Doskonalenie metod badania inflacji

19.11.2018
Rosnące obroty w handlu internetowym, zmiana zwyczajów zakupowych, zróżnicowanie preferencji konsumentów powodują, że badania inflacji muszą uwzględniać coraz więcej różnych źródeł danych. Wraz ze zmianami ewoluuje metodologia badań. Czy nowe metody trafniej identyfikują zmiany cen?


„Badania robią się coraz bardziej hybrydowe, uwzględniają wielość źródeł danych” – mówi Obserwatorowi Finansowemu Dorota Turek, zastępca dyrektora Departamentu Handlu i Usług Głównego Urzędu Statystycznego.

Ile waży mąka i dlaczego

Przyjrzyjmy się aktualnym metodom badania inflacji. Prowadzone są one zgodnie z metodologią i ogólnoświatową klasyfikacją spożycia indywidualnego wg. celu – Classification of Individual Consumption by Purpose. Do tego – aby inflację policzyć – statystycy potrzebują dwóch źródeł danych. Pierwsze z nich to wiedza o tym, ile pieniędzy i na co wydają gospodarstwa domowe. Drugim są badania cenowe.

Unijna odmiana klasyfikacji COICOP, ustalona przez Eurostat, ujmuje wydatki gospodarstw domowych z 12 działów. Są to m.in.: żywność i napoje bezalkoholowe, napoje alkoholowe i wyroby tytoniowe, wydatki na mieszkanie, na edukację, restauracje i hotele, łączność, transport itp. Każdy dział ma swoją wagę. Jaką? Zależy ona od tego, jaką część budżetów konsumpcyjnych gospodarstwa domowe przeznaczają na towary lub usługi z danego działu. Wagi rewidowane są co roku, na podstawie badania budżetów gospodarstw. Badania przeprowadzone w tym roku spowodują, że w przyszłym wagi dla obliczeń wskaźników cen konsumpcyjnych zostaną zrewidowane.

W tym roku wagi są następujące: największy udział w wydatkach konsumentów ma żywność – 24,36 proc. Na drugim miejscu jest użytkowanie mieszkania i nośniki energii – 20,35 proc. Trzecia pozycja w koszyku towarów i usług konsumpcyjnych przypada transportowi (wraz z paliwami) z 8,74 proc. Kolejne są rekreacja i kultura – 6,92 proc., napoje alkoholowe i wyroby tytoniowe – 6,19 proc., restauracje i hotele – 5,71 proc. Do koszyka wpada jeszcze edukacja, zdrowie, łączność, odzież i obuwie, wyposażenie mieszkania oraz wszystkie pozostałe towary i usługi.

Te 12 działów to nie wszystko. Każdy jest podzielony na grupy elementarne, których jest ok. 340. I tak na przykład kategoria żywność dzieli się na ok. 80 grup elementarnych – podział narzuca także klasyfikacja COICOP. Ryż, kasza, mąka, mleko, sery i twarogi, mięso wołowe, wieprzowe i drobiowe – każda z tych grup ma odpowiednią wagę. Na tym poziomie klasyfikacja się kończy.

Wydatek rejestrujemy na poziomie, który pozwala określić udział danej grupy produktów w wydatkach ogółem. Nie mamy już wag dla mąki pszennej wrocławskiej, poznańskiej itp. – mówi Obserwatorowi Finansowemu Anna Bobel, naczelnik w Departamencie Handlu i Usług GUS.

Wagi grup elementarnych w każdym z działów wynikają także z badania budżetów gospodarstw domowych. Do grup tych zaliczają się konkretne produkty: towary lub usługi. Spośród nich wybierane są te, które najczęściej kupujemy. To tzw. reprezentanty. O miano reprezentanta walczy więc np. udko indycze ze skrzydełkiem kurczaka.

„Nie możemy zbadać cen wszystkich towarów i usług na rynku detalicznym, w związku z czym musimy wybrać reprezentanty” – mówi Dorota Turek.

„Ważne jest, żeby towary i usługi – czyli reprezentanty – faktycznie reprezentowały to, co ludzie powszechnie kupują. Zmiany cen musimy liczyć na podstawie towarów o porównywalnej jakości, uwzględniać także znikające towary” – dodaje.

