Warto przeczytać: Subtelne różnice między dobrym a złym deficytem

19.08.2017
Czy finanse świata, rynki, systemy walutowe powinny zostać zreorganizowane? Być może, ale na razie potrzebujemy bardziej subtelnego rozumienia różnych zależności i wzajemnych powiązań.


Przykładem naukowego kociokwiku wymagającego lepszego rozumienia jest problem nadwyżek i deficytów w handlu międzynarodowym. W ostatnim czasie jest on popularny głównie z powodu niewłaściwego używania argumentu przez Donalda Trumpa, że nadwyżka w Niemczech narosła kosztem gospodarki USA. Progresywny ekonomista Charles Wyplosz z Genewy rozprawia się w obszernej analizie z mitami o konsekwencjach zjawiska.

Przypomina, że na początku lat dwutysięcznych było mnóstwo ostrzeżeń, że światowa gospodarka zmierza do kryzysu z powodu dużych i utrzymujących się niezrównoważonych zewnętrznych bilansów handlowych. Nie to – jak wiadomo – uruchomiło kryzys, ale kraje z tego rodzaju deficytem zostały uderzone znacznie mocniej niż te z nadwyżkami. Z dwoma wyjątkami. Pierwszy to Australia, która ma deficyt nieustannie od 1975 roku (średnio ok. 4 proc. PKB), a kryzysu prawie nie odczuła. Drugi to Szwajcaria, która prezentuje odwrotny model — nadwyżka handlowa utrzymuje się tu od 1981 roku średnio na poziomie 7,8 proc. PKB, ale gospodarka odczuła kryzys, bo mocno uderzył dwa największe banki kraju.

To potwierdza, że próbując zrozumieć przyczyny i konsekwencje braku równowagi, nie można skupiać się na jednej tylko zmiennej, na przykład tylko na cenach lub tylko na konkurencyjności (czyli pochodnej różnicy między wartością eksportu a importu). Definicja oparta na porównaniu poziomu oszczędności i pożyczek versus inne kraje lepiej wyjaśnia problem, ale także nie jest kompletna. Jeśli kraj zadłużył się, aby finansować produktywne inwestycje na procent niższy niż zwrot na tych inwestycjach, takie zadłużenie przyniesie wzrost zamożności i łatwiejszą obsługę zadłużenia, jak jest w przypadku Australii.

Wyplosz proponuje bardziej subtelne różnicowanie pomiędzy dobrym a złym deficytem. Dobry mają USA, zły Grecja. I przypomina, że do tanga trzeba dwoje — na każdego lekkomyślnie zadłużającego się przypada lekkomyślny kredytodawca i tylko ten ostatni może zdecydować, kiedy przerwać taniec.

Drugim przykładem podzielonych opinii jest kwestia tego, czy (jak myślą jedni) finansowa globalizacja podnosi zmienność na rynkach (ang. volatility) i prowadzi do gospodarczej niestabilności, czy (jak uważają inni) powoduje, iż rynki są bardziej efektywne, z wyższymi zyskami bez wzrostu zmienności. Używając nowego pomiaru finansowej globalizacji, dwóch ekonomistów z Banku Światowego stawia tezę, że globalizacja w ogóle nie ma zauważalnego wpływu na zmienność na giełdach w krajach rozwiniętych i zmniejsza tę zmienność na rynkach wschodzących.

Nowa miara skonstruowana przez autorów to Indeks Finansowej Globalizacji (FGI) oparty na zależnościach między zwrotem na indeksach giełdowych danych krajów a globalnymi czynnikami finansowymi. Cóż jednak, skoro – jak sami przyznają – miara ta daje mieszane dowody. Może z powodu różnicy między czasem kryzysu gospodarek świata a czasem spokoju? Wydaje się to istotną różnicą, ale brak kategorycznych konkluzji nie przekreśla faktu, że analiza poszerza rozumienie zależności.

Innym pytaniem z dziedziny rozumienia mechanizmów gospodarczych jest pytanie o to, czy w świecie wysokiej mobilności kapitału przepływającego wolno przez granice system wymiany walut ma jeszcze znaczenie. Czy wobec krachu na finansowych rynkach zerwanie z systemem walutowym, do którego się należy, pozwala uchronić gospodarkę przed transmisją wstrząsów? Nie wystarcza i systemy wymiany walutowej wciąż są konieczne – brzmi odpowiedź analityków z Międzynarodowego Funduszu Walutowego.

Pogłębiająca się integracja rynków finansowych na świecie i zsynchronizowany ponadgraniczny przepływ kapitału pobudzają twierdzenie, że autonomia państw w wyborze systemu kursów walutowych nie wystarcza do uchronienia własnej gospodarki przed wstrząsami finansowymi spoza granic. Wskazują na to dowody z krajów rozwiniętych, które mają w obliczu wstrząsów wybór – albo ograniczyć mobilność kapitałową, albo zaakceptować konsekwencje zmiennych finansowych spoza własnego kraju. W krajach rozwijających się większa elastyczność wobec reżimów walutowych tłumi bardziej transmisję wstrząsów na krajowe kredyty, ceny nieruchomości, sektor finansowy oraz produkcję.

