Zaciskania pasa nie będzie

04.12.2013
Czy w czasach wciąż słabego wzrostu wydatki państwa mogą poprawić koniunkturę i czy możliwe jest w Polsce poluzowanie fiskalne? Przedłużenie Polsce przez Komisję Europejską okresu wychodzenia z procedury nadmiernego deficytu takie poluzowanie w istocie oznacza. Na co jednak pozwala nam stan finansów publicznych?

PAP


Gospodarka powoli zaczęła rozkręcać się z przesunięciem akcentu ze słowa „powoli” na „rozkręcać się”. Tempo wzrostu w okolicach 3 proc. PKB jest niemal pewne w przyszłym roku i stanie się tak głównie za sprawą samych sił rynkowych, bez wspomagania fiskalnego.

– Trudno znaleźć dziury w tym ożywieniu. Mamy banki gotowe do pożyczania, mamy rotację aktywów. Spore środki leżą na depozytach bieżących i będą przeznaczone na konsumpcję. Pozytywne sygnały płyną też z rynku pracy. Od sześciu miesięcy mamy do czynienia ze wzrostem zatrudnienia netto. To jest wszystko co w krajach rozwiniętych generuje konsumpcję. Chodzi przecież o pewność otoczenia i pewność zatrudnienia – mówił Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista mBanku podczas Kongresu Ekonomicznego zorganizowanego na SGH.

– Jesteśmy takimi Chinami Europy, bo ten sam mechanizm, który przez ostatnie dziesięciolecie promował wzrost w Chinach działa i u nas. Po pierwsze niesamowite położenie geograficzne, na którym korzystają głównie Niemcy. Po drugie konkurencja kosztowa. Po trzecie kurs walutowy, który sprzyja eksportowi – wymieniał.

Dodał, że mamy też jedne z najniższych podatków w porównaniu do PKB w całej Unii Europejskiej, a także jeden z najlepszych wskaźników zadłużenia.

Czy zreorganizowany rząd myśli o wspomaganiu koniunktury kosztem wolniejszego powrotu do równowagi w finansach publicznych? Z pewnością nie będzie do niej dążył na siłę.

„Nawet jeśli w przyszłym roku nasz PKB urośnie o 3 proc., a w 2014 r. trochę więcej, to ciągle bezrobocie nie będzie na takim poziomie, na jakim powinno być. To nie jest wszystko, na co stać naszą gospodarkę. To oznacza, że w perspektywie dwóch, trzech lat miejsca na ograniczenie deficytu do zera czy do 1 proc. nie ma” – powiedział Mateusz Szczurek, nowy minister finansów, w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej” 25 listopada.

I choć dodał, że wciąż zależy nam na wyjściu z procedury nadmiernego deficytu w 2015 roku, to nie potwierdził, czy stanie się to zgodnie ze ścieżką, jaką prognozuje Komisja Europejska – deficyt 4,8 proc. PKB w tym roku, 3,9 proc. PKB w 2014 roku i wyjście przy poziomie 2,8 proc. PKB w 2015 roku. Być może wskaźniki te będą trochę wyższe, a dodatkowe wydatki państwa będą miały na celu pobudzenie wzrostu gospodarczego.

Ważne jest to – jak wynika z wypowiedzi ekspertów – że rozważamy potencjalnie wyższy deficyt finansów publicznych, a nie wyższy dług publiczny. W przypadku tego drugiego przeważa ten sam pogląd – w długim terminie powinien on wyłącznie spadać.

– Około 40 proc. PKB to jest dosyć komfortowy poziom długu publicznego, który dla gospodarki nie byłby zbyt dużym obciążeniem. Szczególnie dla gospodarki będącej w procesie konwergencji – mówił Ludwik Kotecki, główny ekonomista Ministerstwa Finansów również podczas Kongresu Makroekonomicznego. Nie sposób nie zauważyć, że 40 proc. to znacznie mniej niż obecne 58,3 proc. PKB. Tyle według metodologii unijnej wynosił nasz dług publiczny na koniec II kwartału.

Jeszcze dobitniej wyraził to dr Marcin Piątkowski, ekonomista Banku Światowego.

– Uważam, że Polska powinna mieć dług jawny poniżej 40 proc. PKB. To kwestia suwerenności. Inaczej o naszej polityce decydują młodzi traderzy w Londynie kupujący obligacje, albo dziennikarze „Financial Timesa”.

