Węgry uzależniają się energetycznie od Rosji

17.03.2014
Od kilku tygodni o jedynej elektrowni jądrowej kraju w miejscowości Paks mówi się na Węgrzech więcej, niż przez ponad 40 lat od jej uruchomienia. Dyskutuje się jednak nie o starym obiekcie, a o nowej siłowni atomowej, która powstać ma w Paks najprędzej za 20 lat. Wtedy wygasną ostatecznie, raz już przedłużone, zezwolenia na funkcjonowanie bloków energetycznych tej pierwszej.

Elektrownia atomowa w Paks na Węgrzech (CC BY-SA Barna Rovács (Rovibroni))


Powody wielkiego szumu nie są bynajmniej takie same, jak niemal wszędzie indziej w świecie, gdzie dają o sobie znać bardzo liczni przeciwnicy energii atomowej. Na Węgrzech nieco ponad połowa społeczeństwa popiera budowę elektrowni jądrowych i poza malutką partią „zielonych” LEMP nie ma ani jednej poważnej partii politycznej będącej w tej sprawie na „nie”. Atomowy Paks jest na Węgrzech akceptowany, zwłaszcza że elektrownia o mocy 2000 MW zaspokaja w tej chwili połowę zapotrzebowania kraju na energię elektryczną. Nowe bloki w Paks II mają mieć podobną wielkość.

Zbyt szybka decyzja

Skąd więc ten szum? Pierwszy powód to czas podjęcia decyzji o budowie nowej elektrowni. Zdaniem ekspertów, zapadła ona za wcześnie w relacji do zaplanowanego terminu rozpoczęcia inwestycji. Uważają oni, że można i warto było poczekać jeszcze ok. 10 lat, aby podjąć ją z przyszłą wiedzą o rynkach energetycznych, na których dokonują się przecież w gwałtownym tempie zasadnicze zmiany, rzutujące na strategię energetyczną rozwiniętych krajów świata, w tym Węgier. Argument ten przekonuje jeszcze bardziej, gdy wiedzieć, że koszt budowy Paks II wyniesie równowartość 10-15 proc. PKB, wznoszenie obiektu potrwa 10 lat, zaś jego decydujący wpływ na sytuację energetyczną kraju może być odczuwany przez kolejnych przynajmniej na 50 lat.

Pośpiech premiera Viktora Orbána w sprawie Paksu jest wielkim zaskoczeniem. Zdziwione jest społeczeństwo, opozycja, eksperci, w tym również ci zatrudnieni w placówkach państwowych, ale także parlament, resort gospodarki i w ogóle rząd. Ponad 4 lata temu, w 2009 r. posłowie przyjęli rezolucję mówiącą jedynie o zbadaniu możliwości i efektywności ewentualnego zastąpienia starej siłowni Paks nową elektrownią atomową. Decyzja ta upoważniała więc rząd jedynie do zbadania problemu i przygotowania zrębów ostatecznej decyzji w tej sprawie. W roku 2013 rząd Orbána uchwalił jednak strategię energetyczną do roku 2030, w której bierze się pod uwagę budowę nowej elektrowni jądrowej.

31 stycznia 2013 r. rząd rozpoczął rozmowy w tej sprawie z rządem rosyjskim, a 14 stycznia 2014 r. premier Orbán podpisał w Moskwie porozumienie o budowie elektrowni w Paks przez Rosjan, nie mając wcześniej w ręku odpowiedniej decyzji rządu lub parlamentu. Rząd przyjął do wiadomości podjęcie tego zobowiązania kilka dni po fakcie, zaś parlament udzielił zgody na zawarcie porozumienia międzyrządowego w tej sprawie dopiero 7 lutego. Nastąpiło to po burzliwej debacie. Część opozycji odstąpiła od głosowania, zaś inni posłowie opozycyjni zakłócali obrady, włączając na sali Parlamentu urządzenie imitujące dźwięk syren z Paksu, uruchamianych w miasteczku od czasu do czasu w trakcie ćwiczeń ewakuacji ludności z okolic elektrowni jądrowej. Sprawa stała się jeszcze bardziej sekretna po tym, jak rząd objął na 10 lat klauzulą „tajne” wszystkie podstawowe informacje dotyczące m.in. kalkulacji ekonomicznych stanowiących podstawę merytoryczną podpisanej umowy. Parlament poparł zatem większością głosów koalicji rządowej porozumienie, o którego treści nie miał większego pojęcia.

