Wcale nie mamy za wielu magistrów

11.07.2014
Gdybyśmy, jak kiedyś, kształcili 10 proc. najzdolniejszych, to za 10 lat niektóre posady byłyby zarezerwowane dla obcokrajowców, bo tylko oni legitymowaliby się odpowiednim cenzusem. W dodatku nie byliby wcale mądrzejsi od tych, którym zdecydowaliśmy odciąć drogę od dyplomu – mówi prof. Zbigniew Marciniak, matematyk, były wiceminister edukacji i nauki i szkolnictwa wyższego.

Prof. Zbigniew Marciniak


ObserwatorFinansowy.pl: Jak twierdzi prof. Janusz Czapiński, Polska pobiła rekord już nawet nie świata, tylko ludzkości w skoku edukacyjnym dokonanym przez ledwie dwie dekady. Na czym polega ten domniemany rekord?

Zbigniew Marciniak: Przed ćwierćwieczem studiowało w Polsce około 400 tys. osób, czyli 10 proc. najzdolniejszej młodzieży i było to znacznie mniej niż na Zachodzie. Na drugim biegunie były tabuny młodzieży o najniższym stopniu wyedukowania i alfabetyzmie niekiedy na poziomie katastrofalnym. Wówczas właśnie polskie społeczeństwo postawiło na kształcenie swoich dzieci na uczelniach wyższych. Według danych Eurostatu liczba Polaków w wieku 30–34 lat z dyplomem ukończenia studiów wzrosła przez 10 ostatnich lat prawie trzykrotnie – z 14,4 proc. w 2002 r. do 40,5 proc. w 2013 r. W całej Unii Europejskiej ten wzrost wyniósł 13 proc.

Przed transformacją ustrojową połowa uczniów wybierała po podstawówce kształcenie zawodowe, a połowa szkoły kończące się maturą, przy czym uczniów w liceach było znacznie mniej niż w średnich szkołach zawodowych, czyli technikach. Tzw. egzamin dojrzałości zdawali, zgodnie z utartą tradycją, niemal wszyscy abiturienci. Około 10 proc. maturzystów podejmowało następnie studia wyższe. Dziś strumień danego rocznika dzieli się w proporcji 80:20. 4/5 absolwentów gimnazjów wybiera szkoły kończące się maturą, a reszta kończy naukę lub uczy się zawodu. 80 proc. abiturientów zdaje maturę, a studia podejmuje mniej więcej połowa statystycznego rocznika młodzieży.

Skąd wziął się ten pęd młodych ludzi na uczelnie? Można usłyszeć, że w trudnych czasach przełomu ustrojowego zebrała się „grupa mędrców” i w obawie przed skutkami bezrobocia w najmłodszym pokoleniu postanowiła opóźnić moment jego startu zawodowego poprzez wysyłanie młodzieży na kilka lat na uczelnie.

Z całą pewnością nie był to proces wyrozumowany i zaplanowany, chociaż istotnie miał bardzo łagodzący wpływ na rynek pracy. W mojej opinii był w wielkim stopniu wynikiem presji społecznej, która przejawiała się w determinacji rodzin dążących do wykształcenia swoich dzieci. W kraju nastąpiła zmiana niemal wszystkiego i otworzyły się bramy, kiedyś przed bardzo wieloma zamknięte, a przynajmniej przymknięte. Dzięki temu studentami zostawało i nadal zostaje wielu młodych ludzi z rodzin, w których nigdy przedtem nikt nie przestąpił progu wyższej uczelni. Pęd do kształcenia oddaje przykład Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej (PZSZ) w jednym z miast prowincjonalnych, której rektor ustanowił 20-złotowe stypendia na pokrycie kosztów dojazdów studentów z okolicznych miejscowości. Mimo że to mikroskopijne wsparcie, jest przyjmowane z wdzięcznością i pokazuje stopień determinacji młodzieży i rodziców.

Efekt jest taki, że w Polsce naukę kończy niecałe 5 proc. 15-latków i jest to najniższy odsetek w Europie (w Hiszpanii sięga on 40 proc.). Wskaźnik ten pokazuje samozaparcie rodzin. Chodzi głównie o rodziców, bo kilkunastoletnie dzieci mają ograniczony wpływ i mniej myślą o wyborze własnej drogi. Przez wiele dekad licea ogólnokształcące były w Polsce szkołami dla dzieci tzw. inteligencji, a te z rodzin robotniczych i chłopskich kontynuowały naukę w technikach, żeby mieć w ręku konkretny zawód. To się zmieniło.

Wielu mówi: bardzo pięknie, ale ta wielka zmiana ilościowa sprawiła, że jakość przeciętnego absolwenta bardzo spadła.

Masowe kształcenie na poziomie wyższym miało swoje konsekwencje. Wiele szkół wyższych nie było i nadal nie jest na to przygotowanych. Kiedyś na studia szła przebrana młodzież o wysokich predyspozycjach, dziś, w kilkakrotnie liczniejszej zbiorowości studentów, siłą rozkładu statystycznego znajduje się duży odsetek osób gorzej przygotowanych, które jednak chcą studiować i nie warto tego zapału niweczyć. Uczelnie muszą więc umieć się do tej sytuacji przystosować albo zdecydować się na kształcenie wyłącznie elity. Są więc blaski i cienie, ale lepiej jest chyba tak, jak jest teraz u nas, niż gdybyśmy musieli siłą ciągnąć młodzież na studia. W Hiszpanii młodzi ludzie protestują, że nie mają pracy, a mnóstwo z nich bardzo wcześnie przestało się uczyć. Dyplom nie daje gwarancji zatrudnienia, ale stawia absolwenta w o niebo lepszej pozycji w porównaniu z kandydatem, którego najpoważniejszy atut to świadectwo gimnazjum.

Najważniejsze jest pytanie, czego chcemy uczyć. Kiedyś celem było wykształcenie następców na własną, profesorską miarę, a więc powielenie elity w procesie „reprodukcji”. To był świetny model w pracy z najzdolniejszymi, przesianymi przez sito ograniczonej edukacji licealnej oraz dość trudnych egzaminów wstępnych. Najzdolniejszy chwyta w lot i podąża dalej. Bardzo wiele badań potwierdza tezę, że człowiek średnio i mniej zdolny zachowuje się inaczej – w rezultacie skoku wymagań przeskoczy wysoko zawieszoną poprzeczkę, ale nie umie już pokonać tego, co jest poniżej. Jeśli zatem rozszerzamy, i to bardzo, krąg osób kształconych na poziomie uniwersyteckim, to musimy określić poziom wymagań końcowych. Chodzi o to, żeby nie borykać się – jak obecnie – z dość powszechnym efektem wiedzy wyspowej, czyli tym, że absolwent uczelni radzi sobie z jakąś dość trudną tematyką, ale pozostaje bezradny wobec licznych zagadnień, nawet jeśli są one mniej skomplikowane od tych, z którymi sobie radzi.

O ile wśród uczonych opinie w tej kwestii są podzielone, to studenci chcieliby mieć wyznaczony kanon wymagań możliwych do spełnienia dzięki dyplomowi. Wprawdzie uczelnia wyższa to nie fabryka produkująca towar o standardowych parametrach, tylko miejsce pozyskiwania mądrości, jednak identyfikacja tej mądrości przez powtarzanie „ucz się, a zobaczysz, jaką przyniesie to kiedyś korzyść” już młodzieży nie wystarcza. Studenci chcą wiedzieć, czego domagać się od nauczycieli i znać zdefiniowany rezultat końcowy swoich wysiłków. Wbrew obiegowym opiniom studenci wiedzą, co czynią i są na to dowody. Nie bez powodu w Uniwersytecie Warszawskim na wydział matematyczny jest trzech kandydatów na jedno miejsce, a na wydział zarządzania – jeden. Rok w rok matematykę na poziomie rozszerzonym wybiera 55 tys. maturzystów i jest to najbardziej popularny przedmiot „rozszerzony” po angielskim. Nie należy wątpić, że te osoby wiedzą, dlaczego to robią.

