Wewnętrzne zagrożenie dla przywództwa USA

15.04.2016
W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy prezydent Barack Obama odnotował całą serię sukcesów w polityce zagranicznej. Jednym z nich, przyciągającym zresztą mniej niż inne uwagi, było zatwierdzenie w grudniu przez Kongres - po pięciu latach oporów – umowy o reformie Międzynarodowego Funduszu Walutowego.

Jeffrey Frankel


Ponieważ Fundusz odbywa właśnie w Waszyngtonie (w dniach 15-17 kwietnia) doroczne wiosenne walne zgromadzenie, powinniśmy chwilę zastanowić się nad wagą tego osiągnięcia. Przecież gdyby Stany Zjednoczone przez kolejny rok nie ratyfikowały reformy kwot w MFW, oznaczałoby to w zasadzie przekazanie Chinom kluczy do globalnego przywództwa gospodarczego.

Reforma MFW była bowiem sprawą o zasadniczym znaczeniu. Rozdział wkładów pieniężnych i praw głosu między kraje członkowskie musiał być zaktualizowany żeby odzwierciedlał przesunięcia, jakie nastąpiły w ostatnich latach wśród globalnych potęg gospodarczych. Chodzi głównie o to, że większą rolę zyskały kraje wschodzące, takie jak Brazylia, Chiny i Indie, co odbyło się kosztem przede wszystkim krajów europejskich i państw Zatoki Perskiej.

Obama zdołał podczas szczytu w Seulu przekonać przywódców innych krajów G-20, żeby zgodzili się na tę reformę. Konieczne zatwierdzenie tego porozumienia przez Kongres powinno – jak sądzono – pójść łatwo, bo nie zwiększało ono zobowiązań finansowych USA, ani nie likwidowało ich dominacji co do siły głosu. Co ważniejsze,  reforma ta stanowiła dla USA niepowtarzalną okazję, by poprzez uznanie faktu, iż istniejący porządek międzynarodowy musi uwzględniać zachodzące zmiany potęgi ekonomicznej pokazać się w roli globalnego przywódcy.

Tymczasem Kongres usiłował zahamować reformę MFW, co w efekcie oznaczało odmówienie Chinom należnego im miejsca w gremium zajmującym się zarządzaniem w skali globalnej. Efektem tej „zmiany reguł gry” mogło być tylko skłonienie Chin do zakładania własnych instytucji. W tym więc znaczeniu nieustępliwość Kongresu mogła podważyć pozycję USA w konkurencji z Chinami o władzę i wpływy w skali globalnej.

Stany Zjednoczone są dla większości Azjatów bardziej atrakcyjnym hegemonem regionalnym niż Chiny, które wysuwają agresywne roszczenia terytorialne na Morzu Wschodniochińskim i Morzu Południowochińskim. Niedawne postępowanie USA sprawiło jednak, że niektóre kraje azjatyckie zaczynają kwestionować amerykańskie zaangażowanie na rzecz wspierania bezpieczeństwa i pomyślności w regionie.

Takie było tło faktu, iż wiele krajów – zarówno z Azji, jak i spoza niej – z radością dołączyło do organizowanego pod przewodem Chin Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB), który obiecał zaspokojenie części potrzeb finansowych regionu. Powszechnie uważano, że powołanie AIIB – co nastąpiło w grudniu – stanowi dla USA poważne niepowodzenie dyplomatyczne.

Na szczęście dzięki serii ostatnich sukcesów Obamy jeśli chodzi o zaangażowanie w sprawy globalne USA mają obecnie szanse powrotu na dawną pozycję. W kwietniu zeszłego roku administracja amerykańska nadzorowała przełomowe porozumienie z Iranem w sprawie programu nuklearnego tego kraju. Ponadto w październiku przekonała Kongres do udzielenia jej upoważnienia do negocjacji handlowych, co umożliwiło doprowadzenie do finału obejmującego 12 krajów Partnerstwa Transpacyficznego. A całkiem niedawno USA wznowiły stosunki dyplomatyczne z Kubą, kończąc tym samym z trwającą 55 lat polityką jej izolacji, której jedynym sukcesem było tylko dawanie kubańskim przywódcom uzasadnienia klęski gospodarczej i utrudnianie stosunków USA z całą Ameryką Łacińską.

