Wojna Trumpa

30.12.2016
Podczas kampanii wyborczej Donald Trump wykorzystywał handel zagraniczny jako swego rodzaju piorunochron. Niezwykłe jest jednak dopiero to, że po wygranej nie złagodził tonu. Przeciwnie.


Podczas kampanii wyborczej prezydent-elekt Donald Trump – broniąc rzekomo nękanej kłopotami amerykańskiej klasy średniej – wykorzystywał handel zagraniczny jako swego rodzaju piorunochron. Nie jest to taktyka odosobniona – i to po każdej ze stron sceny politycznej.

Niezwykłe jest to, że po wygranej Trump nie złagodził tego anty-handlowego tonu. Przeciwnie, podnosi stawkę i wypuszcza serię strzałów ostrzegawczych, wytwarzając sytuację, która mogłaby się przekształcić w globalną wojnę handlową na dużą pełną skalę, z katastrofalnymi skutkami dla Stanów Zjednoczonych i reszty świata.

Weźmy kluczowe decyzje personalne Trumpa. Przemysłowiec Wilbur Ross – desygnowany na sekretarza handlu – głośno demonstrował pragnienie uchylenia „idiotycznych” umów handlowych USA. Dyrektorem Narodowej Rady Handlu – nowego organu Białego Domu, który ma mieć status równorzędny z Radą Bezpieczeństwa Narodowego i Krajową Radą Ekonomiczną – będzie Peter Navarro, profesor ekonomii z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Irvine. Navarro to w stosunku do Chin jeden z najbardziej skrajnych amerykańskich jastrzębi. Tytuły dwóch jego najnowszych książek – Death by China (2011) i Crouching Tiger: What China’s Militarism Means for the World (2015) [„Śmiercionośne Chiny” oraz „Przyczajony tygrys: co oznacza dla świata chiński militaryzm”] – dobitnie świadczą, iż ma on uprzedzenia na poziomie tabloidów.

Ross i Navarro byli także współautorami opublikowanego na portalu wyborczym Trumpa dokumentu w sprawie polityki gospodarczej, który nie zdradzał nawet pozorów wiarygodności. Teraz będą mieć szansę praktycznej realizacji swoich pomysłów. Proces ten już się zresztą zaczął.

Trump jasno stwierdza, że natychmiast wycofa kraj z Partnerstwa Transpacyficznego – co zgodne jest z wysuwaną przez Rossa krytyką umów handlowych USA. A bezwstydna skwapliwość Trumpa do podważenia funkcjonującej od 40 lat polityki „jednych Chin”, co wyraża się w bezpośredniej rozmowie z prezydent Tajwanu, Tsai Ing-wen – że nie wspomnę o jego kolejnych antychińskich tweetach – pozostawia niewiele wątpliwości co do tego, że administracja Trumpa będzie stosować receptę Navarro i zwróci się przeciwko największemu i najpotężniejszemu partnerowi handlowemu USA.

Oczywiście może być tak, że Trump – samozwańczy mistrz w zawieraniu umów – mówi twardo po prostu po to, by Chiny i świat zauważyły, że USA są obecnie gotowe działać w dziedzinie handlu zagranicznego z pozycji siły. Śmiały gambit na otwarciu gry – argumentuje się – zmiękcza przeciwnika i wiedzie do korzystniejszego zakończenia.

Takie twarde podejście niewątpliwie dobrze się sprawdza w odniesieniu do wyborców; w kluczowej jednak konfrontacji z rzeczywistością zawodzi. Ogromny deficyt handlowy USA – widomy przejaw ich niskich oszczędności – stawia przekonanie o potędze gospodarczej pod znakiem zapytania. Znaczny deficyt oszczędności krajowych – a taka właśnie sytuacja dotyka USA – jest powodem nienasyconego apetytu na nadwyżki oszczędności z zagranicy. Pociąga to z kolei pociąga za sobą chroniczny w USA deficyt rozrachunków bieżących i ogromny deficyt handlowy.

Próba rozwiązania tego makroekonomicznego problemu poprzez odnoszenie się do pojedynczego kraju nie może się powieść: w 2015 roku Stany Zjednoczone miały deficyt handlowy ze 101 krajami. Wielostronnego problemu nie da się załatwić w sposób dwustronny. Przypomina to przysłowiowego holenderskiego chłopca, który dziurę w grobli zatyka palcem. Dopóki nie rozwiąże się zasadniczego problemu – czyli niedostatku oszczędności, który wobec nieuchronnego zwiększenia przez Trumpa deficytu budżetu federalnego zapewne wzrośnie – amerykański deficyt rozrachunków bieżących, będzie się tylko powiększać, podobnie jak deficyt handlowy. Naciski na Chiny spowodują po prostu przesunięcie nierównowagi handlowej do innych krajów – najprawdopodobniej do producentów o wyższych kosztach, którzy skutecznie podniosą ceny zagranicznych towarów, jakie sprzedają przyciśniętym do muru amerykańskim rodzinom.

Ale to nie koniec. Administracja Trumpa bawi się ostrą amunicją, co może wywołać poważne, globalne reperkusje. W przypadku chińskiego odzewu na to nowe prężenie muskułów przez USA jest to najbardziej oczywiste. Zespół Trumpa lekceważąco podchodzi do reakcji Chin na jego groźby – bo jest przekonany, że USA nie mają nic do stracenia i wszystko do zyskania.

Niestety, może tak nie być. Czy nam się podoba czy nie, USA i Chiny związane są stosunkami wzajemnego współuzależnienia ekonomicznego. Chiny są rzeczywiście zależne od amerykańskiego popytu na ich eksport, ale także USA są zależne od Chin. Chińczycy są w posiadaniu amerykańskich papierów skarbowych i innych aktywów dolarowych na kwotę ponad 1,5 biliona dolarów. Ponadto Chiny są dla USA trzecim co do wielkości (po Kanadzie i Meksyku) i najszybciej rozwijającym się rynkiem eksportowym. Trudno zatem, żeby nie miało to konsekwencji dla spragnionej wzrostu gospodarki amerykańskiej. Głupotą jest myślenie, że w przypadku tych dwustronnych stosunków gospodarczych wszystkie karty są w rękach USA.

Współuzależnienie to powiązanie bardzo reaktywne. Jeśli jeden z partnerów zmienia warunki zaangażowania, drugi zapewne odpowie tym samym. Jeśli USA będą ścigać Chiny – do czego Trump, Navarro i Ross od dawna nawoływali i co teraz zdają się robić – to muszą także stawić czoła konsekwencjom. Na froncie gospodarczym oznacza to możliwość ceł odwetowych na amerykański eksport do Chin, a także potencjalne skutki dla zakupów amerykańskich obligacji skarbowych przez Chiny. Cła wyrównawcze mogą wprowadzić także inne kraje, które w efekcie globalnych łańcuchów dostaw są ściśle powiązane z Chinami.

Globalne wojny handlowe zdarzają się rzadko. Podobnie jak konflikty militarne często zaczynają się jednak od przypadkowych sprzeczek czy nieporozumień. Ponad 85 lat temu senator Reed Smoot i kongresman Willis Hawley oddali pierwszy strzał na rzecz wprowadzenia ustawy celnej z 1930 roku (ustawa ta zwiększała cła na ponad 20 tysięcy towarów importowanych – przyp. tłum.). Doprowadziło to do katastrofalnej globalnej wojny handlowej, która zdaniem wielu sprawiła, iż głęboka recesja przeobraziła się w Wielki Kryzys.

Ignorowanie lekcji historii to szczyt głupoty. Żeby dzisiejsza gospodarka USA – której brakuje oszczędności i która ma skłonności do deficytu – mogła Amerykę uczynić znów wielką, potrzeba znacznie więcej niż tylko uderzenia w Chiny. Przekształcenie handlu w broń masowego zniszczenia gospodarczego może być politycznym błędem na niewyobrażalną skalę.

© Project Syndicate, 2016

www.project-syndicate.org


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test