić zarzuty obecnej premier podobne do tych, które wygoniły z kraju jej brata…

Tym samym sytuacja stała się groźna już nie tylko pod względem politycznym, ale także gospodarczym. Na łamach poczytnego dziennika „Bangkok Post” głos zabrał były dwukrotny premier Anand Panyarachun, chyba najbardziej szanowany ze wszystkich byłych szefów rządu. Przestrzegł, że dalsze utrzymywanie się kryzysu grozi niczym innym jak „katastrofą gospodarczą”.

Szanowany i wiarygodny Tajski Instytut Badań Rozwojowych, na czele którego kiedyś stał Anand, właśnie opublikował raport, z którego wynika, że pozbawiony mocy gabinet nie jest w stanie nie tylko zapewnić wzrostu, ale nawet utrzymać dyscypliny budżetowej, bowiem „środki (publiczne) zaczęły przepływać poza wszelką kontrolą”.

Potwierdzają te oceny dostępne statystyki. Rząd początkowo planował na ten rok wzrost PKB rzędu 4,5 proc., czyli jeden z najwyższych w minionym dziesięcioleciu, bowiem Tajlandia, mocno uzależniona od eksportu, została silnie uderzona kryzysem z 2008 roku. Po wybuchu protestów dokonano korekty, zapowiadając na 2014 r. wzrost rzędu 3,5 proc. A teraz istnieją już – poważne – obawy, czy w ogóle do niego dojdzie, albowiem według właśnie opublikowanych danych tajskiego Głównego Urzędu Statystycznego wzrost PKB za ostatni kwartał 2013 r., w stosunku do tego okresu z roku poprzedniego wyniósł tylko 0,6 proc. To namacalny dowód, że gospodarka spowalnia.

To bynajmniej nie jedyne zagrożenie, przed jakim obecnie Tajlandia stanęła, i chyba nawet nie największe. Wydaje się, że trafił w sedno wspomniany „Bangkok Post”, który w magazynie weekendowym z 9 lutego, w obszernym materiale zastanawia się, czy Tajlandii grozi rozłam. To zasadne pytanie.

Kraj już od 10 lat ma do czynienia z buntem kilku prowincji – raz mówi się o trzech, raz o pięciu – które otwarcie wypowiadają posłuszeństwo władzom centralnym. W tym niedocenianym przez świat konflikcie – o podłożu religijnym (islamiści buntują się przeciwko buddystom) i socjalnym, bo centrala nigdy nie dawała należytych środków tym „zbuntowanym prowincjom” – zginęło już ponad 4 tys. osób – i nadal giną. Tak było nawet przy okazji nieudanych wyborów 2 lutego, mimo że w siedmiu prowincjach do nich nie doszło. Tamtejsi mieszkańcy, nawet nie mówiący po tajsku, lecz posługujący się lokalnym narzeczem, chcą wyjścia z Królestwa i odbudowy Sułtanatu Pattani, który niegdyś na tych terenach istniał, a potem został przez odchodzących Brytyjczyków sztucznie podzielony. Ten konflikt rozniecił na nowi nie kto inny, jak Thaksin Shinawatra, wychodząc z doktryny „z terrorystami się nie rozmawia”. O tej pory, mimo wielu wysiłków, nikt w Bangkoku nie miał dobrego pomysłu, jak z tego pata wyjść.

Thaksin, przed wejściem do polityki rzutki biznesmen, który dorobił się fortuny na rządowych zamówieniach w dziedzinie nowoczesnych technologii (gdy pod politycznym naciskiem sprzedawał rodzinną firmę koncernowi Temasek z Singapuru, transakcja opiewała na ponad 2 mld dol., a więc na sumę ponad 1 proc. PKB państwa!) dokonał jeszcze wielu innych podziałów. Najgłębszy z nich, to ten na uprzywilejowaną stolicę i zaniedbaną prowincję, na bogatą arystokrację i spauperyzowaną prowincję, głównie na Północy kraju, żyjącą najczęściej z rolnictwa.

