W walce z nierównościami potrzebujemy współdziałania

04.04.2016
Nie ma właściwie znaczenia, jaką miarę dystrybucji dochodów wybierzemy przy ocenie wzrostu nierówności ekonomicznych, do jakiego doszło od lat 70. XX wieku w USA i w innych krajach rozwiniętych. Przedstawiono już wiele konkurencyjnych wyjaśnień tego problemu. Żeby współdziałać w rozsądnych posunięciach na rzecz jego rozwiązania nie musimy się jednak zgadzać co do przyczyn.


Jest wiele sposobów mierzenia nierówności. Każdy mówi nam coś innego. Ostatnie sukcesy ekonomiczne wielu krajów azjatyckich spowodowały, że nierówności oceniane według pewnych mierników zmalały (nastąpił na przykład duży spadek stopy ubóstwa), ale według innych już nie (ich zakres się powiększył). W USA wszystkie mierniki nierówności od początku stulecia wskazują ten sam kierunek, co odzwierciedla fakt, iż korzyści ze wzrostu gospodarczego trafiły niemal wyłącznie do tych na szczycie. Najbogatsi – 0,5 proc. ludności USA – otrzymali 14 proc. dochodu. Taki sam w nim udział mieli w latach 20. XX wieku.

Normalnie uznałoby się, że do przepisania lekarstwa na tak zasadniczą zmianę niezbędne jest zdiagnozowanie przyczyny. W tym jednak przypadku zniechęcać może nadobfitość oferowanych nam prawdopodobnych wyjaśnień oraz trudność dokonania między nimi wyboru.

Thomas Piketty w „Kapitale w XXI wieku” kładzie nacisk na to, co uważa za bardzo długofalowy trend, wynikający z wysokiego zwrotu z kapitału. Sprawia on, że majątek odziedziczony rośnie w tempie szybszym niż dochód wypracowany. Opublikowana w 2013 roku książka Piketty’ego bardzo przyczyniła się do ponownego zajęcia się  przez amerykańskich ekonomistów nierównościami. Większość badaczy jest jednak przekonanych, że źródła powiększających się nierówności tkwią w USA raczej wewnątrz dochodu wypracowanego niż wypływają z różnicy między dochodem wypracowanym i niewypracowanym (zwrotem z kapitału).

Pierwsze wyjaśnienie nierówności w ramach dochodu wypracowanego stanowi zmiana techniczna, która sprawia, że popyt na wykwalifikowanych pracowników rośnie szybciej niż ich podaż. Może to tłumaczyć powiększającą się lukę dochodową pomiędzy pracownikami wykwalifikowanymi i „niewykwalifikowanymi” (definiuje się ich zależenie od tego, czy mają wykształcenie na poziomie koledżu). Niewiele ma to jednak wspólnego z luką między 1 proc. najbogatszych i całą resztą.

Drugim wyjaśnieniem jest coś, co określa się jako „kojarzenie selektywne”. Zgodnie z nim mężczyźni, będący bardzo utalentowanymi fachowcami nie żenią się już z własnymi sekretarkami, leczy wybierają kobiety, które są również bardzo zdolnymi fachowcami.

Trzecia interpretacja wynika ze szczególnej cechy wielu zawodów – od dentystów po gwiazdy filmowe – że zwycięzca bierze wszystko. Nowoczesne media mówią nam, kto jest najlepszym dentystą w mieście czy najlepszym na świecie aktorem. W efekcie  stosunkowo małe różnice w uzdolnieniach prowadzą do znacznie dziś większych niż zwykle było różnic w dochodach.

Według czwartego wyjaśnienia bardzo wysokie wynagrodzenia szefów przedsiębiorstw, zwłaszcza w sektorze finansowym, nie wynikają z tego, iż zajęli się oni usługami, na które jest popyt dlatego, że są społecznie wartościowe (jak w przypadku pójścia na medycynę czy posiadania wrodzonego talentu aktorskiego). Menedżerowie w zasadzie sami ustalają warunki, na jakich się im płaci, stosując systemy wynagrodzeń, które są odzwierciedleniem porażek nadzoru właścicielskiego i prawa podatkowego, a także efektem inżynierii finansowej. Na przykład początkowym celem opcji na akcje było powiązanie płac z wynikami spółki, ale to się nie udało.