Nadal jednak dość często pojawia się teza o jakościowej porażce edukacyjnej minionego ćwierćwiecza.

Jest błędna. Obecny przeciętny 18-latek jest znacznie lepiej wykształcony od mojego przeciętnego rówieśnika, a miałem tyle lat w roku 1970. Ja otrzymałem na egzaminie maturalnym z matematyki pięć zadań, z których musiałem wybrać trzy. Na „trójkę” wystarczyło poprawnie rozwiązać jedno, a więc do zdania matury wystarczała znajomość 20 proc. materiału egzaminacyjnego, który był w dodatku standardowy i sztampowy. Nigdy nie było zadania: „udowodnij, że…”, a dziś jest zawsze, natomiast do zdania egzaminu potrzebna jest zaliczenie 30 proc. materiału.

Skąd się więc biorą odmienne opinie w tej sprawie?

Ja mówię o średnim poziomie poszczególnych roczników, a nie o przebranej „elicie”, która kiedyś dominowała wśród młodzieży akademickiej. Bardzo wyraźnie widać postęp, jeśli przypomnieć sobie często tragiczny poziom edukacyjny wśród młodzieży z niższych warstw społecznych 40 czy 30 lat temu. Mówi się o rzekomej „katastrofie gimnazjalnej”. Mamy kłopoty wychowawcze, bo dzieci są w „trudnym” wieku, ale wszystkie dane potwierdzają, że ta katastrofa to wymysł, bo osiągnęliśmy zupełnie niezły poziom. W moich czasach młodzieńczych było do nie wyobrażenia, żeby każdy 15-latek mógł zdać egzamin gimnazjalny tak dobrze, jak to czynią dzisiaj. Potwierdzają to niezwykle rzetelne badania PISA, dzięki którym można porównać wyniki z początku stulecia, czyli zaraz po reformie, z obecnymi. W wielu fragmentach poszczególnych roczników mieliśmy dawniej tragiczne wyniki, np. 20 proc. uczniów nie było w stanie wybrać z trzylinijkowego tekstu dwóch właściwych słów, choć po wypełnionych arkuszach widać, jak bardzo się starali. Dziś odsetek porażek w tym samym sprawdzianie wynosi około 3 proc.

Subiektywne odczucia – np. profesury – rozmijają się z obiektywnym pomiarem, bo kiedyś na studiach mieliśmy 10 proc. rocznika, a dziś połowę, więc musi być widoczna różnica jakościowa. Właściwą odpowiedzią jest dywersyfikacja. Kryterium przyjęcia na studia to liczba punktów uzyskanych na maturze. Jeśli w tym samym audytorium mamy na pierwszym roku osoby, które zgromadziły 80 pkt, a obok siedzą zdobywcy 40 pkt, to ich jednolite kształcenie jest nieporozumieniem. Trzeba więc wyodrębnić z nich strumienie młodzieży o różnych predyspozycjach i kształcić je do pewnego stopnia oddzielnie.

Czy to dobrze, że kształcimy tak dużo młodzieży?

Wbrew pozorom zmniejszenie liczby studentów byłoby obecnie bardzo proste. Wystarczyłoby podnieść odsetek punktów potrzebnych do zdania egzaminu maturalnego z 30 do 40 lub 50, by uczelnie natychmiast odczuły spory wzrost udziału zdolnych studentów. Dlaczego tak nie robimy? Mamy otwarty europejski rynek pracy, a w krajach ościennych studiuje po około 40 proc. roczników w wieku akademickim. Czy zatem polskie 40 proc. młodzieży jest głupsze od 40 proc. młodych Francuzów, Niemców, Hiszpanów czy Włochów?

Jeśli chcielibyśmy zostać „strażnikami świętego ognia jakości” i kształcić – jak kiedyś – wyłącznie 10 proc. najzdolniejszych, to za 10 lat niektóre posady musiałyby być zarezerwowane wyłącznie dla obcokrajowców, bo tylko oni legitymowaliby się odpowiednim cenzusem. W dodatku nie byliby wcale mądrzejsi od tych, którym zdecydowaliśmy odciąć drogę od dyplomu.

