Warto przeczytać: Rewolucja technologiczna kontra populiści

22.07.2017
Technologia rozwija się szybciej, niż pokazują to dane gospodarcze, i kiedy firmy zaczną ją utylizować, może nastąpić transformacja na skalę wprowadzenia internetu. O ile populiści nie ukręcą łba rewolucji regulacjami


Mamy nowy międzynarodowy konsensus na temat polityki pieniężnej i nie jest to polityka zaciskania pasa, która definitywnie się skończyła. Po cichutku, ale kategorycznie przegrała z polityką finansowego luzowania, twierdzi James McCormack z Fitch Ratings. Konwencjonalni politycy, kontrując populistów, będą używali raczej finansowego luzowania niż odwrotnie. Jeden sposób na udowodnienie, że panuje jednomyślność na ten temat, to wspólne oświadczenia polityków na przykład krajów G7 na temat gospodarki. Ostatni raz konieczność fiskalnej konsolidacji podkreślano w 2013 roku. Od tamtej pory podkreśla się konieczność „stosowania elastycznych polityk wspierających wzrost” oraz to, że wskaźniki zadłużenia do PKB są możliwe do utrzymania.

Rozwój technologii w Ameryce postępuje szybciej, niż wskazują dane gospodarcze, pisze James Pethokoukis z American Enterprise Institute. Jego opinia jest zgodna z tym, co jest zauważalne w codziennym życiu w USA — ceny technologicznych urządzeń spadają szybko, bo wypierają je innowacje. Sektor technologiczny wiedzie amerykańską gospodarkę nie tylko dlatego, że cztery największe na świecie firmy to amerykańskie Apple, Alphabet, Microsoft i Amazon (wszystkie to rozwijające nowoczesne technologie), ale także dlatego, że USA posiada najwięcej na świecie solidnych, bo o wartości przynajmniej 1 mld dolarów, technologicznych start-upów. Jest ich obecnie około stu, czyli dwukrotnie więcej niż ma cała Azja i sześć razy więcej, niż ma cała Europa. I może być tylko lepiej, kiedy firmy zaczną stosować innowacje w gospodarce, na co jednak potrzeba czasu.

Tak jak było to w latach 80. XX wieku, kiedy innowacje kwitły, ale dopiero internet otworzył możliwości ich wykorzystania. Dziś prawdopodobnie jesteśmy w przededniu kolejnego tech-otwarcia – pod warunkiem, że nie zaingerują politycy. Bo, jak przypomina Pethokoukis, od obwiniania handlu zagranicznego za spadek liczby miejsc pracy do obwiniania technologii za to zjawisko jest tylko krok. Przynajmniej dla populistycznych polityków. I kiedy taki pseudoargument zaczyna się pojawiać, można się spodziewać politycznej odpowiedzi, czyli regulacji ograniczających rewolucję. Jest to o tyle niebezpieczne, że nawet liderzy technologii Bill Gates i Mark Zuckerberg mówią, że sztuczna inteligencja zabierze ludziom wiele miejsc pracy.

Polityka amerykańska pozostaje nadal w kryzysie. Obok problemów polityczno-śledczych Białego Domu rząd ponownie ma kłopot z limitem zadłużenia, który pojawia się każdego lata od czasu, kiedy wydatki zaczęły przekraczać dochody. Jeszcze większym problemem zaczyna być brak osiągnięć w legislacji i tworzeniu miejsc pracy. Upadła próba zniszczenia systemu ubezpieczeń zdrowotnych, który stworzył rząd prezydenta Obamy, a którego przewrócenie Republikanie zapowiadali przez minione siedem lat. Republikanie nie docenili kompleksowości problemu.

Obecnie zapowiadają podjęcie próby zreformowania systemu podatkowego, ale jest on skomplikowany, a ani Biały Dom, ani Republikanie w Kongresie nie mają jak dotąd koherentnego planu ani uzgodnionego celu. Nie ma również planu wydatków infrastrukturalnych, które miały przynieść przyspieszenie wzrostu gospodarczego i nowe miejsca pracy. Biały Dom twierdzi, że to prasa nie donosi o rozwijającym się rynku pracy, ale rozwój tego rynku faktycznie zwolnił od 2015 roku, a szczególnie w tym roku. Co więcej, duże firmy, które Donald Trump wskazywał jako przykład swojego sukcesu w negocjacjach dotyczących utrzymania miejsc pracy, zwalniają pracowników. Ford, Boeing, Carrier, którą Trump odwiedzał dwukrotnie, przenoszą produkcję, jeśli nie do Meksyku, to do Chin