Wiemy zatem, na co i ile gospodarstwa domowe wydają pieniędzy, ustaliliśmy wagi każdego z 12 działów, a w nich wagi dla grup elementarnych. W końcu wybraliśmy reprezentanty. Teraz już ankieterzy z regionalnych urzędów statystycznych mogą ruszyć do punktów notowań i sprawdzić, jak zmieniły się ceny w ciągu miesiąca.

Robią to pomiędzy 5 a 22 dniem kalendarzowym miesiąca. Idą do hipermarketów, supermarketów, osiedlowych sklepików, zakładów usługowych, barów, restauracji, na stacje paliw i do aptek. Słowem odwiedzają wszystkie możliwe wytypowane miejsca, w których robimy zakupy. Co miesiąc na potrzeby badania cen zbierają ok. 300 tys. danych.

Polowanie na dane

Aktualne badania inflacji – co sami statystycy przyznają – mają swoje słabe punkty. Chodzi tu nie tylko o ludzki błąd, który może popełnić ktoś na jednym z etapów, a jest tych etapów – jak widzimy – wiele. Zauważmy jednak, że pojedynczy błąd, nawet znaczący, zostałby zniwelowany w masie innych zbieranych danych i nie byłby w stanie przesądzić o ostatecznym wyniku badania cen.

Istnieją jednak dwa problemy i oba są znaczące. Pierwszy związany jest z badaniem budżetów gospodarstw domowych, które ma zmierzyć wydatki i dochody ok. 40 tys. gospodarstw, pokazać ich rozkład, ujawnić najczęściej kupowane produkty i usługi oraz to, w jakich ilościach ludzie je kupują. Ma ono kluczowe znaczenie, bo na podstawie tego badania działom i grupom elementarnym przyporządkowywane są wagi i dobierane reprezentanty.

Sami przedstawiciele GUS przyznają, że w systemie są luki, a ich eliminacja jest trudna. Badane gospodarstwa domowe mają teoretycznie dostęp do „elektronicznej książeczki”, w której za pośrednictwem Internetu mogą zapisywać wydatki, a stamtąd są one bezpośrednio wprowadzane do bazy danych. Pytanie tylko, czy gospodarstwa potrafią się tym narzędziem posługiwać i czy im się po prostu chce. „Elektroniczne książeczki to ok. 2 proc. całości zbieranych informacji” – mówi Dorota Turek.

Dlatego trzeba używać znacznie bardziej tradycyjnych metod. Pierwszą jest zbieranie paragonów przez konsumentów. Na tej podstawie bazy danych zapełniają ankieterzy. Tak pozyskiwane jest ok. 60 proc. informacji. Druga metoda to wypełnianie po zakupach papierowych książeczek. Niespełna 40 proc. badanych gospodarstw domowych wypełnia książeczki samodzielnie. Założenie jest takie, że konsumenci skrupulatnie zabierają paragony ze sklepów i je gromadzą albo zapisują wydawane kwoty w książeczkach i nie umykają one ich pamięci. To bardzo ambitne założenie.

Nawet jeśli gospodarstwa domowe wykazują dobrą wolę, paragon nietrudno zgubić albo o nim zapomnieć. Wpisać wydatki do książeczki to dodatkowy obowiązek, dość żmudny, pracochłonny dla samych badanych. Ale to wszystko mogłoby się udać, gdyby konsumenci wykazywali dobrą wolę. To jest najsłabszy punkt całej metodologii. „Gospodarstwa domowe niechętne udzielają takich informacji” – wyjaśnia Dorota Turek.

Nawet gdyby paragony były zbierane skrupulatnie, a wydatki pieczołowicie notowane w książeczkach i tak nie wiedzielibyśmy wszystkiego o tym, co gospodarstwa domowe kupują. Z paragonu można np. wyczytać, czy kupiono mąkę, cukier czy jogurt, ale już nie wiadomo, jaki konkretnie. Nie pomaga to w doborze reprezentantów. Sprawa jest niebagatelna, bo na przykład gdy rośnie spożycie cukru trzcinowego, znacznie droższego niż biały, paragony nie mówią o tym, czy ludzie skłonni są wydawać więcej na cukier trzcinowy, czy to po prostu biały cukier gwałtownie drożeje.

