W ekonomicznych rankingach pełno jest absurdów i paradoksów

10.06.2013
Kraj nieśmiertelnych obywateli, mających nieograniczone dochody, ale bez szkół znalazłby się za Mongolią i Albanią w rankingu Human Development Index. W Rankingu Wolności Gospodarczej, wykonanym przez Heritage Foundation, na szczycie jest Nowa Zelandia, która rozwija się w tempie graniczącym z błędem statystycznym, na szarym końcu Chiny.

Czy mieszkańcy krajów Trzeciego Świata mogą być bardziej zadowoleni z poziomu życia niż np. Szwajcarzy? (CC By Whl,travel, eGuide Travel, be-younger.com, GlacierTim)


Od podobnych absurdów i paradoksów aż się roi w najważniejszych ekonomicznych rankingach, którymi emocjonują się także Polacy.

„Polska w czołówce krajów rozwiniętych społecznie” – trąbiły nagłówki gazet kilka tygodni temu. Powodem euforii było opublikowanie rankingu Social Progress Index (SPI), który opracował prof. Michael Porter z Uniwersytetu Harvarda przy współpracy ze znaną firmą doradczą. W założeniu nie mierzy on poziomu bogactwa, ale czynniki bezpośrednio wpływające na jakość życia, takie jak na przykład dostęp do opieki zdrowotnej i wody pitnej, jakość powietrza czy bezpieczeństwo.

W zestawieniu Polska znalazła się na wysokim, pozornie, siódmym miejscu w Europie i trzynastym na świecie, a wygrała Szwecja, przed Wielką Brytanią i Szwajcarią.

Ale wysoką pozycję zawdzięczamy temu, że autorzy w pierwszej edycji rankingu uwzględnili jedynie 50 państw, czyli mniej więcej jedną czwartą istniejących na świecie. Dodatkowo Anders Corr, z firmy Corr Analytics, policzył, że 85 proc. indeksu można wyjaśnić wysokością PKB na osobę. To oznacza, że autorzy SPI, odżegnując się od dochodu narodowego, de facto stworzyli ranking, który niewiele różni się od rankingu najbogatszych krajów. Co zresztą oczywiste, bo zwykle im kto jest bogatszy, tym więcej wydaje na opiekę zdrowotną, czy ochronę środowiska.

Po co więc tworzyć takie rankingi? Otóż kluczem jest nazwa firmy doradczej, która pojawiła się we wszystkich notkach prasowych. Taki ranking to mnóstwo taniej reklamy dla niej. Taniej, ponieważ autorzy sami przyznają, że osobiście nie zbierali danych (co jest bardzo drogie), a jedynie skorzystali z baz takich instytucji, jak Bank Światowy i Światowa Organizacja Zdrowia. Mając do dyspozycji dobre źródło informacji i arkusz kalkulacyjny sprawny analityk może stworzyć taki ranking w parę godzin.

Zawodne języczki u wagi

Jednym z najbardziej znanych zestawień jest opracowywany na zlecenie ONZ Human Development Index. HDI stworzył pakistański ekonomista Mahbub ul Haq (prace kontynuuje laureat Nagrody Nobla z ekonomii Amartya Sen), a publikowany jest co roku od 1990 r. W skrócie HDI to indeks dający takie same wagi: PKB na osobę, oczekiwanej długości życia i poziomowi edukacji. Jak zauważył na swoim blogu prof. Bryan Caplan z George Mason University w USA, oznacza to, że kraj nieśmiertelnych obywateli, mających nieskończenie wielkie dochody do dyspozycji, ale którzy nigdy nie postawili stopy w szkole, miałby wskaźnik HDI na poziomie 0,666 (w skali od 0 do 1) i zająłby 112 miejsce na świecie, za Mongolią, Albanią, Ukrainą i Kubą.