Wreszcie, w grudniu zeszłego roku przedstawiciele 195 stron Ramowej Konwencji NZ w sprawie Zmian Klimatu podpisali w Paryżu porozumienie o ograniczeniu emisji gazów cieplarnianych. W niemałym stopniu przyczyniły się do tego wcześniejsze wspólne działania Obamy i prezydenta Chin, Xi Jinpinga. 22 kwietnia w Paryżu ci dwaj przywódcy mają w imieniu swoich krajów – dwóch największych emitentów gazów cieplarnianych – podpisać to porozumienie. Jeśli dodać ratyfikowaną wreszcie reformę MFW, wygląda na to, że USA mają naprawdę dobrą passę.

Żadnego z tych pięciu osiągnięć nie dało się przewidzieć rok temu. Gdy w listopadzie 2014 roku Republikanie przejęli pełną kontrolę nad Kongresem, zapanował pogląd, że będzie on blokować administrację Obamy, która przez dwa ostatnie lata dużo już nie zrobi.

Co gorsze, sprawy międzynarodowe wywołują sprzeciw zarówno ze strony skrajnej lewicy, jak i skrajnej prawicy. Najbardziej oczywisty tego przykład stanowi handel, ale nie jest bynajmniej to przykład jedyny. Kandydat na prezydenta, Bernie Sanders, nie tylko sprzeciwia się TPP, ale kiedyś dołączył w Kongresie do Republikanów, którzy próbowali zablokować starania o ratowanie wschodzących krajów Ameryki Łacińskiej i Azji podczas kryzysów finansowych. Te operacje ratunkowe niezmiennie nazywa się „wsparciem”, nawet wtedy, gdy nic one USA nie kosztują. Departament Skarbu zarobił nawet na udzielonej w 1995 roku Meksykowi pożyczce, której sprzeciwiał się Sanders – i pomagają one w utrzymaniu wzrostu gospodarczego. Z kolei senator z Nowego Jorku, Chuck Schumer, dołączył do Republikanów w staraniach o zablokowanie porozumienia nuklearnego z Iranem.

Najnowsze międzynarodowe sukcesy Obamy nie są niepodważalne. Umowa dotycząca MFW jest już wprawdzie zatwierdzona, ale inne kluczowe inicjatywy Obamy mogą zepsuć amerykańscy politycy, zwłaszcza przy zjednoczeniu skrajności z obydwu stron polityki. Kongres może odrzucić TPP, mówiąc tym samym Azji, że ma sobie radzić sama. Może również podważyć nawiązanie stosunków a Kubą; nie odwołał przecież jeszcze embarga. Jeśli zaś chodzi o porozumienie paryskie, to pierwszym wyzwaniem będzie przewidziane na 2 czerwca przesłuchanie przed federalnym sądem apelacyjnym w sprawie Clean Power Plan, czyli przygotowanej przez administrację strategii wprowadzenia tego porozumienia z życie.

Kolejny element niepewności dokłada kampania prezydencka Republikanów. Dwaj czołowi kandydaci do nominacji tej partii, Donald Trump i Ted Cruz, zapowiadają, że jeśli zostaną wybrani, to podrą umowę z Iranem na kawałki. Warto tu przypomnieć efekty analogicznej decyzji George’a W. Busha, który podarł zawarte za czasów Billa Clintona „ramowe porozumienie” z Koreą Północną. Jak można było przewidzieć, reżim Kima szybko zbudował bombę atomową.

Wciąż nie jest więc jasne, czy USA będą nadal przywodzić światu. Jasne jest natomiast, że przesądzi o tym przede wszystkim polityka wewnętrzna USA, nie zaś rozwój wydarzeń globalnych.

 

© Project Syndicate, 2016

www.project-syndicate.org


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test