„Zdając sobie sprawę, że coraz więcej grup towarów jest zróżnicowanych wewnętrznie, staramy się przypisywać tzw. wagi wewnętrzne. W oparciu o te wewnętrzne wagi nie liczymy wskaźników, ale one dodatkowo mówią nam o udziale zmian cen towarów w koszyku zakupów gospodarstw domowych. Czyli na przykład o tym, ile ludzie kupują cukru trzcinowego, a ile białego. W oparciu o różne źródła – zapisy w książeczkach wypełnianych przez respondentów w badaniach wydatków gospodarstw, dane z sieci handlowych, spotkania zespołów zaangażowanych w badanie cen, które dzielą się swoją wiedzą ekspercką – typujemy reprezentantów produktów, czyli konkretny produkt z danej grupy, którego ceny będą następnie monitorowane” – mówi Anna Bobel.

Dodatkowo co kwartał gospodarstwa domowe pytane są o wydatki ponoszone rzadziej, takie jak zakup lodówki czy samochodu. Te dane też są uwzględniane we wskaźniku CPI.

Dla jednych ceny „szaleją”, dla innych – nie

Co ważne, badanie inflacji w swoim założeniu ma pokazać zmiany cen odczuwalne przez „statystycznego Polaka”. Gospodarstwa domowe dzielone są według kryterium źródła utrzymania, a więc na emerytów, pracowników najemnych czy pracujących na własny rachunek. Każdemu gospodarstwu domowemu w badaniu budżetów jest przypisana waga. Waga zależy też od liczby osób oraz klasy miejscowości. Wydatki nie są natomiast ważone wielkością dochodów, a te przecież nawet w stosunkowo homogenicznej grupie emerytów są znacznie zróżnicowane.

To powód, dla którego percepcja inflacji może odbiegać od tego, co pokazuje wskaźnik CPI. Na przykład silny wzrost cen żywności inaczej odbierany jest w ubogich gospodarstwach, które na żywność wydają 80 proc. dochodów, a inaczej w grupach zamożnych, które wydają na nią 10 proc. Te pierwsze mogą uważać, że ceny „szaleją”, te drugie w ogóle nie zauważać zmiany. Przeciętny Polak nie zauważyłby zapewne np. skokowej podwyżki cen maybachów, ale pewne opiniotwórcze środowiska mogłyby głośno uskarżać się na drożyznę.

„W przeszłości obliczaliśmy wskaźniki kosztów utrzymania w oparciu o grupy dochodowe. Było to jeszcze w latach 80. XX w., kiedy nie było takiego zróżnicowania dochodów. GUS tego badania zaprzestał. Być może w przyszłości wrócimy do tych badań” – mówi Dorota Turek.

„Zdajemy sobie sprawę, że determinantą konsumpcji jest dochód, mamy więc w planie badanie zachowania wskaźnika w zależności od progów dochodowych, gdyż wiemy, że struktura konsumpcji może się znacznie różnić w zależności od dochodów, choć nie jest to jeszcze zbadane w ramach polskiego CPI” – dodaje Anna Bobel.

W badaniach CPI uwzględniane są tylko wydatki konsumpcyjne. Nie są uwzględniane ceny mieszkań, budynków ani ziemi. GUS prowadzi także badania HPI, czyli cen nieruchomości mieszkalnych oraz OOH – badanie cen towarów i usług konsumpcyjnych związanych z nabywaniem domów i mieszkań. W badaniach tych brane są pod uwagę wydatki gospodarstw domowych na zakup mieszkania na rynku pierwotnym i wtórnym oraz wydatki związane ze znacznymi remontami, takimi jak np. naprawa dachu. Mniejsze remonty – takie jak malowanie mieszkania czy urządzanie go – są ujmowane w indeksie CPI.

