Zmierzch Zachodu przed świtem Wschodu

12.09.2013
Począwszy od Chin, po Indie i Indonezję gospodarki wschodzące zwalniają. Co gorsza, masowe demonstracje w Brazylii czy Turcji każą zastanawiać się nad ich stabilnością. Ponieważ chodzi o grupę państw, które dały światu po kryzysie 2008 r., ponad 80 proc. wzrostu – jest się nad czym zastanawiać. Pytanie podstawowe to, co będzie z nimi i światem oraz światową gospodarką.

Kishore Mahbubani (CC BY-SA World Economic Forum Summit on the Global Agenda 2008)


Tygodnik „The Economist” na ponad miesiąc otworzył swe internetowe łamy na debatę o państwach BRICS, a więc największych wschodzących rynkach. Pod koniec sierpnia zamknęli ją dwaj wyjątkowo kompetentni dyskutanci, Hindusi z pochodzenia: szef departamentu rynków globalnych w Morgan Stanley Investment Ruchir Sharma oraz były ambasador Singapuru przy ONZ, a dziś jeden z intelektualnych guru światowych salonów Kishore Mahbubani.

Pierwszy bije na alarm, drugi traktuje obecne zachwianie jak chwilową gorączkę. Uczciwość każe dodać, że w prowadzonym wśród czytelników sondażu głosy rozłożyły się nierównomiernie – 59:41 – i to z tendencją spadku poparcia dla Mahbubaniego, zdecydowanie ostrzej broniącego pozycji i stanowiska rynków wchodzących.

Na krótką metę – kłopot

Punkt wyjściowy jest jasny:  Sharma patrzy na rynki wschodzące bardziej z pozycji człowieka Zachodu. W debacie na łamach „The Economist” powtórzył większość swoich, znanych już wcześniej stwierdzeń (na łamach OF częściowo zaprezentował je Piotr Aleksandrowicz w omówieniu książki twórcy pojęcia „BRIC”, Jima O’Neilla).

Jego zdaniem:

– Spowolnienie jest naturalne po wielu latach, a nawet dekadach wysokiego wzrostu. Tylko te państwa/rynki wschodzące mają szansę na doścignięcie krajów rozwiniętych, które będą zdecydowane prowadzić reformy przez całe dziesięciolecia, bez względu na koniunkturę lub zmieniające się okoliczności;

– Zazwyczaj jest tak, że wschodzący rynek nagle się pojawia, korzysta z dobrej koniunktury, a potem, z przyczyn wewnętrznych, bo brakowało mu reformatorskiej determinacji i nie dostosował się do zmian, równie nagle wszystko się wali. Do tego dochodzą jeszcze normalne cykle i wahania koniunktury na rynkach światowych, które też mogą danego kandydata do dobrobytu powalić;

– Dlatego tylko kilku wybrańcom – w Azji Wschodniej, na południu Europy czy w rejonie Zatoki Perskiej – udało się w minionych 50 latach dojść do poziomu państw rozwiniętych, przynajmniej pod względem gospodarczych wskaźników;

– Teraz, gdy łatwe pieniądze i łatwy eksport się skończyły, wschodzące rynki równie łatwo mogą wpaść w fazę „recesji i periodycznych spazmów niestabilności politycznej”, jak na przykład teraz Turcja;

– Większość reżimów we wschodzących rynkach rządzi już ponad 10 lat. Tak jest w Brazylii (pani prezydent Dilma Rousseff to osobista wybranka byłego prezydenta Luiza Inácio Lula da Silvy), Argentynie, RPA, Indiach, Turcji premiera Tayyipa Erdogana, nie mówiąc już o Rosji Władimira Putina czy Chinach spod znaku KPCh. Te reżimy po prostu już zbyt długo są u władzy i straciły reformatorski wigor;

– Niewiele lepiej jest w następnej jedenastce wschodzących rynków, poza BRICS, w której przyszłość tak bardzo wierzy J. O’Neill. Wystarczy spojrzeć chociażby na Egipt, o Pakistanie już nie mówiąc;

– Konkluzja jest taka: wschodzące rynki reprezentują 80 proc, globalnej ludności, ale tylko 40 proc. światowego PKB. Demograficzna dywidenda już się skończyła. Proste rezerwy wzrostu już się wyczerpały. Trzeba przejść do następnego, bardziej wymagającego etapu reform.