Caplan zauważa także, że jedna trzecia części edukacyjnej indeksu (czyli jedna dziewiąta całej oceny) to tzw. wskaźnik skolaryzacji, czyli odsetek populacji w danym wieku uczący się w szkole albo studiujący. A by uzyskać maksymalną możliwą ocenę w tej kategorii należałoby zapisać wszystkich, którzy mają mniej niż 25 lat, na studia lub zmusić część do powtórzenia pewnego poziomu edukacji (ci co repetują lata na studiach, podwyższają wskaźnik skolaryzacji; dlatego w teorii może on być nawet wyższy niż 100 proc.). Nadprodukcja studentów to zresztą także sekret stosunkowo dobrej pozycji Polski w tym rankingu (w 2013 r. byliśmy na 39 miejscu na świecie, a po uwzględnieniu nierówności nawet na 30.).

Bezsens wskaźnika HDI wynika z tego, że bogate kraje nie mają w tym rankingu wielkich szans na awans. Średnia długość życia przekracza w nich już 80 lat i kolejne wzrosty w tej kategorii będą najprawdopodobniej bardzo niewielkie i coraz mniejsze. Podobnie wygląda sprawa ze wskaźnikiem skolaryzacji. Są natomiast praktycznie nieograniczone możliwości wzrostu PKB, ale jego wartość to zaledwie jedna trzecia wskaźnika HDI. Jak podsumowuje prof. Caplan, czołowe miejsca krajów skandynawskich w tym rankingu (Szwecji, Danii czy Norwegii) wynikają z tego, że indeks HDI mierzy właśnie to „jak bardzo skandynawski jest dany kraj”.

Mniej wolności szybszy rozwój?

Dużo emocji w Polsce wzbudza Ranking Wolności Gospodarczej (RWG) opracowywany przez fundację Heritage Foundation i dziennik „The Wall Street Journal”. W styczniu podano zestawienie na 2013 r. i w prasie pojawiły się entuzjastyczne komentarze, że Polska jest w dziesiątce krajów na świecie, które najszybciej poprawiają swoją pozycję w rankingu (w 2009 r. na 100 możliwych mieliśmy 60 punktów, w 2013 r. już 66 punktów).

Tymczasem w wydanej w 2006 r. książce „Koniec z nędzą” ekonomista z Uniwersytetu Harvarda, jeden z twórców tzw. planu Balcerowicza, prof. Jeffrey Sachs publikuje wykres. Na poziomej osi zaznacza średni wzrost gospodarczy poszczególnych krajów w latach 1995-2003, na pionowej – średnią ilość punktów w Rankingu Wolności Gospodarczej. Okazuje się, że linia, która oddaje zależność między ilością punktów w RWG a wzrostem gospodarczym, jest praktycznie płaska. To oznacza, że żadnej zależności między tymi wartościami nie ma, a awans w rankingu nie dowodzi, że kraj zaczął się rozwijać szybciej.

Jeśli przyjrzeć się bliżej temu zestawieniu, można to wyraźnie zauważyć. Oto na przykład na 136 miejscu na 177 sklasyfikowanych w 2013 r. państw (w grupie: „W zasadzie bez wolności gospodarczej”) są Chiny, które od dwóch dekad notują wzrost gospodarczy rzędu 8-10 proc. (w 2007 r. – 14,1 proc.). Z drugiej strony, na ósmym miejscu na świecie, czyli dwie pozycje przed USA, jest Mauritius, który w ostatnich latach rozwijał się w tempie 4-5 proc., czyli prawie dwa razy wolniej niż Chiny.

Jeszcze ciekawszym przypadkiem jest Nowa Zelandia, czwarty najbardziej wolny gospodarczo kraj świata, a jej gospodarka w ostatnich latach rosła w tempie 0,7 proc. rocznie. I, co istotne, słaby wzrost nie wynika z faktu, iż państwo to osiągnęło bardzo wysoki poziom bogactwa, bo kraj ten jest niewiele zamożniejszy od Polski (PKB na obywatela, według parytetu siły nabywczej, to w Nowej Zelandii 27 668 dol., a w Polsce 20 334 dol.).

Po szczęście na Kostarykę

Tymczasem rankingomania zaczyna sięgać granic absurdu. Oto w lipcu 2006 r. brytyjski think-tank New Economics Foundation stworzył Happy Planet Index (Światowy Index Szczęścia), ranking, w którym Albania jest wyżej od Szwajcarii. Zwycięzcą zestawienia w 2012 r. była Kostaryka, przed Wietnamem i Kolumbią, a w końcówce listy są Japonia, Niemcy i Francja.

