Warto przeczytać: Ameryka i Europa w rozdźwięku

08.07.2017
Polityka Donalda Trumpa postawiła świat w obliczu wyboru — albo z amerykańskim przywództwem, albo bez. Unia Europejska wybiera „bez”. Choć na razie wciąż symbolicznie.


Unia Europejska tymczasem ma sukces w postaci podpisania umowy o wolnym handlu z Japonią. Powstaje w ten sposób największy na świecie obszar takiego handlu reprezentujący jedną trzecią światowego PKB. Umowa znosi taryfy na ser i samochody, ale przede wszystkim jest przesłaniem dla Donalda Trumpa. Jak zauważa komentator American Enterprise Institute, nie należy przesadzać z jej znaczeniem gospodarczym. Nie zmienia bowiem w znaczący sposób ani wartości dotychczasowej wymiany handlowej pomiędzy UE i Japonią, ani cen, ani struktury.

Stan rzeczy zmieni natomiast ożywienie Porozumienia Transpacyficznego, bo kraje uczestniczące otworzą dużo szerzej swoje granice na wzajemną wymianę. I choć bez Stanów Zjednoczonych to już nie będą dwie trzecie światowego PKB, pozostałe 11 krajów regionu jest przekonanych o sensowności traktatu. Podobnie jak uczestnicy kolejnego porozumienia o wolnym handlu — RCEP, czyli Regional Comprehensive Economic Partnership, pomiędzy krajami Stowarzyszenia Południowowschodnich Krajów ASEAN plus Japonia, Południowa Korea, Australia i Nowa Zelandia.

Na zauważalne gospodarczo skutki wizyty Donalda Trumpa w Warszawie musimy poczekać. Samo przemówienie prezydenta zostało krytycznie skomentowane przez publicystów Bloomberga jako próba przedefiniowania wartości Zachodu. – Powtarzanie odniesień do Boga, religii, wiary, rodziny, tradycji i narodu i jedynie lekka wzmianka o rządach prawa, demokracji i wolności słowa może podobać się w Polsce, ale nie w innych krajach Unii Europejskiej, napisali komentatorzy.

Okazuje się też, że pomimo krzykliwej retoryki kraje G-20 są bardziej protekcjonistyczne niż USA i w dodatku przeciw USA. Tendencje do wprowadzania nowych porozumień mogą być zrozumiałe, jeśli weźmie się pod uwagę to, co napisali dwaj szwajcarscy ekonomiści. Uważają oni, że Donald Trump jest dla wolnego handlu zagrożeniem takim, jak Uber dla licencjonowanych taksówek. Badanie Szwajcarów pokazuje jednak, że na koniec 2016 roku w wymianie  między USA i Europą istniało 2420 protekcjonistycznych środków uderzających w interesy komercyjne USA i 1883 w interesy krajów G-20.

Typowy dla większości amerykańskich ekonomistów i biznesmenów komentarz do sprawy ukarania Google przez Komisję Europejską jest zgodny z wypowiedzią Jamesa Pethokoukisa z American Enterprise Institute. Komisja chce, aby Google zapłacił UE rekordowo wysoką karę 2,7 mld dolarów za – jak twierdzi Komisja – łamanie prawa antytrustowego w handlu w Europie. Amerykanie – jeśli są grzeczni jak Pethokoukis – mówią na to, że Europa od lat zajmuje się regulacjami zamiast pobudzać własną innowacyjność.

Nie trzeba być amerykańskim szowinistą, aby widzieć sprawę jasno — prym w postępie, a szczególnie w technologii, która jest obecnie podstawą postępu we wszystkich innych dziedzinach, wiodą Stany Zjednoczone. Co robi Europa? Wprowadza protekcjonizm i próbuje wyciągnąć od amerykańskich gigantów pieniądze – jak nie za rzekomo niezapłacone podatki, to za naruszenie prywatności albo zasad konkurencji, albo praw autorskich, albo wszystko razem. Amerykanie traktują to jak czarny humor, z naciskiem na czarny.

Zwykle to Europejczycy lubią demonstrować Amerykanom znajomość historii i to, jak świetnie stosują płynące z niej lekcje, na przykład doświadczenia wojen i przezwyciężenie wzajemnych wrogości przez europejską integrację. Tym razem lekcję z amerykańskiej historii do odrobienia przez Francję i Niemcy przytacza publicysta Bloomberga. Dotyczy ona integracji Stanów Zjednoczonych i genialnego posunięcia (jednego z wielu) Alexandra Hamiltona, pierwszego sekretarza skarbu nowego państwa. W 1789 roku Hamilton miał problem z głęboko zadłużonymi przez ciężar wojny o niepodległość stanami. Zaproponował więc przejęcie zadłużenia wszystkich 13 stanów przez rząd federalny. Posunięcie było kontrowersyjne, bo część stanów, na przykład Virginia, była bardzo skrupulatna gospodarczo (porównywalnie do dzisiejszych Niemiec) i dług spłaciła. Inne natomiast (jak dzisiejsza Grecja) tonęły w długach i kryzysie gospodarczym. Hamilton postawił na swoim i dzięki temu wszystkie stany wygrały. Nowe państwo Stany Zjednoczone było atrakcyjne dla banków i zdołało bez trudu uzyskać tanie kredyty, co obniżyło koszt kapitału i dało pieniądze na konieczne inwestycje. Ponadto Hamilton wyemitował obligacje tegoż państwa, co dało płynność finansową potrzebną dla transakcji gospodarczych. Obligacje te były prekursorem dzisiejszej światowej waluty wymiany — dolara.