Zdaję sobie sprawę, że jest to kwestia dyskusyjna, bo doszło do arbitralnego wyznaczenia poziomu, który może jest za wysoki, a może w sam raz. Dyskusja jest zatem potrzebna. Nie przejmuję się jednak tzw. niekorzystnymi tendencjami demograficznymi, bo nie dostrzegam korelacji między między liczbą ludności a dobrobytem i dobrostanem. Nie martwię się też zanadto emigracją, choć wielu spośród tych, którzy wyjechali, wcale nie zamierza wrócić. Uważam bowiem, że Polak dobrze ulokowany za granicą, ale myślący o kraju, może zrobić dla Polski bardzo wiele i to nie przez działania filantropijne. Spójrzmy na nie tak przecież licznych Holendrów – nie ma chyba wielkiej międzynarodowej korporacji, w której zarządzie nie zasiadałby jakiś Holender. Ważne, żeby nasi emigranci czuli się Polakami i utrzymywali więź.

Studia dają też szansę awansu kulturowego w szerokim rozumieniu tego wyrażenia, a to dzięki bliskiemu obcowaniu z ludźmi i środowiskiem, do którego dostęp byłby dla nich praktycznie zamknięty…

To jeden aspekt, rzeczywiście istotny. Podam przykład z 2006 roku z PWSZ w mieście na zachodnich krańcach Polski. W pierwszym miesiącu zajęć – pourywane krany i porozbijane umywalki w toaletach. W drugim i trzecim – bezrozumnego wandalizmu już mniej, a za rok starszy rocznik pilnował nowych i się skończyło. Mogę się też posłużyć przykładem wszechobecnych w Polsce sondaży, w których padają pytania w rodzaju „co będzie jutro?”. 40 proc. odpowiada, że będzie dobrze, 53 proc., że źle, a 7 proc. mówi roztropnie, że nie wie. Prawidłowość jest taka, że te 7 proc. to zazwyczaj ludzie z wyższym wykształceniem.

Warto też jednak zauważyć, że z większych roczników studentów mamy szansę wyodrębnić przynajmniej tak samą liczną elitę, choć tego crème de la crème powinno być nawet istotnie więcej, bo przy restrykcyjnej rekrutacji niektóre diamenty nie przechodziły przez sita.

Widzimy, że świat się zmienia i nie być pewni, że po studiach znajdziemy pracę „w zawodzie”, tak jak mama, tata czy dziadek. Studia wyższe mają dać określoną wiedzę, ale też przygotować do podejmowania bardzo różnych zadań zawodowych, dziś nie za bardzo nawet wiadomo jakich. Im więcej mamy ludzi z wiedzą ponadelementarną, tym lepiej dla nich osobiście i dla kraju. Z karierą po studiach jest podobnie jak z wyborem przedmiotów maturalnych. Zbadałem, że matura z matematyki, fizyki i historii daje wstęp na niemal wszystkie kierunki studiów wyższych poza medycyną, gdzie potrzebna jest jeszcze matura z biologii. Na tej samej zasadzie matematyk pracujący w korporacji nie musi być tylko i wyłącznie aktuariuszem.

Według popartych badaniami przewidywań niebawem jakieś 10 proc. ogółu będą stanowiły zawody, których dziś jeszcze nie ma. Wykształcenie na poziomie wyższym wzmacnia zatem dostępny potencjał zmiany. Zmian jest mnóstwo, a będzie jeszcze więcej i nie podołałaby im populacja z ogromną przewagą osób bez dyplomu szkoły wyższej.

Choć nie można twierdzić, że po studiach na każdego czeka praca, to można dostrzec prawidłowość, że im trudniejsze studia, tym mniej kłopotów i z zatrudnieniem w ogóle, i ze zdobyciem bardzo atrakcyjnej pracy.

Rozmawiał Jan Cipiur

Prof. Zbigniew Marciniak –matematyk z Uniwersytetu Warszawskiego, były wiceminister edukacji (2007–2009), a następnie nauki i szkolnictwa wyższego (2009–2012). Ekspert OECD w międzynarodowym programie oceny umiejętności uczniów PISA.

 


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test