Jak tego dokonano? Otóż kluczowy w tym rankingu jest subiektywnie odczuwany dobrostan (ang. wellbeing) przy niewielkim wpływie gospodarki państwa na środowisko naturalne. W skrócie wygrywają w nim mało rozwinięte państwa (bo nie ma w nich przemysłu, mogącego zanieczyszczać przyrodę), w których ludzie nie mają za wiele, ale czują się szczęśliwi. W czołówce listy nadreprezentowane są państwa z Ameryki Południowej, gdzie jest dużo słońca, co jak wiadomo poprawia nastrój.

Obsesja w poszukiwaniu innych od PKB per capita mierników dobrobytu zintensyfikowała się w ostatnich latach we Francji (złośliwi komentują, że stało się tak dlatego, że PKB Francji przestał rosnąć). We wrześniu 2009 r. ówczesny prezydent Francji Nicolas Sarkozy polecił komitetowi znanych ekonomistów (w jego skład weszli m.in. nobliści Joseph E. Stiglitz z Columbia University i Amartya Sen z Uniwersytetu Harvarda) sprawdzenie czy wzrost PKB to dobry miernik stanu gospodarki.

Prof. Stiglitz zgodził się z Sarkozym i oświadczył, że trzeba „odejść od fetyszyzacji PKB i zrozumieć ograniczenia tego wskaźnika”. Zwrócił też uwagę na to, że w latach 2000-2008 mediana dochodu amerykańskich gospodarstw domowych spadła o 4 proc., chociaż PKB w tym okresie rosło. Zdaniem Stiglitza nie chodzi o to, by zastąpić PKB (wskaźnik ten stosowany jest od lat 30. XX w.), ale by uzupełnić go innymi.

Wydaje się, że problem zasygnalizowany przez Stiglitza można łatwo rozwiązać uwzględniając w ocenach rozwoju gospodarczego państwa tzw. współczynnik Giniego, który jest wskaźnikiem nierównomiernego rozkładu dochodów w społeczeństwie. Wówczas te dwa wskaźniki (PKB na osobę według parytetu siły nabywczej i współczynnik Giniego) dają dobry obraz tego, czy wzrost gospodarczy kraju przekłada się na wzrost zamożności większości obywateli.

Tym bardziej, że w ostatnich tygodniach obalono tzw. paradoks Easterlina. Nazwa pochodzi od nazwiska amerykańskiego ekonomisty prof. Richarda Easterlina, który w 1974 r. wysnuł wniosek, iż wyższe dochody przekładają się na wyższy poziom subiektywnego szczęścia tylko do pewnego poziomu. Jego zdaniem, jeżeli zaspokoiliśmy nasze podstawowe potrzeby wyższe wypłaty nie poprawiają już istotnie naszego samopoczucia.

Tymczasem w kwietniu 2013 r. ekonomiści Betsey Stevenson i Justin Wolfers opublikowali pracę pod tytułem „Subjective Well-Being and Income: Is There Any Evidence of Satiation?”(„Subiektywny dobrobyt i dochód: Czy jest jakikolwiek dowód na to, że istnieje poziom wystarczający?”). Zbadali oni zależności między deklarowanym poziomem satysfakcji z życia (na podstawie ankiet przeprowadzonych na całym świecie przez Instytut Gallupa) oraz dochodem. Okazało się, że we wszystkich badanych krajach większy dochód korelował z wyższym zadowoleniem z życia. Co więcej, wraz ze wzrostem dochodu, przyrosty satysfakcji z życia wcale nie malały. Wniosek jest prosty: jeżeli chcemy być szczęśliwsi, powinniśmy być bogatsi.

Zamiast więc mnożyć kolejne bezsensowne, alternatywne do PKB rankingi, skupmy się na dwóch sprawach: by PKB rosło jak najszybciej i by wyższy dochód narodowy przekładał się na wyższe pensje dla jak największego odsetka obywateli.

OF


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test