• Obserwator Finansowy

Zboża w Polsce raczej nie zabraknie

27.08.2010
Piekarze zapowiadają 20-30 proc. podwyżkę cen chleba, tłumacząc ją brakiem mąki. Mnożą się też apele o uwolnienie rezerw państwowych.  - Zboża na rynku nie brakuje, pewne niedobory mogą występować, jeśli chodzi o pszenicę najwyższej jakości. Uwolnienie rezerw państwowych spowodowałoby natomiast znaczący spadek cen, które po spekulacyjnym skoku ustabilizują się na poziomie 600-650 zł za tonę - mówi prof. Michał Jerzak, prezes Warszawskiej Giełdy Towarowej.

Cena zboża to ruletka (c) Wojciech Pacewicz


„Obserwator Finansowy”: Krajowa Rada Piekarstwa i Cukiernictwa straszy podwyżką cen chleba nawet o 20-30 proc. i apeluje do rządu o uwolnienia rezerw zboża. Jej Piekarze motywują swój apel wysokimi cenami pszenicy i niedoborem zboża wysokiej jakości. Czy na polskim rynku rzeczywiście brakuje zboża i rząd powinien uwolnić jego rezerwy?

  

Michał Jerzak: Zboża z pewnością nie brakuje, mogą być pewne niedobory, jeśli chodzi o pszenicę najwyższej jakości. Dzisiejsze technologie pozwalają jednak z powodzeniem wypiekać chleb także z nieco gorszego zboża. Apel piekarzy można natomiast tłumaczyć chęcią obniżenia cen na rynku. Gdyby rząd zdecydował się na uwolnienie rezerw, ceny pszenicy na naszym rynku zaczęłyby spadać.

 

Czy polscy producenci skorzystają na zakazie eksportu zboża wprowadzonym w Rosji i ograniczeniach zapowiadanych przez Ukrainę?

 

Zważywszy na fakt, że  Rosja eksportowała ok. 18-20 mln ton zboża rocznie, Ukraina ok. 10 mln ton, więc na pewno na tym rynku powstanie pewna luka. W skali ogólnoświatowej będzie ona jednak raczej niewielka, a skorzystać będą chcieli wszyscy uczestnicy rynku. Trzeba też pamiętać, że część kontraktów eksportowych rosyjskiego zboża już zostało zrealizowanych.  Ponadto na świecie są duże zapasy zboża. Unia ma ok. 21 mln ton rezerwy, Polska ok. 3 mln ton. Dlatego polscy rolnicy skorzystają prawdopodobnie w niewielkim stopniu.

 

Kto w takim razie wypełni lukę na rynku?

 

Handlem zbożem na świecie zajmują się przede wszystkim wielkie koncerny: Cargill, Continental, Glencore. Te firmy są najbardziej operatywne, ale też mają największe możliwości, bo ich oddziały znajdują się na całym świecie. Oni w zasadzie rządzą kontraktami. Handlują zarówno zbożem polskim jak i amerykańskim, rosyjskim czy ukrańskim.

 

Dzięki temu są bardziej elastyczni niż mniejsi gracze i łatwiej im wykorzystywać powstające luki. Jeśli będą chcieli sprzedać zboże w Egipcie, do którego trafiała znacząca część produkcji rosyjskiej, kupią je tam gdzie jest najtaniej i skąd będzie najdogodniejszy, czyli w gruncie rzeczy także najtańszy transport.

 

Skoro są tak duże rezerwy to dlaczego cena pszenicy jest niemal dwukrotnie wyższa niż przed rokiem?

 

Ceny zostały wywindowane spekulacyjnie. Osiągnęły swoje maksimum i w tej chwili już obniżają się. Myślę, że ustabilizują się na poziomie 600-650 zł za tonę pszenicy. Ten nagły wzrost był spowodowany zapowiedziami wstrzymania eksportu i niepewnością związaną z pożarami w Rosji. Światowe prognozy zbiorów zbóż z marca czy kwietnia tego roku były bardzo optymistyczne i zapowiadały wielki urodzaj. Prognozowano cenę poniżej 500 zł. Potem okazało się, że w Rosji nastąpiła susza i pożary, na Ukrainie susza, a potem ulewne deszcze, w Kanadzie też padało. Wzrosła niepewność co do zbiorów i to pozwoliło na spekulacje. Kiedy uczestnicy rynku poznali rzeczywistą sytuację, cena zaczęła spadać.

 

Czyli rolnicy jednak zarobią więcej niż w ubiegłym roku, bo będą sprzedawać pszenicę po wyższych cenach?

 

Tak, ale oni też nie są zainteresowani, żeby cena pszenicy była windowana do 900 zł, bo to się obraca przeciwko nim. Jeżeli cena zboża idzie w górę, to drożeją też środki produkcji, pasze, materiał siewny, a nawet sprzęt i maszyny. Przy tym ceny zbóż zazwyczaj potem szybko spadają, a ceny środków produkcji nadal utrzymują się na wysokim poziomie i produkcja staje się jeszcze mniej opłacalna niż przed podwyżkami. Dlatego myślę że cena w granicach 600-650 zł jest dla producentów zupełnie satysfakcjonująca.

Trzeba też dodać, że na rynku nie ma trwałej tendencji wzrostu cen surowców żywnościowych. Trwały wzrost cen może dotyczyć żywności przetworzonej, ale cen surowców nie, bo te wahają się z roku na rok. Stara zasada mówi że jak się urodzi dużo, to cena jest niska. Jak się urodzi mało – jest wysoka. W 2008 r. ceny pszenicy sięgały prawie 950 zł za tonę, rok później spadły o połowę – do 450 zł. Ale to też było skutkiem działań spekulacyjnych.

 

Czyli mechanizmy kształtujące ceny na rynkach towarowych działają podobnie do tych znanych z rynków kapitałowych?

 

Mechanizmy psychologiczne i techniczne są podobne, ale na rynku towarowym znacznie ważniejsza jest znajomość bazy i czynników fundamentalnych rynków. To bowiem pozwala lepiej przewidywać działania spekulacyjne. No i dodatkowo rynki surowców żywnościowych w znacznym stopniu uzależnione są od czynników naturalnych. Tu prognozy określa się na podstawie warunków pogodowych i przyrodniczych. Tego np. czy było sucho, czy wystąpiły choroby, itp. Na tej podstawie można określić pewną prognozę wysokość zbiorów i próbować przewidzieć cenę. Prognozy, jednak mają to do siebie, że albo się sprawdzają albo nie, bo pogoda jest w znacznym stopniu nieprzewidywalna. Na tydzień przed zbiorami może przyjść deszcz, grad albo inna klęska żywiołowa i zniszczyć większość plonów.

 

W takim razie, czy ceny na giełdach towarowych oderwały się od rzeczywistej gospodarki podobnie jak np. ceny akcji na rynkach kapitałowych?

 

Ceny terminowe towarów na giełdach nie mogą się oderwać z co najmniej dwóch powodów.

 

Na rynku grają głównie ci gracze którzy handlują zbożem, a w ich interesie nie jest spekulacja, tylko zabezpieczanie się i stabilizacja cen. Jest jednak duża grupa inwestorów spekulujących na tych rynkach np. fundusze żywnościowe i surowcowe bazujące na produktach rolnych. Tej grupie może zależ na spekulacyjnych zmianach cen, ponieważ na rynkach terminowych przy takim skoku cenowym można bardzo dużo zarobić.

 

Tyle, że 95 proc. wszystkich kontraktów pochodnych na towary rolnicze zawiera klauzulę przewidującą możliwość fizycznej realizacji transakcji. Powoduje to, że w skrajnej sytuacji ktoś może zażądać odbioru np. zboża po tej wywindowanej cenie i wtedy zaczyna się problem. Nierozważny spekulant może się obudzić pewnego ranka z kilkuset tonami pszenicy do odbioru w magazynie licencjonowanym za które będzie musiał zapłacić.