Na długą metę – konwergencja rynków

Sharma, jak na eksperta globalnych rynków przystało, analizuje ich stan obecny – i z tego wyciąga praktyczne wnioski. Jego oponent przywdziewa togę historiozofa i stratega. Myśli kategoriami długofalowymi – i taką też argumentację prezentuje.

On z kolei uważa, że:

– Lepiej patrzeć na świat długoterminowo, wtedy lepiej widać. Na przykład: według danych MFW i kursu według siły nabywczej (PPP), w 1980 r. udział USA w globalnym PKB wynosił 25 proc, podczas gdy Chin – 2,2 proc. (i zaledwie 10 proc. tego w USA). W 2017 r. te proporcje mogą już wynieść 17,6 do 18,2 na korzyść Chin, a jeśli tendencje się nie zmienią, to – jak szacuje Justin Yifu Lin, do niedawna główny ekonomista w Banku Światowym – w 2030 r. PKB Chin może być nawet dwukrotnie wyższy od USA;

– Prawdziwy problem tkwi w tym, że Amerykanie absolutnie nie są – mentalnie, ideologicznie czy politycznie – gotowi do odgrywania roli „numeru dwa”, co może być groźne;

– Warto przytoczyć głośną opinię O’Neilla, zgodnie z którą „co 12,5 tygodnia Chiny tworzą nową Grecję, co tydzień nowy Cypr, a w ciągu roku Hiszpanię”. Wielu jest pod wrażeniem, w tym Sharma, a u nas Aleksandrowicz, ale i tak w przyszłą rolę Chin powątpiewa i w ich szybki status państwa wysoko rozwiniętego nie wierzy. Tymczasem: „Tak, to prawda, że Grecja, Cypr i Hiszpania są państwami rozwiniętymi, a Chiny pozostają państwem rozwijającym się. Ale, do licha, który z praktycznie myślących polityków założy się o to, czy Grecja Cypr i Hiszpania reprezentują przyszłość?”

– W ciągu najbliższych 30 lat Chiny i Indie wrócą na dawne „naturalne” pozycje, czyli do stanu sprzed 1820 r., kiedy to – według głośnych wyliczeń Angusa Maddisona – dawały światu około połowy jego PKB, podczas gdy w 1950 r. tylko ok. 1/10. „To była aberracja, która w następnych dwóch, trzech dekadach powróci do normy”;

– Demograficzna dywidenda się skończyła? Być może, ale warto spojrzeć na nią z nieco innej perspektywy. Nikt nie wspomniał w tej debacie o Afryce. Tymczasem: podczas gdy w 1950 r. populacja dzisiejszej UE wynosiła 547 mln, a Afryki tylko 228 mln, to – według prognoz – w 2050 r. te proporcje będą wyglądały następująco: 709 mln do 2,4 mld na rzecz Afryki. W perspektywie 5-10 lat, a taką przyjmuje Sharma, tego nie widać, w perspektywie dłuższej – mamy problem;

– Trzeci kluczowy trend dla przyszłości świata: klasa średnia w Azji, począwszy od Chin i Indii, jest szacowana obecnie na 500 mln osób, podczas gdy już w 2020 r. może liczyć 1,75 mld. To ona będzie nakręcała dalszy rozwój wschodzących rynków. W dłuższej perspektywie nie pozostaje nam więc nic innego, jak „wielka konwergencja” (to tytuł tegorocznej książki tego autora) pomiędzy światem „rozwiniętym”, a „rozwijającym się”.

Czy zmierzch Zachodu oznacza świt Wschodu

Moderujący debatę na łamach „The Economist” Ryan Avent w komentarzu zamykającym debatę, wbrew głosowaniu w sondażu, przyznaje więcej racji Mahbubaniemu. Nie wydaje się jednak, by przekonał oponentów, w tym samą redakcję, która zainicjowała tę debatę o BRICS artykułem, w którym na samym wstępie stwierdzono: „Wygląda na to, że dobiega końca najbardziej ekscytujący, a zarazem najbardziej destrukcyjny okres wzrostu rynków wschodzących. We wszystkich BRIC spadło tempo wzrostu. Następuje również proces zmiany charakteru tego wzrostu, a jego nowa odmiana będzie mieć mniejszy bezpośredni wpływ na resztę świata”.