Szczególnie popularne jest poza tym wyjaśnienie, że dźwignie władzy przejęli bogaci za pomocą dotacji na kampanie wyborcze. Finansowani przez nich politycy są aż nadto chętni do wprowadzania korzystnych dla nich rozwiązań.

Liczne recepty mające na celu łagodzenie nierówności nadają się do stosowania niezależnie od ich przyczyn. Większość z nich obejmuje zwiększenie progresywności systemu podatkowego poprzez – na przykład – obniżenie efektywnej stawki krańcowej dla pracowników o niskich dochodach – co prezydent Obama określił jako dążenie „by praca się opłacała”.

Rozszerzenie zakresu dopłat do dochodu z pracy to dziś istotna możliwość, a w styczniu 2016 roku Obama w orędziu do narodu zaproponował zwiększenie zakresu ubezpieczenia płac. Obecnie system ten pomaga pracownikom tracącym zatrudnienie z przyczyn dotyczących danej branży. Można by go jednak rozciągnąć także na tych, którzy tracą je na skutek zmian technicznych. W przypadku pracowników o niskich dochodach powinno się również zlikwidować podatek od plac.

Z uwagi na zbliżające się wystąpienie deficytu w programach Social Security i Medicare takie zmiany kodeksu podatkowego powinny być pod względem przychodów idealnie neutralne. Natomiast tegoroczni republikańscy kandydaci na prezydenta jak zwykle proponują ogromne cięcia podatkowe, odnoszące się głównie do bogatych i bez planu, jak za nie zapłacić.

Dodatkowe przychody, potrzebne na reagowanie na nierówności, Stany Zjednoczone mogą zgromadzić zachowując odpowiedzialność za stan budżetu. Zniesione powinny być ulgi podatkowe wobec „dodatkowych wynagrodzeń” [ang. carried interest]. Dzięki tym ulgom dochody menedżerów funduszy hedgingowych opodatkowane są według niskich stawek, stosowanych wobec zysków kapitałowych (opowiada się za tym kandydatka demokratów na prezydenta, Hilary Clinton).

Powinno się także ograniczyć (rozszerzone przez George W. Busha) zwolnienia z podatku od nieruchomości. Jednocześnie w odniesieniu do pracowników o wysokich dochodach należałoby podnieść górny pułap, do którego są one objęte podatkiem od płac, a w przypadku gospodarstw domowych o wysokich dochodach zaostrzyć także należałoby zasady deformujące system odliczeń od podatku, takich jak odsetki od kredytów mieszkaniowych.

Również po stronie wydatkowej jest wiele do zrobienia. Przykładowe działania to wprowadzenie powszechnych przedszkoli na wysokim poziomie (>>czytaj także: 100 idei dla Polski) , ubezpieczenia zdrowotne dla wszystkich oraz wydatki na infrastrukturę.

Wielu poruszonych nierównościami ciągnie pod sztandar Berniego Sandersa (albo Donalda Trumpa). Wielu wierzy, że skoro bogaci „kupują” polityków, to rozwiązanie tego problemu u źródeł wymaga złamania banków.

Pieniądze w polityce to rzeczywiście ogromny problem. Na co jednak politycy wykorzystują wszystkie te środki? Nie biorą ich do kieszeni (przynajmniej nie w USA). Idą one na ubieganie się o urząd: promowanie kampanii i mobilizowanie zwolenników. W moim przekonaniu głosowanie na kandydatów, którzy wprowadzą odpowiednie rozwiązania to strategia, która może mieć o wiele bardziej bezpośredni – a także znacznie mocniejszy – wpływ na zakres nierówności aniżeli oddanie głosu na tych, którzy chcą rozbić banki, żeby ograniczyć kwotę pieniędzy dostępną na odwodzenie wyborców od popierania właściwych kandydatów.

© Project Syndicate, 2016

www.project-syndicate.org


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test