Dziwny tryb podejmowania decyzji

Aurę tajemniczości wzmacnia fakt, że podpisanie tak ważnego dokumentu nie zostało ujęte w planie moskiewskich rozmów węgierskiego premiera. Zaskoczeni przedstawiciele kół rządowych nie byli więc w stanie prezentować na gorąco spójnego stanowiska w sprawie zawartego właśnie porozumienia o wykorzystaniu rosyjskiej technologii oraz uzgodnionego z Moskwą trzydziestoletniego kredytu w wysokości 10 mld euro. Kwota jest ogromna. Stanowi równowartość ponad 10 proc. węgierskiego PKB, a warunki na jakich zostanie postawiona do dyspozycji nie są dokładnie znane do dziś. Minister gospodarki tymczasem obiecywał, że opinia publiczna zostanie poinformowana o nich w drugiej połowie lutego, a umowa w sprawie Paks II trafi w tym samym czasie pod obrady parlamentu, do czego jakoś jednak nie dochodzi.

Po nadejściu z Moskwy informacji o obiecanym tam kredycie rzecznik rządu oznajmił w odpowiedzi na pytania dziennikarzy, że pożyczka rosyjska nie powiększy zadłużenia publicznego Węgier, bo kredytobiorcą będzie państwowe przedsiębiorstwo elektroenergetyczne MVM, a nie rząd. Powiedział również, że podpisane porozumienie jest najlepszym interesem minionego dziesięciolecia. Szybko jednak naprawił to przejęzyczenie, mówiąc dzień później, że nie chodziło mu o marną dekadę, ale o całe następne 100 lat.

Kierujący kancelarią premiera sekretarz stanu János Lázár stwierdził natomiast, że nie chodzi tu tylko o interes, bo dochodzi przecież do strategicznego porozumienia dającego Węgrom niezależność energetyczną od Rosji (sic). Postawił taką tezę mimo tego, że 70 proc. ropy naftowej i 90 proc. gazu ziemnego Węgry kupują od Rosji skąd pochodzić będzie teraz także technologia i paliwo jądrowe dla Paks, a Rosjanie będą również odbierać przez 10 lat odpady promieniotwórcze (po pierwszej dekadzie Węgrzy mają urządzić własne ich składowisko). Inny z kolei przedstawiciel rządu uspakajał opinię publiczną na swoją modłę, mówiąc że Węgrom nie grozi droższa energia, bowiem kredyt bierze rząd, a nie MVM, więc ogromne koszty budowy elektrowni nie wejdą w cenę energii elektrycznej.

Ile będzie kosztowała energia

Sam Orbán twierdzi natomiast, że niebawem Węgry staną się pod względem energii najtańszym krajem w całej Europie. W jego opinii, będą dwa tego powody. Po pierwsze, energia z elektrowni jądrowej jest najtańsza w produkcji, a po drugie, cały węgierski sektor energetyczny będzie upaństwowiony i zacznie działać na zasadzie non-profit, czyli nie będzie dążył do zysku, jak normalne przedsiębiorstwa prywatne.

Szkopuł w tym, że premier nie wyjaśnił przesłanek swoich obietnic. Tymczasem, zarówno niezależne, jak i rządowe instytucje twierdzą, że energia z nowej elektrowni jądrowej w Paks będzie nawet 2,5 razy droższa od energii do kupienia dziś na rynku europejskim oraz droższa od prądu wytwarzanego w Paks dzisiaj. Jedna kilowatogodzina w nowej siłowni w Paks miałaby kosztować ponad 30 forintów, na rynku „prąd” kosztuje teraz 14 forintów, a dzisiejszy koszt w Paks wynosi 12 forintów. Co będzie kiedyś, nie wiadomo, bo nie ma dzisiaj eksperta, który mógłby powiedzieć, jaka będzie cena rynkowa energii elektrycznej za lat 20, ani też, ile wyniosą rzeczywiste koszty Paks II, jako że 3000 miliardów forintów z pokryciem w postaci 10 mld euro kredytu z Rosji to jedynie koszt wzniesienia samej elektrowni, nieobejmujący innych niezbędnych inwestycji i odsetek od kredytu.

