Widać koniec wzrostu gospodarczego

20.03.2013
Coraz modniejsza jest narracja o końcu wzrostu gospodarczego, przynajmniej w krajach wysokorozwiniętych. Z kolei wzrost gospodarczy w Polsce w siedmioleciu 2009-2015 wyniesie zdecydowanie poniżej 3 procent rocznie. Prognozy na lata 20. tego stulecia mówią o zaledwie 1-2 procentowym wzroście. Zmierzamy w tym samym kierunku?

Badania podstawowe mogą prowadzić do nowych innowacji. Na zdjęciu jeden z budynków CERN (CC BY-NC-SA davidpc_)


Dyskusję wywołał amerykański ekonomista Robert Gordon z Nortwestern University, który we wrześniu opublikował raport (publikacja CEPR) na temat Stanów Zjednoczonych, skupiając się na coraz mniej przełomowym charakterze innowacji, co staje się czynnikiem spowalniającym wzrost. Równocześnie przed USA stoi sześć wielkich przeciwności, które zmniejszają go niemal do zera.

Obserwator Finansowy relacjonował poglądy Gordona i innych sceptyków na innowacje w tekstach z The Economist – „Innowacyjny pesymizm” i Jana Cipiura „Innowatorzy w świecie spoczęli na laurach”. Warto wrócić do tematu końca wzrostu gospodarczego, bo literatura jest coraz obszerniejsza i nie dotyczy tylko kwestii innowacji.

Przeciwności

Przede wszystkim warto wymienić wspomniane sześć czynników Gordona:

– starzenie się społeczeństwa,

– kiepski system edukacyjny,

– nierówności dochodowe,

– konkurencja zagraniczna,

– nieuchronny wpływ ocieplenia globalnego,

– konieczność spłaty nadmiernego zadłużenia.

Każdy z tych czynników odejmuje od tempa wzrostu gospodarczego 0,2 do 0,5 punktu procentowego (najwięcej nierówności dochodowe), przez co średnie tempo  jego wzrostu spada niemal do zera w horyzoncie najbliższych 20 lat. W latach 1987-2007 wzrost wynosił 1,8 proc. rocznie w przeliczeniu na głowę mieszkańca. Przy czym Gordon pod uwagę bierze 99 procent populacji, wyjmując ze statystyk 1 procent najzamożniejszych.

Już sama ta metodologia, odmienna od standardu, zasługuje na uwagę. Faktycznie bowiem z punktu widzenia przeciętnego obywatela ważny jest wzrost gospodarczy per capita a nie ogólny. Sensowne wydaje się też wyłączenie gwałtownie bogacącej się grupy najbogatszych, która w USA koncentruje istotną część wartości dodanej. Inaczej statystyki stają się mylące w kontekście znakomitej większości społeczeństwa.

Praca Gordona wywołała największą dyskusję, mimo, że hipoteza – bardziej publicystyczna niż naukowa –  od 2011 roku zaowocowała m.in. dwiema książkami pod tym samym tytułem „End of Growth” (Heinberg i Rubin) i trzecią: „The Great Stagnation” (Cowen) oraz licznymi artykułami.

Cóż piszą ci autorzy? Jeff Rubin, ekonomista i ekspert od ropy naftowej, jest monotematyczny – wzrost gospodarczy wymaga energii. Wysokie ceny surowców energetycznych, przede wszystkim ropy, oznaczają wyhamowanie wzrostu. Z kolei Richard Heinberg jest badaczem w Post Carbon Institute i głównie zajmuje się pisaniem książek oraz przemawianiem na temat zrównoważonego rozwoju. Akcentuje wyczerpywanie się surowców, wysokie ceny paliw, ale dokłada konieczność spłaty długów i brak dostępności kredytu jako przyczyny zahamowania wzrostu gospodarczego.

Większym dorobkiem naukowym legitymuje się Tyler Cowen z George Mason University. Cowen skupia się, podobnie jak Gordon, na przesłankach dotyczących innowacji i postępu technologicznego. Zwraca też uwagę na zróżnicowanie sytuacji  ludzi. „Komputery, internet, smartfony nadal będą dynamicznym sektorem. Rozwinie się sztuczna inteligencja. Będzie pewna grupa ludzi, którzy znakomicie będą mogli ich używać i pracować z nimi. To będzie może 10 – 20 procent ludności. Bardzo się wzbogacą. Płace pozostałych nie będą rosły, a nawet – jeżeli globalizacja nadal będzie postępować – lekko obniżą się realnie”.