W dobie ostentacyjnego publicznego kłamania i przekręcania rzeczywistości normy zaczynają się chwiać, bo ich definicje są przeinaczane. Ostatnim przykładem jest to, że Władimir Putin nazwał sankcje gospodarcze ukrytą formą protekcjonizmu. Chodzi o sankcje, które Zachód wymierzył Rosji za aneksję Krymu i agresję wobec Ukrainy, a które teraz USA chce pogłębić w odpowiedzi na ingerencję Rosji w wybory prezydenckie w 2016 roku (poprzez kampanię dezinformacji amerykańskiego społeczeństwa). Warto zauważyć, że różnica jest prosta — protekcjonizm jest wprowadzany, aby dać przewagę własnym produktom nad konkurencją.

Nie bardzo wiadomo tymczasem, jakie produkty rosyjskiego przemysłu albo rolnictwa są zagrożeniem dla produkcji krajów zachodnich. Tym bardziej, że jak pisze Kenneth Rogoff z Harvardu, długoterminowe perspektywy dla gospodarki Rosji nie są dobre. Sankcje lub ich brak są nieistotne, ponieważ gospodarka Rosji wymaga reform, a tych nikt nie podejmuje ani nie proponuje. Ledwie pięć lat temu, kiedy noblista Paul Krugman ostro krytykował w Moskwie kraje zachodnie za nieumiejętność wychodzenia z kryzysu 2008 roku, Rosja była w relatywnie niezłej kondycji — cena ropy naftowej wynosiła ponad 100 dolarów za baryłkę. To, że spadek ceny do obecnego poziomu poniżej 50 dol., a w 2016 roku nawet 27 dol. nie spowodował finansowego kryzysu w Rosji, jest zasługą centralnego banku tego kraju. Ale koszt poniosło społeczeństwo, bo wartość rubla spadła o ponad połowę, a PKB zmniejszył się o 4 proc.

Polityka banku centralnego pomogła, ale nie jest receptą na dłużej. Wobec przechodzenia świata na odnawialne źródła energii Rosja będzie zmuszona przeprowadzić reformy albo popadnie coraz głębiej w biedę w kraju i w marginalizację na arenie świata.

Świat zachłysnął się szybkością przechodzenia na zieloną energię. Zaledwie rok temu jeden z szefów dużego niemieckiego producenta samochodów wyraził opinię, iż elektryczna Tesla to żart w porównaniu z niemieckimi autami. Obecnie kapitalizacja Tesli jest wyższa niż Forda, a gwałtowny postęp w użyciu czystej energii jest widoczny w innych gałęziach przemysłu. Volvo ogłosiło w maju, że nie będzie produkować już więcej silników spalinowych diesla, a Francja zapowiedziała właśnie, że rok 2040 będzie tym, od którego nie będzie w sprzedaży w tym kraju samochodów o napędzie paliwami ropopochodnymi. Co więcej, w USA po raz pierwszy od 30 lat źródła odnawialne wytworzyły więcej energii niż elektrownie nuklearne. Kiedy osiągniemy krytyczny moment i zielona energia zacznie wypierać tradycyjną?

Trzech amerykańskich ekonomistów prezentuje model, który dowodzi, że jeśli zaniechane zostaną (jak na przykład w USA) polityki propagujące zieloną energię (na przykład podatkowe), konieczne będzie wsparcie dla badań i innowacji w tej dziedzinie (niekoniecznie od rządu). Postęp w technologii wykorzystania odnawialnych źródeł może sam doprowadzić do wyparcia tradycyjnych źródeł, ale bez polityk wspierających proces ten może trwać 50 lat. Pięćdziesiąt!

Tym bardziej wiarygodne jest wezwanie Marka Perry’ego z American Enterprise Institute, który apeluje, aby nie wykluczać jeszcze węgla kamiennego. Eksperci wskazują, że przyczyną końca epoki węgla w USA są spadające dzięki postępowi technologii ceny gazu ziemnego. Zwracają jednak uwagę, że technologia wydobycia węgla również się unowocześnia. Co jest dobre, bo dla większości świata węgiel wciąż jest podstawowym surowcem do wytwarzania energii elektrycznej. Może to też być całkiem przydatne w sytuacji, kiedy rosnący (a rośnie) popyt na gaz w USA przewyższy podaż tego surowca i ceny wzrosną.

Na koniec — bardzo zgrabny słowniczek 19 nazw i pojęć fintech. Od wyjaśnienia, że jest to finansowa technologia, czyli gałąź sektora finansowego, gdzie zastosowane są programy komputerowe, która obejmuje wszystko od bankomatów do programów wykrywających manipulacje na rynku papierów wartościowych, do „omni channel”, czyli modelu sprzedaży integrującego różne jej metody — od online przez telefon do sklepu.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test