Warto przeczytać: Co dalej z rozwojem światowej gospodarki

14.10.2017
Różne scenariusze dla rozwoju gospodarczego świata. Różne, bo zasadzone na różnych filozofiach rozumienia procesów i zjawisk gospodarczych.


Finansowa stabilizacja na świecie poprawia się, ale rosnące słabości mogą zagrozić wzrostowi, ogłosił w swojej kolejnej prognozie Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Rosnące słabości to przede wszystkim rosnące zadłużenie i kompleksowość sytuacji w Chinach. Zdaniem MFW do ograniczenia tych ryzyk potrzebne jest m.in. ograniczenie ryzykownych kredytów, zwiększanie rezerw jako buforów dla problemów, zakończenie reform regulacji sektora finansowego oraz współpraca wszystkich krajów w tym zakresie. Problem w tym, że kraje, tak jak prowadzący ich gospodarki i finanse ekonomiści, różnią się w podejściu i rozumieniu zagrożeń, a zatem również w swoich politykach.

Z przyznaniem nagrody Nobla Richardowi Thalerowi ekonomia behawioralna, czyli studiowanie ekonomii z perspektywy psychologii, została kolejny raz uhonorowana i jak widać – zyskuje na znaczeniu. Co jest dobre, ponieważ takie badania skupiają się na prawdziwych i ważnych problemach. Różnica widoczna jest szczególnie w cytowanych poniżej opiniach o błędach w polityce gospodarczej strefy euro i Niemiec.

Odchodzący po ośmiu latach niemiecki minister finansów Wolfgang Schäuble przedstawił wizję nadchodzącego kolejnego kryzysu finansowego i gospodarczego z powodu zwiększającego się poziomu globalnego zadłużenia i płynności oraz nowych baniek na rynkach finansowych. Co – jak przypominają krytycy, od byłego ministra finansów Grecji Yanisa Varoufakisa począwszy, a na autorach ZeroHedge skończywszy – Schäuble sam pomógł stworzyć. Desmond Lachman z American Enterprise Institute pogłębił bardziej wyrafinowanie krytykę moralizowania Schäublego, pytając, dlaczego minister milczał, kiedy piastował urząd, a swoje myśli ujawnia dopiero teraz. Zdaniem Lachmana Schäuble powinien sam siebie zapytać, czy przypadkiem niektóre rządy (na przykład Niemiec – dopisek AW) nie nałożyły zbyt wielkich ciężarów na polityki monetarne świata, nie chcąc angażować się w bardziej aktywne polityki fiskalne, tak aby wspierać świat. W szczególności powinien zapytać, co miały robić banki centralne w obliczu zagrożenia popadnięcia gospodarki świata w spiralą deflacyjną. Schäuble nie powinien unikać odpowiedzialności. Przede wszystkim dlatego, że był autorem polityki zacieśniania rygorów, co uruchomiło kryzys na peryferiach srefy euro, ponieważ tamtejsze kraje nie mogły zdewaluować swojej waluty (euro), aby offsetować drakońskie skutki niemieckiego zaciskania pasa. Cała analiza Lachmana dostępna tutaj.

Nouriel Roubini tymczasem kwestionuje optymizm MFW zakładający kontynuację ostatniego skoku wzrostu gospodarczego. I przewiduje dla świata trzy możliwe scenariusze. Pierwszy – wzrostowy – zakłada, że cztery systemowo ważne gospodarki (Chin, strefy euro, Japonii i USA) wprowadzą strukturalne prowzrostowe reformy i zlikwidują słabości systemu finansowego. Drugi – recesyjny – przewiduje odwrotność. Trzeci, najbardziej prawdopodobny zdaniem Roubiniego, będzie czymś pomiędzy pierwszym a drugim. Które elementy weźmie z pierwszego, a które z drugiego – do przeczytania tutaj. Najistotniejsze jednak jest to, że taka mieszanka przyniesie w rezultacie raczej recesyjne skutki.