Cowen zwraca zatem uwagę na ten sam aspekt wzrostu gospodarczego, który Gordona skłonił do wyeliminowania z rozważań 1 procenta najbogatszych. To selektywność wzrostu gospodarczego – nawet jeśli zaistnieje, jego owoce spożyją tylko najlepiej wykształceni i posiadacze kapitału.

Drugie zróżnicowanie dotyczy państw. Choć skrajni sceptycy uważają, że także wzrost gospodarczy w Indiach i Chinach bardzo zwolni, to jednak naprawdę problemy będzie miał przede wszystkim świat wysokorozwinięty, a pierwszymi kandydatami do Wielkiej Stagnacji są Europa Zachodnia i Japonia. W istocie niektóre państwa już jej doświadczają (Japonia, Włochy) z minimalnym lub zerowym wzrostem gospodarczym od wielu lat. CEO koncernu Unilever Paul Polman uważa, że Europa nie odrodzi się w ciągu najbliższych 10 lat. Daniel Grosthink-tanku CEPR przewiduje dekadę zerowego wzrostu dla południowej Europy. Tyler Cowen przewiduje dziś 10 lat stagnacji dla USA (w książce w 2011 roku pisał o 20 latach, więc jak widać może nie będzie tak źle).

„Nie będzie cudów gospodarczych”

Tak tytułuje swój komentarz Dani Rodrik z Uniwersytetu Harvarda. „Szybki wzrost będzie raczej wyjątkiem niż regułą w nadchodzących dekadach” – pisze Rodrik i zwraca uwagę, że także w krajach wschodzących wyczerpuje się potencjał wzrostu w  oparciu o szybkie uprzemysłowienie. Konkurencyjność ich przemysłu obniża się – zwracają uwagę inni autorzy – ze względu na szybki wzrost płac (Chiny) i rosnące wyczulenie na niestabilność długich łańcuchów dostaw po katastrofach żywiołowych (Tajlandia), co skłania niektóre zachodnie koncerny nawet do przeniesienia produkcji z powrotem do krajów macierzystych.

W krajach wschodzących rośnie udział usług w produkcie krajowym, a w tej sferze uzyskanie wyższej produktywności, a zatem i wyższego wzrostu gospodarczego, jest znacznie trudniejsze niż w produkcji. Zwłaszcza w sektorach, w których dominuje państwo, takich jak służba zdrowia i edukacja. Inne zagrożenia dla wzrostu to narastanie protekcjonizmu i słabości przestrzegania praw własności, czy instytucji systemu władzy.

Czarnowidze dotychczas często nie mieli racji – poczynając od Malthusa, a kończąc na sławetnym Klubie Rzymskim, który skompromitował się raportem „Granice wzrostu” z 1972 roku, przewidując, że jeszcze w XX wieku wyczerpią się surowce naturalne. Czy tym razem również sceptycy mylą się?

Sądząc z dość ubogich w argumenty polemik wydaje się, że tak właśnie może być. Noblista Paul Krugman zarzeka się, że dużo ostatnio studiował kwestie technologii i jego zdaniem rewolucja informatyczna dopiero się zaczęła. Daron Acemoglu z MIT mówi: „Nie wiemy co będzie następnym Wielkim Odkryciem, ale nie ma powodu sadzić, że go nie będzie”. Stephen Roach, kiedyś główny ekonomista Morgan Stanley, dziś publicysta i nauczyciel akademicki w Yale zwraca uwagę, że niektóre przeciwności, na które zwraca uwagę Gordon, na przykład spłata nadmiernego zadłużenia, mogą być problemem jeszcze przez długi czas, ale nie znaczy to, że tak będzie zawsze.

Inni autorzy piszą o perspektywach taniej energii ze złoży ropy i gazu łupkowego, a nawet rewolucji drukarek trójwymiarowych, która umożliwi decentralizację produkcji, tak jak mikroźródła energii umożliwiły decentralizację jej wytwarzania i niezależność od paliw kopalnych. Poważniejsi autorzy podkreślają nowe perspektywy rozwoju wynikające z zastosowania nanomateriałów, inteligentnych sensorów, robotyzacji, czy przede wszystkim z rozwoju sztucznej inteligencji.

Najnowszy raport IBM przewiduje, że już wkrótce komputery będą widziały, czuły, wąchały, słyszały – słowem posiadały wszystkie zmysły człowieka, co otworzy nowe możliwości np. w medycynie i życiu codziennym. Jednak robotyzacja, sensory, sztuczna inteligencja – wszystko to może podwyższać wzrost gospodarczy, ale równocześnie zmniejszy zapotrzebowanie na pracę ludzką. Bezpośrednio i nie wprost – przez eliminację pośredników, tak jak to dzieje się dzięki internetowi. Wygrają właściciele robotów, przegrają ci, których one zastąpią.