„W zamyśle Komisji Europejskiej było połączenie wskaźnika OOH z HICP, żeby dać pełny obraz zmian cen, ale na razie jest to na tyle trudny obszar, że wskaźnik ten jest liczony jako odrębna wartość i wymaga jeszcze wielu udoskonaleń” – dodaje Anna Bobel.

Coraz krótszy żywot reprezentanta

Dobór reprezentantów jest kluczowy dla badania ruchów cen, bo ostatecznie to te ceny są monitorowane. A życie produktów trwa coraz krócej. Z koszyków konsumpcyjnych dawno wypadły walkmany, a potem odtwarzacze CD. Zjawisko umierania jednych produktów (a więc i reprezentantów) i zastępowania ich nowymi w mniejszym stopniu dotyczy piersi kurczaka czy mąki poznańskiej. Ale wziąwszy pod uwagę karierę cukru trzcinowego, może się okazać, że imperium mąki pszennej też zostanie zaanektowane przez inny rodzaj mąki, na przykład przez gryczaną. A tego – jak już to powiedzieliśmy – badanie budżetów gospodarstw domowych może nam nie ujawnić.

„Staramy się ujmować porównywalną jakość towarów, produkt powinien być na rynku dłuższy czas i być powszechnie kupowany, nie przestarzały. Taki okres życia towaru jako reprezentanta bardzo trudno jest zdefiniować, kiedy nie mamy danych o obrotach czy rzeczywistej wielkości sprzedaży. W tym przypadku musimy polegać na ocenie eksperckiej” – mówi Anna Bobel.

Badania statystyczne zwracają uwagę na cykl życia produktu, gdyż mierząc zmiany cen, biorą poprawkę na różnicę jakościową pomiędzy starym i nowym produktem czyli reprezentantem. Zmiana ceny powinna być „oczyszczona” z tej jakościowej czy też technologicznej różnicy. Zmianę ceny trzeba podzielić na zmianę ceny wynikającą ze zmiany jakościowej i na „czystą” zmianę ceny. Jak to zrobić? Metod jest wiele.

Zastanawiali się nad nimi pracownicy departamentu Badań i Statystyki banku centralnego Japonii (BoJ) Nobuhiro Abe i Kimiaki Shinozaki. Zaproponowali oni eksperymentalny indeks cenowy wykorzystujący wolumeny danych z porównywarki cenowej Kakaku.com oraz algorytmów imitujących postępowanie statystyków, zajmujących się badaniem cen. Z ich publikacji wynikają dwa bardzo ważne wnioski.

Pierwszy jest taki, że „przeczesywanie” sieci przez „nauczone” algorytmy umożliwia z dużą poprawnością łączyć w pary produkty – „poprzednika” i „następcę”. Pracownicy BoJ uważają, że dzięki temu można wyeliminować premię jakościową czy też technologiczną w takiej parze. Ta premia uzasadnia wyższą cenę „następcy” od ceny „poprzednika”. Z eliminacją tej premii statystyka ma największe problemy.

„Nie tylko nasze badania, ale statystyka w ogóle nie do końca potrafi rozprawić się z nowinką i umieszczeniem jej w badaniu. Mamy tak zdefiniowane reprezentanty, że w ciągu roku podmiany są stosowane, ale większe zmiany, zasadnicze, są wprowadzane raz do roku przy wprowadzaniu próby na nowy rok. Wtedy usuwamy z próby to, co jest przestarzałe, a wprowadzamy rzeczy nowe, ale nie znaczy to, że najnowsze” – mówi Anna Bobel.

Nobuhiro Abe i Kimiaki Shinozaki skonfrontowali prowadzone przez siebie badania z wynikami uzyskanymi zgodnie z zastosowaniem czterech innych metod w okresie od grudnia 2013 roku (poziom cen przyjęty za 100) do grudnia 2015 roku. Okazało się, że w przypadku lodówek i zamrażarek jedna z metod dała wynik 105,9, podczas gdy inna – 60,2. Duże odchylenia zaobserwowali też w przypadku innych produktów.

„Jeśli tak duże odchylenie powstaje w ciągu zaledwie dwóch lat, musimy zauważyć, że różnice w poziomie wskaźnika mogą być znaczące, a dokładność wskaźnika może nie być zagwarantowana, jeżeli indeks cen zostanie opracowany bez uważnej kontroli jakości” – napisali. To drugi najważniejszy wniosek.