Ponieważ Thaksin był pierwszym tajskim premierem, który tymi drugimi się zajął, odkąd monarchia jest konstytucyjna (czyli od 1932 r.), zaskarbił sobie wdzięczność tamtejszej ludności. To dzięki niej partie tworzone przez niego i związanego z nim obozu wygrywały wszystkie demokratyczne wybory po 2001 r. – i stąd była zagrywka, nie do końca udana, z wyborami przedterminowymi, by tym samym umocnić swój mandat.

„Afera ryżowa” po raz pierwszy podważa ten schemat, ale nadal uzasadnione jest pytanie, czy kraj nie pęknie na pół i obok zbuntowanego już od dawna Południa nie wyłoni się zbuntowana z innych powodów Północ. Ród Shinawatra, chiński z pochodzenia, wywodzi się bowiem z Chiang Mai, zwanego „Północną stolicą”. Niektórzy, bardziej krewcy doradcy obecnego gabinetu, zaproponowali pani premier przeniesienie siedziby rządu właśnie tam, bowiem tę w stolicy demonstranci spod znaku PDRC najpierw zablokowali a ostatnio – dosłownie – zamurowali, lejąc cement pod prowadzące doń bramy.

Taki scenariusz, ucieczka rządu na Północ, to nic innego jak zarzewie kolejnego, otwartego konfliktu, a nawet wojny domowej. Wtedy i „afera ryżowa”, i spowolniony wzrost gospodarki znaczyłyby niewiele w porównaniu do złowrogiego scenariusza rozpadu Królestwa na trzy odrębne podmioty.

Co w takim razie na to powszechnie szanowany król Bhumibol Adulyadej, głowa państwa i uosobienie jedności królestwa? Jego zwolennicy, w tym ci spod znaku PDRC, występujący nawet w T-shirtach z napisem „Jesteśmy gotowi zginąć za Króla”, powiadają lub przynajmniej dają do zrozumienia, że 86-letni i mocno schorowany monarcha już nie do końca jest w stanie pełnić swych obowiązków. Ale chętnie występują w jego imieniu.

Kiedy w 1992 r. doszło w Tajlandii do politycznego przesilenia, ulicznych walk i ofiar, król wezwał do siebie do pałacu przywódców obu stron, pouczył ich należycie i kazał zakończyć konflikt. Co na drugi dzień się stało. Teraz tego nie robi. Nie może czy też nie chce? Nikt nie zna odpowiedzi na te kluczowe pytania. W ich miejsce rodzą się spekulacje.

Jedno jest pewne, król – najdłużej panujący monarcha na globie – jest powszechnie szanowany, czego jednak nie można powiedzieć o potencjalnych jego następcach, począwszy od jedynego w czwórce rodzeństwa z tej królewskiej pary, księcia Vajilonkorna. Stąd obawy, teraz już powszechne, co będzie dalej?

To rozłożony na etapy i przeciągający się dramat o nazwie „sukcesja królewska”, którego końca nie widać, bo przecież nikt nie wie, jak długo jeszcze król Bhumibol pozostanie na tym świecie. Tym bardziej więc nie wiadomo, co jeszcze się w Tajlandii w najbliższym czasie wydarzy. Miejmy nadzieję, że nie dojdzie do realizacji złowrogiego scenariusza rozpadu królestwa na trzy części. Formalnie nikt się z nim nie liczy, tak groźny jest swej wymowie, ale już sam fakt, iż zaczęto go poważnie rozważać, jest znaczący.

Za zabawą, kupletami i antyrządowymi skeczami, popartymi głośną muzyką na siedmiu scenach w Bangkoku rozgrywa się o wiele poważniejszy teatr cieni. Nikt, dosłownie nikt nie wie, jaki będzie ostatni akt tego dramatu. Co każe stawiać wokół Tajlandii, w tym jej stale dotąd rosnącego znaczenia komunikacyjnego i gospodarczego w regionie, wiele znaków zapytania. Dlatego na Bangkok trzeba dzisiaj uważniej patrzeć.

Autor był ambasadorem w Królestwie Tajlandii. Opublikował tom „Zmierzch i brzask. Notes z Bangkoku”. W ostatnich tygodniach przebywał w Królestwie ponownie.

OF


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test