Zbyt wysoki dług publiczny może także szkodzić wzrostowi gospodarczemu. Tak przynajmniej twierdzą prof. Kenneth Rogoff i prof. Carmen Reinhart. Ta dwójka naukowców policzyła, że dług publiczny powyżej 90 proc. PKB skutkuje ograniczeniem tempa wzrostu gospodarczego średnio o jeden punkt procentowy. Inni ekonomiści wskazali jednak na nieścisłości w tych obliczeniach i pomijanie niepasujących danych, więc nie można powiedzieć, że teza ta jest bezsporna (>>pisaliśmy o tym tutaj).

– Nie sposób udowodnić bezpośredniego związku między wysokością zadłużenia a tempem wzrostu – mówi Obserwatorowi Finansowemu prof. Ryszard Bugaj –  Można jedynie mówić o zależnościach pośrednich. Jeżeli jest kraj o wysokim zadłużeniu to inwestorzy mogą przewidywać, że będzie musiał podnieść podatki i w związku z tym ich inwestycje mogą przynieść niższą stopę zwrotu, więc może lepiej ulokować je gdzie indziej – tłumaczy.

– Ja także bym chciał, żeby dług publiczny w Polsce spadał – dodaje prof. Bugaj. – Jeżeli cokolwiek w kryteriach z Maastricht ma sens to właśnie ograniczenie długu publicznego, a nie deficytu. Problem w tym, że Unią Europejską rządzą Niemcy z Francją, a oba kraje mają wysoki dług przekraczający 80 proc. PKB, a niskie deficyty i taką politykę narzucają innym – wyjaśnia prof. Bugaj.

Czy powinniśmy zatem z całych sił dążyć do zdjęcia z Polski procedury nadmiernego deficytu w 2015 roku, kiedy to nasz deficyt budżetowy powinien spaść poniżej wymaganych w kryteriach z Maastricht 3 proc. PKB?

– Prognozy Komisji Europejskiej są zbyt sztywne – odpowiada prof. Ryszard Bugaj.

– Jeśli nasza stopa wzrostu będzie przyzwoita to deficyt moglibyśmy redukować nawet szybciej, ale jeśli się okaże, że koniunktura będzie gorsza przez wpływ strefy euro to nie ma sensu redukować deficytu kosztem wzrostu. 3 proc. deficyt jest bowiem niedostateczny nawet z punktu widzenia automatycznych stabilizatorów koniunktury. Moim zdaniem nic by się nie stało gdyby w krótkim okresie skoczył on nawet do 6 – 7 proc.

– Dla nas kluczowy jest wzrost PKB, a dla niego nie jest obojętne na co wydaje się pieniądze – dodaje prof. Maria Drozdowicz-Bieć z SGH. Badania wielu gospodarek prowadzone od lat 60. XX wieku pokazują, że efekty mnożnikowe prawie nie występują przy wydatkach konsumpcyjnych, a najsilniejsze są przy wydatkach na inwestycje. Tutaj na pewno nie zmniejszałabym wydatków państwa, szczególnie tych które idą na sferę produkcyjną, bo przynoszoną one lepsze efekty niż wydatki na infrastrukturę.

Z opinii ekonomistów wynika zatem, że powinniśmy prowadzić bardziej samodzielną politykę fiskalną, nie podporządkowującą wszystkiego realizacji czasem czysto teoretycznych kryteriów fiskalnych.

To samo można jednak powiedzieć także o polityce monetarnej w kontekście przyjęcia euro. Mówił o tym podczas IX Kongresu Ekonomistów Polskich prof. Andrzej Sławiński, dyrektor Instytutu Ekonomicznego NBP.

– Jeżeli mowa o korzyściach z przyjęcia euro to wymienia się trzy: niskie stopy procentowe, wzrost skali wymiany i niższe jej koszty. W pierwszym wypadku Polska jest gospodarką doganiającą w związku z czym naturalny poziom stopy procentowej jest i powinien być u nas wyższy. W drugim przypadku szacowano, jeszcze jak Wielka Brytania zastanawiała się czy wejść do strefy euro, że wzrost skali handlu wyniesie 40 proc. Dziś wiemy że to dużo, dużo mniej, więc ciężko na to patrzeć jak na korzyść znaczącą. Trzecia korzyść jest już w ogóle historyczna, bo większość wymiany walut odbywa się dziś na platformach, gdzie spread wynosi jeden pips, czyli kosztów w zasadzie nie ma.

– Trudno jest podać ekonomiczne powody, żeby się śpieszyć z wejściem do strefy euro – podsumował prof. Sławiński.

OF


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły