Uderzyć w nierówności dochodem dla wszystkich

30.01.2017
W Davos, na dorocznym mityngu osób ze świecznika, mówiono też o nierównościach. Kwadratury koła nikt nie rozwiązał, ale pochylono się nad problemem z uwagą. W dyskusji nad powiązaną kwestią dochodu podstawowego dla wszystkich było bardziej od serca, ale rozum też nie drzemał.

Prof. Guy Standing uważa, że w wyrównywaniu nierówności dochodowych to nie pieniądze są problemem - one się znajdą. (CC By NC SA WEF)


Niewypowiedziana, choć wisząca w powietrzu konkluzja dyskusji o nierównościach uwypuklać mogłaby prawdę oczywistą (choć tylko dla nielicznych), że problem gnębi przede wszystkim ludy bogatego Zachodu, zirytowane, że dochód nie rośnie im tak, jak przez poprzednie dekady. Na tej fali wzbierają i zwyciężają w polityce postaci karmiące wyborców populizmem, w tym obietnicami bez pokrycia w nierewolucyjnych możliwościach.

Podkreślenia na wstępie wymaga, że przez godzinę dyskusji przewijało się jak refren stwierdzenie, że globalizacja wydobyła z nędzy miliardy ludzi i jest dobrem samym w sobie. Wywołała też skutki uboczne, ale nagonka z ich powodu nie jest uprawniona; lepiej pomyśleć i potem wdrażać właściwe rozwiązania szczegółowe.

Najpierw najkrótszy jak tylko to możliwe szkic punktu wyjścia. Pier Carlo Padoan sprawujący od trzech lat urząd Ministra Gospodarki i Finansów Włoch sądzi, że klasa średnia wszystkich właściwie państw Europy nie widzi dla siebie perspektyw, bo pchają się jej przed oczy złe widoki w zatrudnieniu oraz „socjalu” z przemijającego „państwa dobrobytu”. Profesor Harvardu, a na przełomie stuleci amerykański sekretarz skarbu, Larry Summers wyjaśnił, że jego rodacy z middle class są źli, bo rząd pomaga krajom ubogim, imigrantom i mniejszościom, bogaci troszczą się o siebie, a oni – choć stanowią sól ziemi od Atlantyku po Pacyfik – są jak sterczący samotnie kołek. Jak wy nam, to my wam i stąd Brexit, przegrane referendum w sprawie reform we Włoszech, a najważniejszy urząd świata dla Donalda Trumpa.

W natarciu na globalizację

W Brazylii bieguny nierówności oddalone są od siebie prawdopodobnie bardziej niż w państwach bogatych, ale tam klasa średnia dopiero się buduje i umacnia, więc problem ma zupełnie inny wymiar. Tamtejszy Minister Finansów Henrique Meirelles sądzi zatem, że dla jego kraju najważniejsze jest wydobycie się z recesji, powrót na drogę wzrostu oraz modernizacja zapewniająca wzrost efektywności. Patrząc z Rio de Janeiro czy Sao Paulo, globalizacja działa jak trzeba. Rozwijają się bardzo liczne gospodarki z regionów jeszcze niedawno zapomnianych, ludzie zdobywają tam pracę, kupują tańsze i lepsze towary.

Szefowa MFW Christine Lagarde ocenia, że klarowne sygnały wysyłane przez niezadowolonych wyborców z państw zachodnich wymagają reakcji. Stosować trzeba przy tym rozwiązania znane już ze swojej skuteczności. Wskazała w pierwszym rzędzie na zabezpieczenia socjalne oraz na edukację w wymiarze interwencyjnym dla osób już dotkniętych zmianami w zapotrzebowaniu na pracę oraz na edukację w wymiarze wyprzedzającym, tj. prowadzoną w przewidywaniu dalszych, nawet rewolucyjnych zmian na rynkach pracy, takich jak np. automatyzacja. Uznała, że wszelkie ewentualne reformy polityk fiskalnych, strukturalnych i monetarnych, do których dojść może w poszczególnych państwach, muszą być poprzedzane pytaniem – co z tego będą mieli ludzie? W konsekwencji spodziewać się można rozszerzenia skali redystrybucji.