Patent na stagnację

Dlatego i pesymiści, i optymiści, jednym głosem mówią o potrzebie przystosowania się społeczeństw do braku wzrostu gospodarczego lub jego bardzo selektywnego istnienia. Proponują np. nowy podział pracy i skrócony jej czas dla wszystkich, czy zmianę stylu życia. Zdaniem Heinberga ta zmiana już zachodzi o czym świadczy rosnąca popularność przydomowych ogródków żywnościowych, czy rozwój lokalnych społeczności ukierunkowanych na samowystarczalność  i odpornych na zagrożenia. Na przykład, jak podaje Heinberg, liczba farmerów w Ameryce po raz pierwszy od dziesięcioleci zaczęła wzrastać. Coraz częściej też poszukuje się innych wskaźników dobrobytu niż produkt krajowy, uwzględniających nie tylko dobrobyt materialny, lecz również polityczną stabilność, stan zdrowia, warunki życia w społecznościach lokalnych, bezpieczeństwo osobiste, klimat, wolność, równość płci itd.

Koncentrowanie się na nowych wskaźnikach trochę przypomina stłuczenie termometru jako antidotum na gorączkę, ale podobno w Bhutanie, gdzie władca stara się nie o wzrost wskaźnika PKB, lecz o wzrost niezwykle rozbudowanego wskaźnika GNH (Gross National Happiness – Szczęścia Narodowego Brutto), faktycznie żyją szczęśliwi ludzie.

Wśród bardziej konwencjonalnych rekomendacji sprzyjających podtrzymaniu tradycyjnie mierzonego wzrostu gospodarczego i osłabieniu negatywnych skutków postępu technologicznego jeśli chodzi o miejsca pracy, trzy wydają się najważniejsze:

Po pierwsze inwestycje w edukację i umiejętności, co umożliwi zaspokojenie popytu na pracę kreatywną i wykwalifikowaną, a także ograniczy nierówności dochodowe wynikające z różnic w wiedzy.

Po drugie otwarte i sprawne instytucje (prawo własności, państwo prawa, brak barier wejścia na rynek i do zawodów, podstawowa infrastruktura i usługi publiczne) umożliwiające aktywność ekonomiczną znacznej części ludności, oraz związana z nimi lepsza „rządność” (governance) i pluralistyczna, o szerokiej podstawie społecznej, dystrybucja siły politycznej, władza ograniczona i pozbawiona  arbitralności.

Po trzecie utrzymanie zachęt do innowacji takich jak ochrona własności intelektualnej czy mechanizm rynkowy z finansową premią za innowacje.

Polska nowa normalność

Mając to wszystko w pamięci zastanówmy się jak rokuje Polska. Z sześciu „wiatrów w twarz” Gordona wypłata dywidendy demograficznej wkrótce się skończy  w Polsce, a pespektywy w horyzoncie 20-30 lat są fatalne. Jakość edukacji nie jest najgorsza, ale słabości wyższych uczelni powszechnie znane. Nierówności dochodowe są nadal dość umiarkowane. Z globalizacji raczej korzystamy, niż na niej tracimy, ale nasza konkurencyjność słabnie. Problemy energetyczne narastają, koszty energii w Polsce są relatywnie wysokie w stosunku do poziomu rozwoju, a dobić wzrost gospodarczy może unijna idee fixe wyeliminowania węgla jako źródła energii. Wreszcie kwestia konieczności oddłużenia publicznego i prywatnego nie jest tak dramatyczna jak w krajach najwyżej rozwiniętych. Tak więc wiatry w twarz są w porównaniu z sytuacją USA umiarkowane, ale z tendencją do narastania.

Prawdziwy dramat dotyczy tego, co jest osią tekstu Gordona – innowacji. Nie chodzi oczywiście o to, że następna „Wielka Rzecz” zapewne nie powstanie w Polsce, lecz o poziom innowacyjności w całej gospodarce i sferze publicznej, który – jak wynika z najnowszych danych GUS i kilku poważnych raportów m.in. zespołu Jerzego Hausnera i zespołu Krzysztofa Rybińskiego – pogarsza się przy bierności państwa, społeczności naukowej i akademickiej, a także – niestety – większości przedsiębiorców.

Zatem jest całkiem możliwe, że owe 2-3 procent przyrostu produktu krajowego to może nie koniec wzrostu gospodarczego, ale polska nowa normalność. Na razie.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test