Największe emocje budzi jednak na Węgrzech nie sama elektrownia, ile fakt, że budować i finansować ją będzie Rosja, z czego zrezygnowały np. w ostatnich dniach Czechy. Wybory parlamentarne na Węgrzech są niemal za chwilę, bo na początku kwietnia, więc nic dziwnego, że opozycja ma używanie. Viktor Orbán nazywany jest zdrajcą interesów narodowych. W bardziej merytorycznych zarzutach wytyka mu się niebezpieczeństwa wiążące się z tak mocnym uzależnieniem energetycznym Węgier od Rosji. Zwraca się uwagę, że sama Moskwa uważa, że również dla Rosji porozumienie ma znaczenie strategiczne, podyktowane jednak względami nie tyle ekonomicznymi, co politycznymi. Prasa węgierska, w tym prasa ekonomiczna, twierdzi wręcz, że Budapeszt wspiera swoją decyzją starania Kremla o umocnienie rosyjskiej hegemonii energetycznej na kontynencie europejskim. Rysowany jest obraz odbudowy wpływów Rosji w krajach postkomunistycznych na podobieństwo tego co dzieje się z Białorusią, a teraz z Ukrainą.

Bruksela przygląda się kontraktowi

Są opinie, że utajnienie części porozumienia świadczy o możliwej zdradzie wspólnej polityki energetycznej Unii Europejskiej, jak również idei współpracy w tej dziedzinie państw Grupy Wyszehradzkiej. Przypomina się, że jeszcze kilka miesięcy przed zawarciem porozumienia z Rosją ten sam rząd zapowiadał, że ogłoszony będzie przetarg na budowę elektrowni i że wezmą w nim udział firmy z minimum pięciu państw. Mowa była o Rosji, Francji, Japonii, Niemczech oraz USA. Ewentualne argumenty dotyczące hipotetycznych korzyści wiążących z rosyjskim rodowodem Paks I nie mają nic do rzeczy, bowiem Paks II będzie wznoszony na gołej ziemi, bez związku z istniejącą siłownią, a technologia też będzie zupełnie inna od niegdysiejszej.

Odstąpienie od przetargu budzi zresztą wątpliwości nie tylko wśród węgierskiej opozycji, lecz również w Brukseli, gdzie poinformowano o rozpoczęciu badania tej sprawy przez KE. Poza sposobem wyboru dostawcy w polu widzenia jest kwestia finansowania przedsięwzięcia, jako że pożyczki zaciągane przez państwo na cele produkcyjne kłócą się z dyrektywą europejską, broniącą zasad konkurencji w sektorze energetycznym i niedopuszczającą dotacji państwowych.

Rząd węgierski nie polemizuje z tymi argumentami, bowiem przed wyborami Viktor Orbán nie dość, że postawił na antyunijne nastroje społeczeństwa węgierskiego, to sam jeszcze dorzuca drwa do ognia. Mówi np. o zmuszeniu Węgier do prowadzenia wojny z Brukselą, ponieważ Unia Europejska broni interesów wielkich korporacji międzynarodowych, które w pogoni za zyskiem sztucznie zawyżają ceny energii na Węgrzech.

Przypomnieć tu trzeba, że rząd Orbána już dwa razy doprowadził do obniżenia ceny energii – łącznie o 20 proc., a dwie następne obniżki są w przygotowaniu. Cała zresztą kampania wyborcza rządzącej partii Fidesz opiera się na tzw. „walce o media” (komunalne). Rząd doprowadza regulacjami do sztucznych obniżek cen gazu, energii elektrycznej, ogrzewania, wody, kanalizacji. Sprowadza tym na dostawców, tj. głównie firmy zagraniczne, trudności i wtedy proponuje im upaństwowienie. W całym kraju ponad sto tysięcy aktywistów zbierało podpisy pod deklaracjami poparcia dla walki rządu z Brukselą, zespalając przy tej okazji ludzi wokół list wyborczych Fidesz.

Decyzja o zbliżeniu między Budapesztem a Moskwą nie jest przejściowym wyborem Orbána, powiązanym z rachubami wyborczymi. Jest to część strategii premiera, nazywanej przez niego „otwarciem na Wschód”. Przewiduje ona umocnienie więzi politycznych i gospodarczych z Chinami, Rosją oraz niektórymi państwami arabskimi. Viktor Orbán uważa, że modele polityczne tych państw lepiej służą rozwojowi gospodarczemu, niż nazbyt demokratyczne ustroje i systemy rynkowe państw unijnych. Dowodem na to jest według niego klęska jakiej doznała Unia Europejska w walce konkurencyjnej prowadzonej na świecie oraz w rozwiązywaniu problemów wynikających ze światowego kryzysu ekonomicznego.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test