W Europie reforma albo rozwód

30.08.2016
Niedomówieniem byłoby stwierdzenie, że od kryzysu z 2008 roku w strefie euro nie dzieje się dobrze. Należące do niej państwa wypadają gorzej niż kraje unijne spoza tej grupy - i dużo gorzej niż Stany Zjednoczone, które były epicentrum kryzysu.


Osiągające najgorsze wyniki kraje strefy euro pogrążone są w kryzysie lub w głębokiej recesji. Ich sytuacja – pomyślmy o Grecji – jest pod wieloma względami gorsza od tej, jakiej doświadczało wiele państw podczas Wielkiego Kryzysu lat 30. XX wieku. Te zaś kraje strefy euro, którym wiedzie się najlepiej, wypadają dobrze tylko w porównaniu z innymi krajami europejskimi. Ich model gospodarczy po części opiera się zresztą na polityce „zubożania sąsiada”, a sukces następuje kosztem niegdysiejszych „partnerów”.

W celu zrozumienia tego stanu rzeczy wysuwa się cztery rodzaje wyjaśnień. Niemcy lubią winić ofiarę, Grecji wytykając rozrzutność, a gdzie indziej – zadłużenie i deficyt. Jest to jednak odwracanie kota ogonem. Przed kryzysem strefy euro Hiszpania i Irlandia miały nadwyżki w budżecie i niskie wskaźniki relacji długu do PKB. Tak więc to kryzys spowodował deficyt i zadłużenie, a nie odwrotnie.

Fetysz deficytu stanowi bez wątpienia część problemów Europy. Kłopoty z dostosowaniem się do wielorakich wstrząsów ma obecnie również Finlandia, której PKB był w 2015 roku o jakieś 5,5 proc. mniejszy od rekordowego poziomu z 2008 roku.

Inni z „obwiniających ofiarę” krytyków jako przyczynę schorzeń strefy euro upatrują państwo opiekuńcze i nadmierną ochronę rynku pracy. Tymczasem najbardziej rozbudowane państwo opiekuńcze i najsilniejszą ochronę rynku pracy mają niektóre z osiągających najlepsze wyniki krajów europejskich, jak Szwecja i Norwegia.

Wśród krajów, którym wiedzie się obecnie marnie, wiele jest takich, które przed wprowadzeniem euro osiągały bardzo dobre wyniki – powyżej średniej europejskiej. Ich schyłek nie wynika z nagłej zmiany prawa pracy czy z ogarniającej kraje dotknięte kryzysem epidemii lenistwa. Zmienił się tam natomiast reżim walutowy.

Drugi rodzaj wyjaśnień sprowadza się do życzeń, żeby Europa miała lepszych przywódców, którzy lepiej rozumieją gospodarkę i stosują lepsze rozwiązania. Sytuację niewątpliwie pogorszyły błędne rozwiązania – nie tylko polityka surowych oszczędności, ale i niefortunne tak nazwane reformy strukturalne, które spowodowały powiększenie nierówności, a tym samym dalsze osłabienie popytu ogólnego oraz potencjału wzrostu.

Strefa euro była jednak porozumieniem politycznym, w którym głos Niemiec brzmiał – co nieuniknione – bardzo mocno. Prawdopodobnych tego efektów powinien być świadom każdy, kto w ciągu minionych 30 lat miał do czynienia z architektami niemieckiej polityki. Co najważniejsze, przy dostępnych obecnie narzędziach rozkwitu strefy euro nie zdołałby zapewnić nawet najbardziej błyskotliwy ekonomiczny guru.

Na trzeci zestaw przyczyn słabych wyników strefy euro składa się szerzej zakrojona prawicowa krytyka samej UE, która skupia się na zamiłowaniu eurokratów do przytłaczających, krępujących innowacje przepisów. Również i ta krytyka omija istotę problemu. Eurokraci – podobnie jak prawo pracy czy zasady państwa opiekuńczego – nie zmienili się nagle w 1999 roku, wraz z ustanowieniem systemu stałych kursów walutowych ani z początkiem kryzysu w 2008 roku. A mówiąc bardziej zasadniczo – tak naprawdę liczy się przecież poziom życia, jego jakość. Jeśli ktoś nie wierzy, jak dobrze żyje się nam na Zachodzie z tym przytłaczająco czystym powietrzem i takąż wodą, to powinien odwiedzić Pekin.