Nie jest jednak tak, że elastyczność wobec kursów walut izoluje krajową gospodarkę, i dlatego za wcześnie na odesłanie reżimów kursów walut do lamusa.

Przechodząc od definicji do realiów — po kryzysie 2008 roku banki ograniczyły, czasem w znacznym stopniu, kredytowanie małych i średnich przedsiębiorstw. Analitycy z Milken Institute zbadali zatem, jak skuteczne są rynki takich przedsiębiorstw funkcjonujące przy giełdach (tzw. SME boards) w udostępnianiu pozabankowego finansowania kapitałowego. Obecnie jest takich rynków na świecie około 30.

Badanie obejmuje 26, na których w minionej dekadzie finansowania szukało ponad dwa tysiące przedsiębiorstw. Wnioski z pierwszego badania są takie, iż jest to finansowanie odpowiednie dla nowych przedsiębiorstw z solidną perspektywą wzrostu i ograniczonymi zabezpieczeniami. Takie firmy to zaledwie 16-proc. mniejszość, ale tworzą aż 38 proc. miejsc pracy w sektorze MŚP.

Polski New Connect, funkcjonujący już od dziesięciu lat, wygląda całkiem silnie i skutecznie. Ma nie tylko ponad sto notowanych firm, ale też wiele wycofanych (jak wskazują autorzy z powodu zaostrzenia warunków przystąpienia do rynku). Podobnie jak w Tajlandii i Południowej Afryce, czyli krajach średniej wielkości, rynek w Polsce służy bardzo dobrze jako inkubator firm, które trafiają potem na główną giełdę.

Drugie badanie pokazuje, że instrumentem najlepiej zachęcającym inwestorów do udziału w SME boards są ulgi podatkowe. Interwencyjne zastrzyki publicznych pieniędzy oraz subsydiowana pomoc techniczna i zewnętrzna edukacja są pożądane, ale jako poboczne wsparcie.

W tęsknocie za bardziej solidnymi okolicznościami gospodarczymi wiele nadziei prowokuje blockchain. Banki zaczynają badać, jak mogą wykorzystać technologię kryptowalut, bo – jak wyrazili to przedstawiciele Goldman Sachs – może ona „zmienić definicję transakcji”. Co wiadomo już od 2009 roku, kiedy Satoshi Nakamoto, opierając się na blockchain, stworzył bitcoin.

Ekonomiści z American Institute for Economic Research opisują, kto i gdzie czego szuka obecnie. Będą trzy części publikacji, dziś pierwsza. Jest więc raport brytyjskiego FinTech Network identyfikujący kilka obszarów, w których technologia może być użyteczna. Pierwszy to zapobieganie oszustwom i cyberwłamaniom. Według raportu Nilsona oba procedery spowodowały w minionym roku globalnie 21,84 mld dolarów strat. Sprzedawcy detaliczni wydają rocznie na zapobieganie tym przestępstwom 6,47 mld dolarów. Większość systemów bankowych jest zbudowana na scentralizowanych bazach danych, co daje przestępcom świetny punkt ataku.

Systemy zbudowane na blockchain nie byłyby tak otwarte. Drugi obszar to regulacje tzw. Know Your Customer, których koszty (pokrywane przez sektor finansowy) rosną. Wymagają przeglądu przeszłości finansowej klienta, co jak wykazało badanie Thomson Reuters, niektóre instytucje finansowe kosztuje 60 mln dolarów, a inne nawet 500 mln dolarów rocznie.  Blockchain zmniejszyłby je drastycznie bo nie trzeba byłoby szukać, czekać i sprawdzać. Ciąg dalszy nastąpi…

Na koniec — świat przeszedł kilka kryzysów i tyleż boomów gospodarczych w minionym ćwierćwieczu, kilka ekonomicznych teorii się zachwiało, a my wciąż trwamy w okresie przejściowym po socjalizmie. Po 1989 roku ekonomiści z Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju i Banku Światowego rozpoczęli okresowe badania na temat Europy Centralnej i Wschodniej zatytułowane „Życie w okresie przejściowym”. Wciąż je prowadzą i ostatnia, trzecia runda pokazuje, że nie tylko nie wyszliśmy z tego okresu, ale wręcz cofnęliśmy się – szczególnie we wspieraniu demokracji i gospodarki rynkowej. W latach 2006-2010 ledwie 55 proc. badanych uważało, że demokracja jest dobra, a gospodarka rynkowa miała jeszcze mniej zwolenników, bo 37 proc. Zaskakujące jest to, że poziom satysfakcji życiowej wspiął się tymczasem na poziom krajów Europy Zachodniej.

Pocieszające, że jesteśmy też bardziej za równouprawnieniem kobiet, bo na przykład w Rosji 90 proc, badanych uważa, że kobieta powinna wykonywać wszystkie prace domowe, i to nawet jeśli mężczyzna nie pracuje. W naszym regionie przekonanie to wyraziło ok. 35 proc. badanych przy ok. 11 proc. w Europie Zachodniej.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test