Wspólna waluta łączy, a nie dzieli gospodarkę

06.09.2013
Przeciwnicy wspólnej waluty dla kilku obszarów gospodarczych wysuwają często argument, że różnorodność gospodarcza wymaga istnienia odrębnych ośrodków politycznych emisji pieniądza. Odwołują się do tej tezy zarówno w debacie dotyczącej strefy euro jak również innych rynkowych unii monetarnych, np. opartych na standardzie złota. Nie mają racji.
(CC BY-NC-ND 2.0 by Justin Kiner)

(CC BY-NC-ND 2.0 by Justin Kiner)

(CC BY-NC-ND 2.0 by Justin Kiner)

Argument o różnorodności gospodarczej jako podstawy do prowadzenia różnych polityk monetarnych przyjmuje rozmaite formy. Wymieńmy kilka z przykładów:

– Każdy z krajów ma własny „cykl koniunkturalny”, więc wymagane jest prowadzenie w nich innej polityki pieniężnej;

– W jednym kraju elastyczność płac i cen jest większa niż w drugim, więc potrzebna jest inna polityka pieniężna.

– Jeden kraj rozwija się w tempie 2 proc., a drugi w tempie 10 proc., więc potrzebują innej waluty.

Każdy z tych argumentów bywa oczywiście krytykowany, ale zanim dokona się jakiejkolwiek krytyki (która może być rzecz jasna odrzucana) warto wcześniej wykonać niezależną od opinii rozbiórkę tych argumentów.

Różne oblicza cyklu koniunkturalnego

Zwróćmy chociażby uwagę na argument pierwszy, który osiąga wysoki stopień finezji, brzmi dosyć technicznie i trafia w serce ekonomicznej terminologii. Tymczasem zawiera w sobie kilka założeń, które z powodzeniem można zakwestionować.

Zastanówmy się na przykład, czym jest „cykl koniunkturalny”. W zależności od tego, którą teorię cyklu koniunkturalnego uznamy za poprawną, argument wygląda zupełnie inaczej. Załóżmy na przykład, że uznajemy którąś z pieniężnych teorii cyklu koniunkturalnego (np. jakąś wersję monetarystycznej lub austriackiej). Naturalne jest wtedy, że dwa różne kraje z innymi bankami centralnymi mają inne cykle. Nie jest to żadną przeszkodą integracji walutowej, ponieważ źródłem innych cykli jest właśnie to, że kraje mają inne banki centralne. W wypadku przeprowadzenia ewentualnej integracji monetarnej źródło różnorodności cykli znika automatycznie.

Powiedzmy jednak, że nie wierzymy w teorie pieniężne cykliczności i uznajemy, że cykle są powodowane przez „czynniki realne”, czy też jakieś „szoki podażowe”. Wtedy byśmy powiedzieli, że cykle bywają nieodłącznie związane z jakimiś branżami i rozprzestrzeniają się na resztę gospodarki.

Uznanie nawet takiej teorii cykliczności nie implikuje jeszcze jednak uznania argumentu przeciwko integracji pieniężnej, ponieważ potrzebne są dwa kolejne założenia. Po pierwsze, trzeba uznawać, że takie szoki podażowe da się zwalczać polityką pieniężną. Po drugie, trzeba dodatkowo uważać, że takie zwalczanie szoków podażowych będzie bardziej efektywne przy zdecentralizowanych politykach pieniężnych. Obydwie tezy można z powodzeniem podważyć.

Różny sposób reagowania

Trochę mniej ukrytych założeń jest w argumencie o różnych elastycznościach, niemniej jednak również się pojawiają. Pierwszym z nich jest w zasadzie ukryta teza o tym, że równomierność elastyczności płac i cen byłaby z gospodarczego punktu widzenia pożądana. Wnioski takie można również wyciągnąć z różnych wersji „teorii optymalnych obszarów walutowych”.

Gdy jednak bliżej się przyjrzymy tej tezie, to da się ją zakwestionować. Otóż charakterystyczną cechą procesu rynkowego jest występowanie niedoskonałej elastyczności cenowej. Współczesna teoria i praktyka podpowiadają nam, że doskonała elastyczność cenowa płac i cen byłaby niepożądaną. Mówiąc obrazowo – jeśli na przykład w ciągu ostatnich dwóch tygodni w naszym sklepie wizytuje dwa razy mniej klientów, to najprawdopodobniej błędem byłaby dwukrotna obniżka cen.