Informacje z sieci

Na świecie metoda przeczesywania sieci w poszukiwaniu danych o cenach jest już stosowana, ale nie została na razie nigdzie uznana za podstawową w badaniu cen konsumpcyjnych. W Polsce indeks Online CASE CPI publikuje Fundacja CASE. Dane w całości pochodzą z internetu. GUS także przygląda się danym pochodzącym z sieci.

„Notujemy też ceny z internetu, ale na razie jest to badanie polegające na poszukiwaniu danej usługi czy towaru i odnotowaniu jej ceny. Nie używamy natomiast do tego algorytmów pozwalających przeczesywać Big Data. Istniejące badania cen gromadzonych offline i online pokazują, że ok. 75 proc. cen się pokrywa” – mówi Anna Bobel.

Problem z informacjami o cenach publikowanych w Internecie jest taki, że nie można ich zważyć obrotem, a więc reprezentanty muszą być i tak typowane na podstawie badania budżetów GD. W dodatku – choć to na razie niewielki odsetek obrotu – z roku na rok rośnie wolumen transgranicznego e-commerce, co sprawi dodatkowy kłopot. GUS jest też zobligowany do prezentowania wyników w układzie regionalnym, a więc i tak nie mógłby poprzestać na danych zbieranych z Internetu.

„Internet na razie jest rozpoznawany. Fakt, że jest tam dużo danych, nie oznacza, że są to dobre dane. Argumenty, czy internet jest reprezentatywny, czy nie, są dyskutowane” – mówi Anna Bobel.

GUS natomiast – zgodnie z rekomendacjami Eurostatu – rozpoczął pozyskiwanie danych z sieci handlowych. Zamierza pozyskiwać je także z sieci dystrybucji paliw. Na razie są to projekty pilotażowe.

„Od dłuższego czasu współpracujemy z sieciami handlowymi, ale problemem jest to, że rynek nie jest stabilny. Od pewnego czasu sieci – jeśli się do nich zwrócimy – mają obowiązek z nami współpracować. Określamy, jakie dane i z jakiego okresu potrzebujemy” – mówi Dorota Turek.

„Przewagą danych z sieci handlowych jest to, że mamy dane ważone obrotem. Internet takich możliwości nie daje – możemy mieć dane o cenach, ale nie mamy informacji o wagach” – dodaje Anna Bobel.

Możliwość zważenia danych obrotem, a więc ilością towarów, które kupujemy, to największa zaleta informacji przekazywanych przez sieci handlowe. Wyobraźmy sobie, że wszyscy Polacy robią zakupy w jednej sieci. Wiemy wówczas nie tylko, ile płacimy za dany towar, ale też czego ludzie najwięcej kupują. To pozwalałoby nie tylko precyzyjnie typować reprezentanty (mąka wrocławska vs. poznańska), ale i weryfikować badanie budżetów gospodarstw. Ponieważ sieci jest wiele, więc dane te trzeba dodatkowo ważyć udziałem każdej z nich w rynku.

„Wobec danych z sieci handlowych można na bieżąco sprawdzać strukturę zakupów poniżej grup elementarnych. Wtedy rotacja i skład reprezentantów może ewoluować. Na przykład udział płatków śniadaniowych będzie w danym roku taki, jak wynika z badań budżetów gospodarstw domowych, ale wewnątrz grupy np. płatki śniadaniowe, udział poszczególnych reprezentantów może się zmieniać na bieżąco, w zależności od tego, jakie płatki najczęściej kupują konsumenci” – mówi Anna Bobel. „Za jakiś czas nie będzie już można powiedzieć, ilu mamy reprezentantów, bo w każdym miesiącu będzie mogła być ich inna liczba. Koszyk w kolejnych miesiącach może być rotacyjny” – dodaje.

Czy metodologia badań inflacji będzie nadążać za zmianą trendów w konsumpcji? Po wnioskach z publikacji Nobuhiro Abe i Kimiaki Shinozaki widać, że to największe wyzwanie dla statystyków na całym świecie.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test