W Ameryce Łacińskiej prawica idzie w górę

21.06.2016
Wygląda na to, że w latynoamerykańskiej polityce następuje zwrot w prawo: świadczą o tym zmiany w rządach Argentyny i Brazylii oraz korekty kursu w Chile. Zwrot ten można by właściwie potraktować jak latynoamerykański wariant kwitnącego na Zachodzie romansu z ruchami antyestablishmentowymi.

Mohamed A. El Erian


Latynoamerykański zwrot w prawo to złożone zjawisko, które nie jest efektem „pociągnięcia”, wywołanego atrakcyjnością polityki gospodarczej, za jaką opowiada się prawica. Odzwierciedla to przede wszystkim „pchnięcie”, spowodowane anemicznym wzrostem gospodarczym oraz rozczarowującym dostępem do dóbr publicznych, zwłaszcza usług społecznych.

Latynoamerykańska zmiana oznacza, że rządy tego regionu muszą być postrzegane jako dbające o obywateli. Inaczej zwrot ten okaże się tylko przystankiem na niepewnej ścieżce – bardziej skomplikowanej politycznie i trudniejszej do sterowania pod względem gospodarczym – która wiedzie ku jeszcze bardziej niestabilnemu przeznaczeniu.

Dowody zachodzącej zmiany politycznej pojawiają się w różnych formach. Argentyna po latach nieodpowiedzialnych pod względem fiskalnym rządów rodziny Kirchnerów opowiedziała się za Mauricio Macrim, byłym przedsiębiorcą, reprezentującym ugrupowanie prawicowe. W Brazylii senat podczas rozstrzygającej debaty „okresowo zawiesił” prezydent Dilmę Rousseff w pełnieniu obowiązków, a jej następca sygnalizuje odwrót od lewicowej polityki Partii Pracujących.

Kurs zmieniają nawet rządy sprawujące władzę. W Chile Michelle Bachelet została wprawdzie ponownie wybrana na prezydenta, ale w polityce gospodarczej jej rząd sygnalizuje ruch w prawo. Kuba pod rządami prezydenta Raúla Castro powiększa możliwości legalnego działania firm prywatnych.

A w Wenezueli – kraju, który tragicznie igra ze statusem „państwa upadłego” – rząd prezydenta Nicolasa Maduro zmaga się z narastającymi problemami gospodarczymi i finansowymi. Ich źródłem są pozbawione podstaw rozwiązania, zapoczątkowane za czasów jego poprzednika, Hugo Cháveza. W obliczu powszechnych braków towarów i niesprawności rynków – w tym walutowego – rząd kraju stracił już kontrolę nad Zgromadzeniem Narodowym, a opozycja szuka obecnie zgodnego z konstytucją sposobu skrócenia kadencji prezydenta.

Polityczną dynamikę regionu napędza kilka czynników. Silny spadek międzynarodowych cen surowców, jak ropa i miedź, w połączeniu ze spowolnieniem gospodarki chińskiej spowodował zmniejszenie dochodów eksportowych tego regionu i uwypuklił wewnętrzne wyzwania gospodarcze. Nasiliły się one wskutek większej niestabilności przepływów finansowych do krajów wschodzących, większej niepewności co do bezpośrednich inwestycji zagranicznych oraz obaw przed skutkami  jakie dla handlu międzynarodowego może mieć narastająca retoryka antyglobalizacyjna. Obecna ona jest w tegorocznym, niezwykłym wyścigu prezydenckim w Stanach Zjednoczonych.

Spowodowane tym pogorszenie wyników gospodarczych – także głęboka recesja w Brazylii i w Wenezueli – uwydatniło powszechne niezadowolenie z usług publicznych i umocniło występujące od dawna zaniepokojenie nierównościami oraz sprzeniewierzaniem funduszy publicznych. Powszechne niezadowolenie widoczne jest nawet w państwach tradycyjnie dobrze rządzonych, jak Chile, gdzie grupom społecznym o niższych dochodach wiodło się w ostatnich latach całkiem nieźle i gdzie skala oszustw – udokumentowanych i domniemanych – w sferach oficjalnych jest w zestawieniu z sąsiednimi krajami wręcz nikła.

Głównymi w regionie beneficjentami tych gospodarczych i społecznych rozczarowań są jak dotychczas partie i programy prawicowe. Wielu żywi nadzieję, że ta polityczna zmiana – prowadząca do poprawienia istniejących rozwiązań i bardziej skutecznych działań antykorupcyjnych – może stać się katalizatorem szybszego wzrostu. Ale uwaga: jeśli dzisiejszym politycznym zwycięzcom nie uda się zapewnić wyraźnie szybszego i znacznie bardziej inkluzyjnego wzrostu gospodarczego, to ich elektorat zapewne przesunie się gdzie indziej.

Jeśli na zmianę w Ameryce Łacińskiej spojrzeć z perspektywy globalnej, to wygląda ona na element występującego w ogólniejszym wymiarze wzrostu niezadowolenia z „establishmentu”. Nie ogranicza się ono do rządów. Obejmuje także elity sektora prywatnego, zwłaszcza banków i firm wielonarodowych.

Efektem tego jest w Stanach Zjednoczonych istotny odwrót od polityki kojarzonej z establishmentem, w tym również niespodziewane wyłonienie się Donalda Trumpa jako przypuszczalnego kandydata republikanów na prezydenta, a po stronie demokratów – to, że Bernie Sanders stał się nieoczekiwanie silnym zagrożeniem dla Hilary Clinton. W Europie partie antyestablishmentowe odnoszą coraz większe sukcesy w wyborach lokalnych, regionalnych i krajowych, co utrudnia sformowanie rządu (na przykład w Hiszpanii) i wpływa na najważniejsze decyzje polityczne. Wśród nich na przykład na podjętą przez brytyjską Partię Konserwatywną decyzję o przeprowadzeniu zbliżającego się referendum czyli „Brexit”.

W państwach wschodzących – za wyjątkiem krajów, takich jak Filipiny, gdzie w w wyborach prezydenckich w ubiegłym miesiącu głosujący opowiedzieli się za otwarcie antyestablishmentowym Rodrigo Duterte. Przeważa jednak tendencja do szukania zmiany w obrębie dotychczasowych elit politycznych. Tak można chyba najlepiej scharakteryzować zjawiska, zachodzące w większości krajów Ameryki Łacińskiej.

Obecnie od elit tych zależy, czy zareagują skutecznie na przyczyny powszechnego gniewu, czy też zaryzykują stawienie czoła ruchom antyestablishmentowym – takim jak ich amerykańskie czy europejskie odpowiedniki – które się w końcu pojawią. Taki rozwój wydarzeń poważnie skomplikowałby bowiem polityczny krajobraz regionu i jeszcze bardziej ograniczył szanse na przeprowadzenie w porę korekty polityki gospodarczej.

© Project Syndicate, 2016

www.project-syndicate.org


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test