Pozostaje więc czwarte wyjaśnienie: bardziej niż polityka i kwestie strukturalne poszczególnych krajów zawiniło euro. Już w momencie narodzin było ono ułomne. Nawet najlepsi w historii politycy gospodarczy świata nie byliby w stanie sprawić, by strefa euro dobrze funkcjonowała. Jej struktura narzuca ten rodzaj sztywności, jaki kojarzy się z systemem waluty złotej. Jednolita waluta pozbawiła kraje członkowskie najważniejszego mechanizmu dostosowawczego – kursu walutowego. A strefa euro zakreśliła granice polityki pieniężnej i fiskalnej.

Z tego względu reakcją na asymetryczne wstrząsy oraz różnice w wydajności musiałaby być korekta realnego (czyli uwzględniającego inflację) kursu walutowego. Oznacza to, że ceny na peryferiach strefy euro musiałyby się obniżyć w stosunku do cen w Niemczech i na północy Europy. Ponieważ jednak Niemcy są w sprawie inflacji niewzruszeni – panuje tam stagnacja cen – korekta mogłaby się dokonać jedynie poprzez wywołanie gdzie indziej deflacji. Oznacza to zazwyczaj dotkliwe bezrobocie i osłabienie związków zawodowych. Ciężar dostosowań najbardziej odczułyby najuboższe kraje strefy euro, zwłaszcza zaś pracownicy z tych państw. Plan pobudzenia konwergencji krajów strefy euro fatalnie zatem zawiódł, wzrosły natomiast dysproporcje zarówno pomiędzy państwami członkowskimi, jak i wewnątrz nich samych.

Na dłuższą metę system ten nie może funkcjonować – i nie będzie: klęskę gwarantuje mu polityka demokracji. Tylko zmiana reguł i instytucji strefy euro może sprawić, że euro będzie skuteczne.

Wymagać to będzie zmian w siedmiu sprawach:

  • Odejścia od kryterium konwergencji, które stanowi, że deficyt ma być mniejszy niż 3 proc. PKB;
  • Zastąpienia ostrych oszczędności strategią wzrostu, której wsparciem byłby solidarny fundusz na rzecz stabilizacji;
  • Pozbycia się podatnego na kryzysy systemu, zmuszającego kraje do pożyczania w walucie, nad którą nie mają kontroli, w zamian zaś oparcie się na emisji euroobligacji bądź na jakimś podobnym mechanizmie;
  • Lepszego podziału obciążeń w trakcie dostosowań, przy czym kraje z nadwyżkami w bilansie rozrachunków bieżących byłyby zobowiązane do podniesienia płac i zwiększenia wydatków budżetowych, wskutek czego ceny rosłyby tam szybciej niż w państwach, mających deficyt rozrachunków bieżących;
  • Zmiany mandatu Europejskiego Banku Centralnego, który skupia się obecnie tylko na inflacji – w przeciwieństwie do Rezerwy Federalnej w USA, biorącej pod uwagę także zatrudnienie, wzrost i stabilność gospodarki;
  • Ustanowienia wspólnych gwarancji depozytów – co zapobiegłoby ucieczce pieniędzy z krajów o marnych wynikach, a także innych elementów „unii bankowej”;
  • Zachęcania – zamiast zakazywania – do prowadzenia polityki przemysłowej, pomyślanej tak, by „odstającym” obecnie krajom zapewniała doganianie liderów strefy euro.

Z ekonomicznego punktu widzenia są to zmiany niewielkie. Obecnym przywódcom strefy euro może jednak brakować politycznej woli ich przeprowadzenia. Nie zmienia to zasadniczego faktu, iż obecny kompromis jest nie do utrzymania. System, który miał w zamierzeniu promować dobrobyt i dalszą integrację, przynosi skutki wręcz przeciwne. Przyjacielski rozwód byłby więc lepszy niż obecny klincz.

Każdy rozwód oczywiście kosztuje: ale radzenie sobie ze stanem obecnym byłoby jeszcze bardziej kosztowne. Jeśli bowiem europejscy przywódcy nie mogą czy nie chcą podjąć trudnej decyzji, to – jak widzieliśmy ostatnio w Wielkiej Brytanii – podejmują ją za nich europejscy wyborcy, a liderzy mogą nie być z jej wyników zadowoleni.

Joseph E. Stiglitz, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, jest profesorem w Columbia University i głównym ekonomistą Roosevelt Institute. Jego najnowsza książka to „The Euro: How a Common Currency Threatens the Future of Europe” [Euro: w jaki sposób wspólna waluta zagraża przyszłości Europy].

© Project Syndicate, 2016

www.project-syndicate.org


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test