Jeden z najwybitniejszych zachodnich znawców Chin, żyjący w Australii Belg Simon Leys poczynił taką oto, celną uwagę: „Chiny to świat sam w sobie…to organiczna jedność, której jeden element może być należycie zrozumiany tylko w kontekście pozostałych”. Ujmując inaczej: nie mierzcie Chin własną miarą, słuchajcie, co oni mówią sami o sobie. A co mówią dziś? – że zaczął się „chiński sen”, chcą być mocarstwem, ale odpowiedzialności za świat zewnętrzny wziąć nie chcą, bo nadal się reformują. Ich transformacja nie jest dokończona.

Nie ma żadnej wątpliwości, że bez Chin i ich dynamiki wszelkie rozważania o BRICS i wschodzących rynkach mogą okazać się próżną gadaniną. To fakt, Chiny spowolniły – z 10 i ponad procent do 7,5 proc., jak teraz zakładają. Ale czy to jest kwestia koniunkturalnych cykli, czy może jednak konieczność? – chciałoby się zdać pytanie R. Sharmie i wielu, o ile nie większości, obserwatorów na Zachodzie. Pamiętajmy, że chiński proces reform prowadzony jest, z wiadomymi skutkami, od 1978 r., a więc niejeden już cykl minął.

A przy tym postarajmy się zrozumieć jeszcze jedno: w spodziewanym lada chwila nowym pakiecie reform Chiny mówią o „zrównoważonym rozwoju”, „zielonej (nawet bezwęglowej) gospodarce”, „gospodarce innowacyjnej” oraz dalszej szybkiej urbanizacji i modernizacji przy równie szybkim wzroście klasy średniej, a przy tym zwiększeniu dobrobytu obywateli (wzrost PKB na głowę mieszkańca o połowę w okresie 2012-2020). Czy to aby nie jest nowy modernizacyjny skok, o jaki dopomina się R. Sharma?

K. Mahbubani ma rację: Chiny i Indie, dwie stare cywilizacje, które przetrwały, a przy tym myślą własnymi kategoriami, wracają na swoje miejsce. Problem w tym, że to, co dla nich jest „naturalne”, dla nas, ludzi Zachodu, przyzwyczajonych w ostatnich dekadach, a nawet stuleciach do dominacji, jest rzeczą trudną do pojęcia i przyjęcia. Nigdy nie jest łatwo schodzić z pozycji lidera.

Niestety dla nas, tendencje są dość znamienne. Odnotował je w ważnym tomie „Kryzys 2008 a pozycja międzynarodowa Zachodu” jego redaktor Roman Kuźniar. Podaje on, że: „w 1913 r. udział Zachodu w ludności świata wynosił 33 proc., w 2003 r. – 17 proc., a w 2050 r. wyniesie ok. 12 proc., czyli znacznie mniej niż ok. 1700 roku… udział Zachodu w globalnym produkcie świata wynosił w 1950 r. 68 proc., w 2003 r. 47 proc., a w 2050 r., spadnie poniżej 30 p-roc., to znaczy mniej niż w 1820 roku”.

Dlatego Mahbubani i wielu innych, szczególnie tych dobrze rozumiejących optykę państw rozwijających się, pytają teraz: Czy nadal naprawdę jesteśmy skazani na dominację Zachodu, a więc dyktowanie warunków przez 12 do 17 proc. (bo takie są szacunki) ogółu ludności świata? To jest właśnie pytanie, które należy sobie stawiać przy okazji wszelkich rozważań na temat wschodzących rynków, nawet w kontekście ich spowolnienia, rozruchów w Egipcie, demonstracji na placu Taksim w Stambule czy na przedmieściach Rio de Janeiro. Wydaje się bowiem, że niezwykle trudno przychodzi nam dostrzec, że aż takiej dominacji Zachodu, jak poprzednio, nie będzie. Problem w tym, że „zmierzch Zachodu”, niekoniecznie musi oznaczać zaraz „świt Wschodu”. Ale to już odrębne zagadnienie.

OF


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test