Chaos panuje także w polityce Wielkiej Brytanii. Rządowi politycy dłuższy czas sugerowali, że kraj ten nie zapłaci rachunku za opuszczenie Unii Europejskiej i zerwie negocjacje warunków wyjścia, jeśli będzie trzeba. Robili tak do momentu, kiedy liderzy brytyjskiego przemysłu wyjaśnili głośno (publicznie), jak katastrofalne mogą być skutki tego, że po opuszczeniu UE większość firm na przykład z sektorów chemicznego czy żywnościowego będzie odcięta nie tylko od największego rynku zbytu, ale i od dostawców, co odbije się bezpośrednio na brytyjskich konsumentach. Brytyjscy politycy zasygnalizowali, że zapłacą rachunki, ale problem istnieje. Albowiem – jak pisze The Economist – tak długo jak rząd będzie zaprzeczał istnieniu negatywnych konsekwencji opuszczenia Unii Europejskiej i konieczności kompromisu, tak długo Wielka Brytania będzie podążać w stronę katastrofy. Rząd nie ma planu ani pozycji wobec negocjacji, które będą dotyczyły wszystkiego – od makreli po odpady nuklearne. Najsensowniej jak dotąd, zdaniem publicystów Economist, postępuje Philip Hammond, sekretarz skarbu, obstając przy idei długich okresów przejściowych. Poza tym nie istnieje żaden koherentny plan dotyczący którejkolwiek z możliwych ścieżek wyjścia z UE i im dłużej to trwa, tym bliższy jest kryzys, i to nowego rzędu wielkości.

Chińska ekspansja biznesowa na świecie słabła w I połowie tego roku. Wzrósł natomiast udział chińskiego rządu w tych inwestycjach. Tak w przekroju krajów, jak i sektorów przemysłu inwestycji chińskiego kapitału było mniej średnio o jedną trzecią niż w I półroczu 2016 roku (w USA było ich mniej o połowę, choć wciąż ich wartość wyniosła 17 mld dolarów). Mimo to wartość zainwestowanych chińskich pieniędzy w zagraniczne firmy w ciągu sześciu miesięcy tego roku wzrosła o 9 proc. dzięki jednej transakcji – przejęciu szwajcarskiego giganta rolniczego Syngenta – i wynosi dziś prawie 100 mld dolarów. American Enterprise Intiutute i Heritage Foundation prowadzą bodaj najbardziej rzetelny rejestr chińskich inwestycji zagranicznych, nie uwzględniając aktywności chińskich firm budowlanych, co czynią niektóre kraje.

Pośród ekonomistów panuje przekonanie, że niedokapitalizowane banki mogą przedłużać kryzys przez niewłaściwą alokację kredytów, udzielając pożyczek słabnącym przedsiębiorstwom zamiast zdrowym, co nazywa się popularnie „kredytowaniem zombie”. Zjawisko występowało w czasie tak zwanej straconej dekady w Japonii i w strefie euro w czasie ostatniego kryzysu po 2008 roku. Ocena, jak dalece proces ten pogłębia kryzys, jest trudna, ale trzech włoskich ekonomistów przeanalizowało, jaką istotnie skalę miało to zjawisko w przypadku ostatniego kryzysu włoskiej bankowości. Wzięli pod uwagę wyniki przedsiębiorstw, które otrzymały takie pożyczki, oraz tych, które nie otrzymały i wyniki regionu, w których zjawisko występowało. Okazało się, że pożyczki zombie nie uratowały słabych przedsiębiorstw, a jedynie przedłużyły ich agonię, a w skali regionu przyczyniły się do 10-20-procentowego spowolnienia wzrostu gospodarki.

Jak miejscy planiści mogą podnieść wydajność inwestycji infrastrukturalnych, pokazuje analiza, jak używać danych z nowoczesnych mediów (telefonów komórkowych, GPS, zdjęć satelitarnych itp.), aby podnieść funkcjonalność tej infrastruktury (na przykład transportowej). Trudność leży w integracji tych danych, bo wyłaniają się stale nowe sposoby ich zbierania. Analiza dobrze zestawia możliwości w dwóch zgrabnych tabelkach.

Na koniec – obrona wolnego rynku po raz kolejny. Ryana Bourne, ekonomistę Cato Institute, zdenerwował odczyt publicysty Matta Ridleya, którego myślą przewodnią było to, że rynki demoralizują nas, rozwijają materializm, zachęcają do chciwości i egoizmu. Bourne przypomniał, że była to mantra lewicy za czasów Ronalda Reagana i Margaret Thatcher. Amerykański filozof Michael Sandel także twierdzi, że wprowadzenie zasad wolnego rynku w zbyt wiele obszarów życia wypiera takie cnoty, jak altruizm, hojność i solidarność. Dziwne jest to, twierdzi Bourne, że twierdzenia te nie mają poparcia w doświadczeniu. Doświadczenie i logika wskazują odwrotnie. Po pierwsze istnieje silna korelacja między wolnością gospodarczą a dobrobytem, co pokazują eksperymenty Wschodnich i Zachodnich Niemiec, Północnej i Południowej Korei, Hong Kongu i Chin, gdzie gospodarki rynkowe radzą sobie lepiej niż centralne. Thatcher mówiła, że dobry Samarytanin miał nie tylko dobre intencje, ale i pieniądze. Bourne analizuje także badania za wolnym rynkiem i przeciw niemu i konkluduje, że nawet te usiłujące pokazać zły wpływ wolnego rynku nie są w stanie tego udowodnić.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test