Inny czarny scenariusz przewiduje też Barry Eichengreen z Berkeley – koniec dolarowej dyplomacji. Nadejście załamania było fałszywie ogłaszane od pół wieku, ale tym razem może być faktycznie bliskie z tego powodu, że dyplomacja ta utrzymywała amerykańskie alianse, które prezydent Trump obecnie, delikatnie mówiąc, nadwerężył. W przeszłości koniec dolarowej dyplomacji zazwyczaj był obwieszczany, gdy pozycja amerykańskiej waluty wydawała się zagrożona – na przykład przy kryzysie naftowym w latach 70. XX wieku i zapaści systemu Bretton-Woods oraz po ataku 11 września 2000 roku. Były to jednak zwykle tylko krakanie, bo jak wskazuje Eichengreen w swej nowej książce, rezerwy dolarowe obcych krajów nie zmniejszały się nawet wobec tych wydarzeń. Jest jednak taka prawidłowość, że więcej dolarów trzymają kraje pozostające w militarnym aliansie z USA niż te niezależne i różnica wynosi ok. 30 procent. Rządy krajów powiązanych z USA są przekonane, że obsługa amerykańskiego zadłużenia u nich będzie zawsze priorytetem dla Waszyngtonu. Co za Donalda Trumpa nie jest pewne i okaże się w grudniu, kiedy rząd i Kongres znów staną przed koniecznością albo zmniejszenia wydatków federalnych, albo podniesienia ich limitu.

Wraca temat nierówności w zasobności krajów i ludzi. Według ekonomistów mających świetne rozeznanie, bo pracujących w Międzynarodowym Funduszu Walutowym, różnice w dochodach indywidualnych osób pomiędzy krajami zmniejszają się, bo Chiny i Indie szybko gonią bogate kraje. Wewnątrzkrajowe różnice zasobności natomiast – jak wiadomo – zwiększają się. Kluczowa jest polityka fiskalna. W gospodarkach zaawansowanych taka polityka niweluje ok. jednej trzeciej różnicy dochodów. Wyniki mogą być lepsze, jeśli polityka taka obejmie nie tylko podatki, które zdaniem autorów powinny być progresywne, ale także wprowadzi uniwersalny podstawowy dochód i zrewiduje bardziej socjoprogresywnie wspieranie edukacji i opieki zdrowotnej.

Z kolei James Pethokoukis z American Enterprise Institute pokazuje w minianalizie, dlaczego Stany Zjednoczone umożliwiają swoim mieszkańcom szybsze bogacenie się niż inne zaawansowane gospodarki (co zilustrował zgrabnym wykresikiem zaczerpniętym z Bloomberga). Odpowiedź ma 10 punktów, najważniejsze pierwsze trzy to: kultura przedsiębiorczości, która nie nakłada kar za porażki i pozwala zacząć od początku, system finansowy, który wspiera tę kulturę, oraz to że USA ma najlepsze na świecie uniwersytety i instytucje badawcze. A także relatywnie mało regulacji, mały rząd, tanią energię (dzięki kulturze innowacji i postępu technologicznego w instytucjach badawczych) i rosnącą populację, czyli młodszą, łatwą do nauczenia nowych umiejętności siłę roboczą.

Czy globalizacja może być dobroczynna dla wszystkich? Anabel Gonzalez z Banku Światowego zebrała wyniki najnowszych badań skutków globalizacji, które wskazują, jak międzynarodowy handel i rozwój technologii mogą przynieść korzyści wszystkim. Potrzebne są takie rozwiązania, które włączą w obieg więcej małych i średnich przedsiębiorstw, kobiety oraz pobudzą inwestycje w biednych krajach – co nie jest nową receptą. Bardziej szczegółowe rozwinięcie tych wskazań dają analitycy z Boston Consulting Group. Radzą przede wszystkim, aby szacując koszty i zyski inwestycji w danym kraju, nie patrzeć jedynie na PKB tej gospodarki, ale szukać nowych „bezgranicznych” (do niedawna było to „ponadgranicznych”) rynków konsumenckich i biznesowych oraz przestawić model biznesu z opartego na produkcji na skierowany na usługi wartości dodanej oraz kompleksowych rozwiązań (end-to-end). Przykłady takich rynkowych możliwości są Brazylia i Chiny, gdzie PKB jest mniej imponujący niż wzrost konsumpcji. Stąd owocna ekspansja Starbucksa, elektronicznych produktów i gadżetów, samochodów, pralek etc.

Na koniec apel do odejścia od wolnego rynku – być może w związku ze zbliżającą się setną rocznicą wielkiej socjalistycznej rewolucji październikowej. Przynajmniej w Wielkiej Brytanii. To propozycja Ngaire Woods z Oxfordu, szefowej tamtejszej szkoły studiów rządowych. Jej wyliczenie powodów, dla których Zjednoczone Królestwo powinno przyjąć większą rolę rządu ingerującego w gospodarkę, zyskałoby zdecydowanie poparcie Karola Marksa. W gospodarkach wolnego rynku rosną nierówności społeczne, jak również analfabetyzm i śmiertelność matek rodzących. Przewrotność tej propozycji jest uderzająca, zważywszy na to, że Wielka Brytania chce odejść z Unii Europejskiej z powodu m.in. zbyt głębokich prosocjalnych programów i ingerujących w wolny rynek regulacji.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test