Zachód ukrywa fakty, jak ZSRR

08.10.2011
- We wrześniu 2008 roku sekretarz skarbu Henry Paulson udał się do Kongresu i poprosił o 780 miliardów dolarów - od tej opowieści Hernando de Soto, prezes Instytutu Wolności i Demokracji i były prezes banku centralnego Peru, zaczął swoje wystąpienie w sesji „Kapitalizm po kryzysie” na Forum Nowych Idei. I pytał: - Gdzie są te pieniądze.

Sesja "Kapitalizm po kryzysie" - od lewej Jerzy Hausner, Mike Kubena, Hernando de Soto, fot. OF


Hernando de Soto argumentował, że hipoteki sub-prime łączyły się z wielkimi bankami, jeden kredyt zabezpieczał kolejny. Pieniądze z budżetu miały iść na stworzenie listy tych toksycznych aktywów i ich chirurgiczne usunięcie z systemu. Niestety TARP (Troubled Asset Relief Program) szybko przestał być aktualny.

– Już w październiku dowiedzieliśmy się, że nie zrealizują tego programu, ale program wsparcia banków – mówił de Soto.

To był, jego zdaniem, pierwotny błąd, który doprowadził do dzisiejszego chaosu.

– Chaosem trzeba bowiem nazwać sytuację, w której wciąż nie wiadomo gdzie jest ryzyko, które aktywa są toksyczne i kto co naprawdę ma. Przez 150 lat wszystko na Zachodzie było zapisywane, wiadomo było gdzie co jest, kto ma jakie prawa własności. Mieliśmy zapisy, mieliśmy bilanse. Nagle jednak dochodzi do sytuacji, że mamy derywaty i pochodne, które nie są księgowane, nie wiadomo jaka jest ich wartość – mówił de Soto.

I dodawał, że przynajmniej od czasów upadku Enronu wiemy, że dochodziło do wyjmowania aktywów z jednych bilansów i umieszczanie ich w innych, żeby wszystko dobrze wyglądało. Banki nie miały już jednego przejrzystego bilansu, były ich dziesiątki.

– Gdzie jest te 700 miliardów dolarów? – pytał de Soto.

Politykę ukrywania faktów, jaką teraz prowadzi Zachód, porównał do czasów Związku Radzieckiego.

Profesor Jerzy Hausner, członek RPP i wykładowca Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, źródeł kryzysu upatrywał z kolei w przepaści między sferą finansową i wytwórczą, jaka wytworzyła się w ostatnich latach.

– Wartość dóbr wytwarzanych w skali globalnej wzrosła o kilka procent, a wartość sektora finansowego o kilkaset procent. W efekcie pieniądz przestał być środkiem obsługującym sferę wytwarzania, a stał się celem – przekonywał prof. Hausner.

Wyjściem byłoby więc obniżenie wartości aktywów finansowych oraz wzrost cen wytwarzanych dóbr. Problem w tym, że oba procesy będą musiały toczyć się równocześnie i nie zabić przy tym wzrostu gospodarczego. Wzrostu nie da się już finansować z długu, koniecznie będą oszczędności. To oczywiście zła wiadomość dla krajów takich jak Polska, których poziom oszczędności jest stosunkowo niski.

Nie tylko w Polsce, ale i w skali całego świata wymaga to jednak innego spojrzenia.
– Konieczne jest poszerzanie bazy wytwarzania, uregulowanie praw własności, włączanie ludzi do gospodarki. Patrzymy dziś na gospodarstwo domowe, jak na konsumenta energii, a trzeba zacząć myśleć czy może być ono także w jakimś stopniu źródłem energii. Tak samo trzeba przyjrzeć się bankom czasu, które pozwalają zagospodarować nadwyżkę pracy – przekonywał Jerzy Hausner.

Mike Kubena, prezes PricewaterhouseCoopers na Europę Środkową i Wschodnią, spojrzał na kryzys z punktu widzenia biznesu. Przyznał, że do niedawna wzrost osiągało się przez samo wchodzenie na rynki takie jak Polska, Czechy, Węgry.

– Braliśmy nasze podstawowe produkty, wprowadzaliśmy je na nowy rynek i mogliśmy założyć się, że będziemy mieli wysokie tempo wzrostu. Teraz te rynki zaczynają się zachowywać jak rynki dojrzałe, musimy walczyć o wszystko co się da – tłumaczył.

W centralach globalnych korporacji nastroje nie są dobre także z innego powodu. Z trudem opracowywane modele biznesowe wyrzuca się teraz do kosza i próbuje działać mając do dyspozycji 20 proc. mniej pracowników i mniejsze budżety. Czasy wolniejszego wzrostu i niższych stóp zwrotu przetrwają ci, którzy najlepiej się dostosują. Takie czasy wymagają też przywódców z prawdziwego zdarzenia.

Zgodził się z tym profesor Oliver E. Williamson, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii w 2009 roku i wykładowca Uniwersytetu Berkeley. Opisując początki dzisiejszej sytuacji zauważył, że “zarówno w skali mikro jak i makro oczekiwaliśmy, że to się samo załatwi, a to wtedy trzeba było zadawać pytania”.

Teraz, zdaniem uczestników dyskusji, mamy “crisis of crisis managment” – kryzys zarządzania kryzysowego, który objawia się tym, że ci którzy mogliby uruchomić rozwiązania, wciąż nie wiedzą jak to zrobić.

Opracował Marek Pielach

Relacja video z sesji “Kapitalizm po kryzysie


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test