Amerykański rząd dużo wydaje na średnio zarabiających

O skomplikowaniu problemu świadczą rozliczne paradoksy. Larry Summers zauważył, że masy Amerykanów rozczarowane swymi dochodami wybrały na prezydenta człowieka wyróżniającego się rozpasaną konsumpcją indywidualną. Jeśli mowa o Donaldzie Trumpie, to Ray Dalio – założyciel firmy inwestycyjnej Bridgewater i właściciel kilkunastomiliardowego majątku przewiduje, że będzie więcej protekcjonizmu i mniej globalizacji, choć przyniosła ona przecież ze sobą zasypanie dużej części luki między bogatymi a biednymi rejonami świata. Państwa biedne wytwarzały dawniej równowartość 25 proc. łącznego PKB państw bogatych, a dziś odsetek ten wynosi 40 proc.

Narastający populizm, tendencje protekcjonistyczne i zawężanie widzenia spraw do krajowego podwórka są w opozycji do dokonujących się wszędzie przemian. Skala obecnych nierówności to skutek pochodu przez świat nowych technologii. Czy zatem gotowi jesteśmy porzucić w odpowiedzi postęp technologiczny i każdy inny – pytał retorycznie Ray Dalio. Szukanie rozwiązań zjawisk o zasięgu globalnym w ramach polityk narodowych mija się raczej z sensem. Kolejny paradoks polega więc na tym, że wbrew nastrojom wyborców (Brexit, Trump), postulowane reakcje na ich poglądy i odczucia powinny mieć jednak wymiar międzynarodowy, a nie lokalny – jak chciałyby masy.

Profesor Summers zwrócił uwagę na skutki zapowiedzi prezydenta Trumpa dotyczących zniechęcania przemysłowców do przenoszenia produkcji poza USA. Spowodowały one spadek kursu meksykańskiego peso do dolara o ok. 15 proc., co natychmiast poprawiło opłacalność meksykańskiego eksportu do USA, a tym samym zagroziło miejscom pracy w Stanach, liczonym w dziesiątki, a może i setki tysięcy. Obietnica „zabrania się” za (przynoszący kokosy) przemysł farmaceutyczny spowodowała w ciągu kilku minut spadek wartości rynkowej amerykańskich spółek lekowych notowanych na giełdzie o 25 mld dolarów. Spadek zaufania (business confidence) to groźba spowolnienia w gospodarce, na której bogaci nie ucierpią osobiście tak jak średniacy i niezamożni. Jeszcze inny przykład Summersa wiąże się z obietnicami obniżek podatków, choć już teraz z tytułu budowy rurociągów, które i tak musiałyby zostać ułożone, przyznano inwestorom 82 proc. ulgi podatkowej.

Ludzie poddający się populizmowi są dobrzy

Siłą rzeczy wnioski z tej rozmowy o nierównościach są ogólne. Larry Summers przypomniał, że wszystkie lekcje z historii pokazują, że populizm działa zawsze przeciw tym, w których imieniu jest wywoływany. Ludzie zamożni znajdują sposoby, żeby odnaleźć się w trudnościach będących efektem polityki zrodzonej z populizmu, jej ofiarą są zawsze biedni, a zaraz potem średniacy.

Pier Padoan zaleca poważne traktowanie ludzi poddających się populizmowi. Nie są to – jak powiedział – źli ludzie. Są dobrzy, bo gnębią ich mroczne wizje przyszłości, utraty bezpieczeństwa, braku pieniędzy na starość. W kierowanych do nich odpowiedziach nie wolno iść na skróty, co jest pierwszym wyborem polityków. Trzeba pokazywać wizje i uczciwie dodawać, że ich spełnienie potrwa raczej dłużej niż krócej. Brexitowcy i Donald Trump posłużyli się swoimi, prostymi wizjami, a my (tj. racjonalni politycy i racjonalne osoby wpływu) swojej wizji nie przedstawiamy.