 

W praktyce do takich realizacji dochodzi niesłychanie rzadko. To może 2 proc. transakcji. Ale zabezpieczenie działa i transakcje spekulacyjne, w których następuje oderwanie ceny terminowej od gotówkowej, są możliwe jedynie w bardzo krótkich okresach. Cena zazwyczaj bardzo szybko wraca do realiów i nie jest w stanie długotrwale oderwać się od rzeczywistego poziomu ceny towaru na rynku. Dlatego rynek pochodnych towarowych jest ściśle powiązany z rynkiem fizycznych towarów i myślę, że to jest jego siłą.

 

Czy podobnie dzieje się na rynku takich towarów jak ropa albo metale?

 

Ropa nie jest uzależniona od pogody, ropa jest uzależniona od ludzi, albo wydobędą jej więcej, albo mniej. Dlatego cenami tego typu surowców można łatwiej sterować, niż cenami surowców rolniczych. Tu łatwiej spekulować, ale i łatwiej przerwać spekulacje decydując na przykład o zwiększeniu wydobycia.

 

Większość kontraktów na ropę czy miedź także jest zabezpieczona możliwością fizycznej realizacji, ale generalnie są one zamykane przed terminem zapadalności. Są tak skonstruowane, że realizacja się nie opłaca, bo mają służyć jedynie zabezpieczeniu ceny.

 

Zakupów surowca dokonuje się normalnie na rynku. Kupuje się np. miedź w KGHM, a na giełdzie w Nowym Jorku kontrakty terminowe czy opcje, żeby zabezpieczyć jej cenę. Oczywiście są licencjonowane giełdowe magazyny, gdzie na wypadek, gdyby pozycja nie była zamknięta przed terminem można fizycznie dostarczyć towar, ale to sytuacje wyjątkowe.

 

Czym handluje się na Warszawskiej Giełdzie Towarowej?

 

Główny obrót to w tej chwili kontrakty terminowe i opcje na waluty. Mamy też wydzieloną spółkę e-WGT, która jest platformą do handlu fizycznymi towarami rolnymi. Przez nią płyną rezerwy państwowe, oferty od producentów na zboże, mięso i inne produkty rolne. Jest to miejsce w internecie gdzie można ogłosić ofertę, albo zawrzeć transakcję.

 

Warszawska giełda jest mała. Miesięcznie zawiera się tu ok. 2 tys. kontraktów, to tyle co giełdy w Nowym Yorku czy Chicago w ciągu jednego dnia. My mamy jednak ciągle odgraniczone możliwości działania ze względu na wymogi prawne. Wkrótce jednak mamy nadzieję, że to się zmieni. Powołaliśmy spółkę Polski Rynek Terminowy która czeka na zgodę Komisji Nadzoru Finansowego na prowadzenie rynku regulowanego. Po uzyskaniu zgody tam zamierzamy przenieść rynek pochodnych walutowych a także rozpocząć handel pochodnymi na towary, by polscy rolnicy mogli zabezpieczać ceny. W rolnictwie to jest niezwykle istotne ponieważ sieje się we wrześniu, a zbiera w następnym roku. Wynik finansowy jest nieznany, teraz to jest   tak jak w ruletce. Nikt nie wie jaki będzie poziom cen za rok, a dzięki kontraktom terminowym można zabezpieczyć określony poziom zysku.

 

Nie można tego zrobić w Londynie czy Nowym Jorku?

 

Oczywiście można ale jest to obarczone dużym ryzykiem.  Choć w długim okresie tendencje zmian cen zbóż na rynkach światowych są podobne, to w krótkim okresie a to interesuje producenta –  zwykle bywają różne w różnych regionach świata. Dlatego polski producent pszenicy nie może zabezpieczyć swojej ceny na przykład w Paryżu czy Chicago ponieważ jest to nieefektywne.

 

Stąd giełdy towarowe na których handluje się pochodnymi opartymi na towarach rolnych są w dużym stopniu giełdami regionalnymi, bo rynki różnych regionów w krótkim okresie są rynkami odrębnymi. To daje nam szansę na rozwój.

 

Rozmawiał Rafał Pisera

 

Michał Jerzak jest dr. hab nauk ekonomicznych, profesorem Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, w 1992 r. ukończył Studium Marketingu Zbożowego na Uniwersytecie w Kansas w USA


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test