Od tej konstatacji jest tylko jeden krok do kolejnej tezy: równomierna (nawet niedoskonała) elastyczność cen i płac w gospodarce również jest niepożądana, ponieważ każdy sektor wymaga swojej własnej „elastyczności”, dostosowanej do rynkowych lokalnych warunków dla tego sektora.

Gdy spada popyt na mieszkania zarówno w Poznaniu jak i w Suwałkach, nawet w tym samym stopniu, to w obydwu przypadkach wymaga to jakiegoś uelastycznienia sprzedawców, mniejszego bądź większego. Nie jest jednakże wymagane, aby ta elastyczność była taka sama.

Mówiąc dosyć kolokwialnie, elastyczność „jest jaka jest”, uwarunkowana wieloma czynnikami, o których decydują podmioty rynkowe. Tak jak się różni w przypadku rynku nieruchomości, to samo dotyczy wszystkich innych rynków, w tym rynków pracy. W jednym sektorze pewne czynniki decydują o tym, że płace są bardziej elastyczne, a w innym mniej, dotyczy to również rejonów geograficznych określonych krajów. Inaczej zachowują się płace w sektorze informatycznym, inaczej spożywczym, a inaczej przemyśle ciężkim. Nawet jeśli wpływają na to znacząco regulacje państwowe, to należy to traktować jako realny czynnik cenotwórczy.

Dlatego przykład drugi zdaje się implicite zawierać tezę, że równomierność elastyczności w dwóch gospodarkach jest czymś korzystnym (teza wątpliwa). To jednak nie jedyne założenie, ponieważ oprócz niego trzeba przyjąć kolejne: uznawać, że nawet jeśli takiej równomiernej elastyczności nie ma, to aktywna i zdecentralizowana polityka pieniężna jest sposobem na jej swoiste „imitowanie” z korzyścią dla konsumentów (możliwe, że za pomocą kursu walutowego). To jednak również jest założenie, które może zostać poddane w wątpliwość.

Waluta jest po to, aby jednoczyć różnorodne rynki

Abstrahując od powyższych opisów i rozbiórki argumentacji, większość argumentów o różnorodności przeciwko wspólnej walucie dla dwóch regionów, uderza tak naprawdę w samą istotę pieniądza. Pieniądz jest bowiem powszechnie akceptowanym środkiem wymiany, którego celem jest łączenie rynków, które się różnią. Im więcej się różnią, tym rola pieniądza jest większa.

Przykładowo istnienie jednego złotego dla całego kraju pozwala na to, że sprzedawca z podlaskiego jest w stanie bez operacji walutowych sprzedać ser koryciński pracownikowi banku z Warszawy. Nawet jeśli bezrobocie jest dwa razy większe w tym rejonie podlaskiego niż w stolicy Polski, a płace dwa razy mniejsze. Nawet jeśli kupiec jest dziesięć razy bogatszy od sprzedawcy, a jego region rozwija się w tempie kilkukrotnie wyższym.

To samo tyczy się rozmaitości form zatrudnienia, struktury produkcji, zależności od importu surowców i różnych elastyczności cen oraz płac. Wspólna waluta pozwala na głębsze zintegrowanie gospodarcze dwóch odmiennych regionów. Ekonomicznych korzyści tego faktu nie zmieni nawet to, że deficyty budżetowe konkretnych samorządów mogą być różne.

Naturalnie można natychmiast zripostować, że jawnym zaprzeczeniem tego faktu jest ostatni kryzys w strefie euro. Niewątpliwie jest to dobry przykład tego, że w przypadku integracji pieniężnej może dojść do powstania poważnych problemów gospodarczych. Z tym trudno dyskutować, ale warto zdać sobie sprawę tego, że źródłem tych problemów nie jest wspólna waluta per se. Źródła tych problemów kryją się gdzie indziej niż we wspólnej walucie – w rozwiązaniach politycznych.

Decyzjami politycznymi wokół wspólnej waluty wygenerowano uwarunkowania, które wraz z pewnymi dodatkowymi czynnikami przyczyniły się do zaistnienia poważnej sytuacji kryzysowej. U jej przyczyn nie leży jednak fakt tego, że sprzedawca mleka z Portugalii jest w stanie je sprzedawać bez operacji walutowych bogatemu posiadaczowi ziemskiemu z Bawarii.

Przeciwko wspólnej walucie można wysunąć inne argumenty cięższego kalibru. Szkoda jednak wysuwać argumenty, które stanowią uderzenie w samą koncepcję pieniądza jako powszechnego środka wymiany, który pozwala na integrowanie różnorodnych regionów i podmiotów gospodarczych.


Tagi


Artykuły powiązane