Ray Dalio posłużył się bardzo trafnym truizmem. Słuszna czy niesłuszna polityka bardzo taniego lub wręcz darmowego pieniądza emitowanego przez banki centralne potęg zachodnich miała na uwadze zapobieżenie głębokiej recesji i zasianie ziaren wzrostu gospodarczego po ciągnącym się kryzysie finansowym. Równocześnie spotęgowała jednak nierówności na dwa główne sposoby. Po pierwsze wzbogaciła już bardzo bogatych, bo miliardy szły do wielkich graczy, a dopiero w kolejnych fazach (tj. po marżach, prowizjach i zyskach – przyp. autora) do szaraków na dole. Po drugie, kapitał wędruje tam gdzie mu najlepiej, zaś dobrze i bardzo dobrze było mu w Azji oraz gdzie indziej (m.in. w Polsce – przyp.autora). Z drugiej strony, napływ tanich towarów produkowanych w krajach, do których przemieszczał się kapitał, działa kojąco na nierówności odczuwane przez ludzi z Zachodu. Podzielił zatem opinię Christine Lagarde i reszty dyskutantów, że globalizacja nie zasłużyła sobie, żeby odwrócić się od niej plecami.

Myśląc przede wszystkim o USA, Larry Summers nakreślił trzy obszary pożądanych reakcji na nierówności. Inwestycje publiczne w odpowiedniej skali w infrastrukturę techniczną, technologie i edukację, globalna strategia w sprawie mobilności kapitału, w tym zapobieganie jego spekulacyjnym migracjom na tle korzyści podatkowych i na koniec – kreślenie wizji dla młodych, którzy będą żyć w nieznanym dziś świecie. Udało się zatem wyjść panelistom co nieco poza ogólniki.

Dochód powszechny

Inna sala, inne osoby, ale równie ciekawie, a może i ciekawiej, bo tematem był „Dochód podstawowy dla wszystkich”. Radykalny w poglądach brytyjski profesor Guy Standing uznaje, że wie co mówi, bo nie tylko bada zjawisko, ale jako założyciel działającej już 30 lat „Basic Income Earth Network” jest patronem eksperymentów prowadzonych lub planowych już w kilku miejscach na świecie (Finlandia, Szwajcaria, Ontario, Kalifornia, Szkocja, Indie, 4 miasta w Holandii).

Dochód podstawowy to nie utopia

Standing to autor teorii prekariatu i jako taki krytyk globalizacji. Uważa, że powszechny dochód podstawowy to środek sprawiedliwości społecznej oraz narzędzie poprawy poczucia bezpieczeństwa.

Na tym poziomie argumentacji trudno byłoby takim wnioskom zaprzeczyć. Zakłopotanie wywołuje jednak argument, że dochód powszechny należy się ludziom na zasadzie identycznej ze spadkobraniem. Jeśli uprawione jest dziedziczenie dóbr gromadzonych wysiłkiem prywatnym, to, w opinii Standinga, równie rozsądne jest spadkobranie wartości wypracowanych kiedyś wysiłkiem zbiorowym, publicznym. Nie ulega wątpliwości, że korzystamy garściami z dorobku wszystkich poprzednich pokoleń, choćby takich jak elektryfikacja, czy informatyzacja, więc niech część tego zakumulowanego dobra zacznie trafiać do ludzi w sposób bezpośredni.

Podejście bardziej przyziemne zaprezentował wysokiej rangi urzędnik służby cywilnej Indii Amitabh Kant. W jego wielkim kraju działają różne programy pomocowe, ale ich przykrym wspólnym mianownikiem jest marnotrawstwo i błędy adresowe wywołane głównie korupcją. Tym to przykrzejsze, że nadal 1/3 mieszkańców Indii żyje poniżej progu ubóstwa.

Praktyczne rozwiązanie wprowadzane w związku z korupcją i nieefektywnością systemu wsparcia materialnego ma charakter technologiczny. Dla przykładu, już 120 milionów mieszkańców Indii używa identyfikacji biometrycznej, która oczyszcza obszary dystrybucji.

Amitabh Kant podzielił nadzieje swego rządu, że sukcesy na obu polach umożliwią właściwą dystrybucję pomocy i istotne zwiększenie jej skali. To drugie dzięki spodziewanym większym środkom z podatków. Dodał, że pomoc ma mieć głównie postać zwrotnych, lecz nieoprocentowanych pożyczek, bo działa to przeciw trwaniu w biedzie, jak również, w wyniku spłat pożyczek, rodzi strumień powtarzalnych przychodów na pomoc dla kolejnych osób.

Pieniądze się znajdą

Dochód powszechny oznacza dochód niczym niewarunkowany. Guy Standing odwołał się do przykładu brazylijskiego programu Bolsa Familia. Gospodarstwa domowe o najniższych dochodach otrzymują tam pomoc finansową po spełnieniu ściśle określonych warunków. Rodzice muszą dopilnować, by ich dzieci regularnie odwiedzały lekarza i dotrzymały kalendarza szczepień, a przede wszystkim były obecne w szkole na co najmniej 85 proc. zajęć w każdym miesiącu. Założenie było szczytne, lecz w praktyce powodowało wykluczanie samotnych matek i rodzin, które nie radziły sobie z dziećmi przedkładającymi nad szkołę naukę życia w gangach. Dyskutant z sali dodał, że brak warunków usuwa problem: „mój biedny przeciw twojemu biednemu”.

Profesor Michael Sandel z Harvardu uważa, że za rozmową o powszechnym dochodzie przemawia argument etyczny i argument kompensacyjny. Nie trafia do niego natomiast idea rodem z Doliny Krzemowej, żeby część wynagrodzeń wypłacać niezależnie od wkładu pracy i jej efektów, po to, aby można było „fajnie spędzać życie”, a przynajmniej jego część. W jego rozumieniu, wiązałoby się to z przejadaniem dotychczasowego dorobku i uszczuplaniem bazy na przyszłość, niebezpieczne zwłaszcza wobec postępu robotyzacji i możliwego narastania deficytu miejsc pracy.

Guy Standing ma mnóstwo odpowiedzi na każdą obiekcję lub znak zapytania. Automatyzacja zabiera, i owszem, miejsca pracy, więc płacić będziemy za te wysiłki, za które teraz nie płacimy: za wychowywanie dzieci, za opiekę nad starcami, za codzienną dbałość o środowisko… Za mało na to środków i skąd je brać? Jest quantitative easing. Zamiast podwyższania podatków, za co koniec końców płacą masy, jest lepsze wyjście – upublicznienie przychodów z wielkich rent pobieranych z tytułu własności intelektualnej. Z jego słów domyślać się trzeba, że problem finansowania dochodu podstawowego dla każdego jest wydumany.

Holenderska polityk i była komisarz UE Neelie Kroes oszacowała naprędce, że gdyby każdemu Brytyjczykowi w wieku powyżej 18 lat, a takich jest 52 miliony, wypłacać w ramach powszechnego dochodu bez warunków po 7,20 funtów za każdą godzinę w systemie 35 godzin na tydzień, to koszt roczny wyniósłby 680 mld funtów, czyli 1/3 obecnego PKB Wielkiej Brytanii.

Powiedziała, że nie jest stratą czasu rozważanie koncepcji powszechnego dochodu podstawowego w kontekście Ameryki Łacińskiej, czy Azji, lecz w przypadku Zachodu potrzeba znacznie więcej dyscypliny.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test