Autor: Marek Pielach

Dziennikarz Obserwatora Finansowego, specjalizuje się w makroekonomii i finansach publicznych

Urzędy udają, ze szukają zatrudnienia, a bezrobotni pracy

Urzędy pracy zajmowały się dotychczas rejestrowaniem bezrobotnych, a nie szukaniem im zatrudnienia. Mniej bezrobotnych oznaczało mniejsze dotacje. Dobrze, że nowa ustawa trochę „urynkawia” ich działalność, ale całkowicie prywatne pośrednictwo pracy nie byłoby dobrym rozwiązaniem – ocenia Paweł Strzelecki z IE NBP.

Urzędy udają, ze szukają zatrudnienia, a bezrobotni pracy

Dr Paweł Strzelecki

Obserwator Finansowy: Gdy padają słowa: „reforma rynku pracy” to o czym konkretnie może być mowa?

Paweł Strzelecki: Najwięcej pozytywnych efektów mogłoby przynieść usprawnianie pośrednictwa pracy. Z corocznej ankiety prowadzonej przez NBP wynika, że do urzędów pracy firmy zgłaszają tylko 15 proc. swoich wakatów, a np. ofert na lepiej płatne stanowiska nie zgłaszają w ogóle. Efektywność urzędów jest bowiem różna. W obecnym systemie jest tak, że opłaca się mieć dużo zarejestrowanych bezrobotnych, bo im ich więcej w urzędzie, tym więcej pieniędzy do niego płynie. Z drugiej strony nie jest tajemnicą, że około 20 proc. klientów urzędów nie chce znaleźć zatrudnienia, a zależy im na zasiłkach i ubezpieczeniu zdrowotnym.

Czy pracodawcy traktują czasem urzędy pracy jak darmowy słup ogłoszeniowy i wybranych bezrobotnych zatrudniają, ale na czarno? Tak przynajmniej wynika z kontroli NIK.

Tak, zdarzają się takie patologiczne sytuacje. Tak samo jak zgłaszanie ofert do urzędu pracy tylko po to aby otworzyć sobie drogę do zatrudniania imigrantów. Patologie wynikają po części z tego, że firmy przez urzędy pracy szukają najsłabiej wynagradzanych pracowników. Oczywiście urzędy powinny być dalej takim słupem ogłoszeniowym, ale powinny także obserwować dalsze losy swoich klientów. Nie jest dobrze, jeśli instytucja pośrednicząca w znalezieniu pracy nie sprawdza, co naprawdę kryje się za napływającymi ofertami i czy wyrejestrowujący się bezrobotni trafiają do pracy na czarno lub do nieuczciwych firm.

Sejm przyjął niedawno nowelizację ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, która ma usunąć największe słabości urzędów pracy. Najważniejszą zmianą jest profilowanie – podzielenie bezrobotnych na trzy grupy w zależności od szansy na znalezienie pracy. To dobry pomysł?

Nie podejmuję się oceniać jak to będzie działać w praktyce. Na pewno cenne jest to, że próbuję się coś robić i tym rokującym bezrobotnym może będzie przez to łatwiej znaleźć pracę. Z drugiej strony są obawy jak zachowają się osoby zaliczone do tej nierokującej grupy – czy taki status je zmobilizuje, czy wręcz przeciwnie sprawi, że będzie im jeszcze trudniej zmienić swój los. Jako badacz rynku pracy mogę powiedzieć, że ważne jest nie tylko wprowadzanie zmian, ale także zaplanowanie od początku monitorowania, czy przynoszą one zamierzone efekty.

Osoby nie rokujące mogą być także przekazywane prywatnym agencjom zatrudnienia, które według zapewnień wiceministra pracy, mają wysoką skuteczność, nawet w trudnych regionach. Są rzeczywiście bardziej skuteczne?

Prywatne firmy faktycznie potrafią zdawać egzamin i to wiadomo z wielu krajów, ale to jest rozwiązanie, które rodzi też nowe problemy. Trzeba zadbać o to aby istniała konkurencja między takimi firmami i żeby były one wynagradzane na podstawie trwałych efektów, tzn. żeby nie liczyła się tylko sama liczba zapełnionych miejsc pracy, ale i pożytek dla samych bezrobotnych.

>>wideo: Aktywizacja bezrobotnych przez firmy zewnętrzne będzie martwym zapisem

Skoro prywatne firmy potrafią być skuteczne, to może w ogóle zlikwidować urzędy pracy?

To zbyt radykalne rozwiązanie, które pozbawiałoby państwo wpływu na ważny obszar stosunków społecznych. Zresztą czy jesteśmy w stanie zagwarantować, że prywatne firmy wszystko zrobią lepiej tylko dlatego, że są prywatne? Wydaje mi się, że wszystko jest kwestią odpowiedniego zaplanowania bodźców i motywacji. Firmy prywatne działają przecież z zasady dla zysku, a nie dla rozwoju albo wszechstronnej pomocy dla bezrobotnych. To ostatnie mimo wielu niedoskonałości postrzegane jest jako domena  państwa. Może zatem warto dać szanse także urzędom pracy.

Samo „urynkowienie” urzędów, np. wprowadzenie premii dla pracowników zależnej od efektów, przewidziane w nowej ustawie, to chyba dobry pomysł?

To bardzo dobry pomysł. Z wielu badań wynika, że urzędy pracy unikały czegoś co powinno być ich główną rolą – tzn. pośrednictwa pracy. Zależało im na samej obsłudze bezrobotnych, nie na znajdowaniu im zajęcia. Miałem okazję obserwować urząd pracy w Nysie, który faktycznie wziął sobie za cel ograniczenie bezrobocia, a przez to spotykał się z krytyką, że działa na własną finansową niekorzyść. Ograniczał bowiem napływ pieniędzy do regionu właśnie dlatego, że bezrobocie jest tam tak wysokie.

W nowej ustawie mamy granty na telepracę, dofinansowanie składek na ZUS przez rok dla bezrobotnych do 30 roku życia, dofinansowanie pensji przez rok dla bezrobotnych po 50 roku życia, po 60 roku życia przez dwa lata, do tego pożyczki na założenie firmy, a nawet bon na zasiedlenie w nowym mieście. Czy to próba likwidowania nierówności na rynku pracy?

Rozumiem, że to wszystko oznacza, że będzie więcej pieniędzy skierowanych na aktywne formy walki z bezrobociem, co może być dobre. Pytanie czy będą to pieniądze efektywnie wydawane? Żeby to sprawdzić należałoby zastosować podejście znane z medycyny – tam terapię często opiera się na wynikach badań klinicznych.  Takie podejście jest coraz częściej stosowane w praktyce polityki społecznej. W skrócie: przed wprowadzeniem nowego rozwiązania w skali całego kraju lepiej jest porównać jego skutki w stosunku do grupy na mniejszym obszarze. Jeśli okazuje się, że „lekarstwo” działa, wtedy można myśleć o  jego upowszechnianiu.

Swoje rekomendacje dotyczące polskiego rynku pracy przedstawiła także OECD. Główna teza – należy oskładkować umowy cywilnoprawne, aby pracodawcy nie proponowali ich tak często zamiast etatu. Ten pomysł chce zresztą zrealizować polski rząd. Jakie będą konsekwencje dla rynku pracy?

Prowadziłem z autorami tego raportu dość ożywioną dyskusję. Ich obawy wzbudzało ryzyko segmentacji – podziału rynku pracy w taki sposób, że osoby zatrudniane na gorszych warunkach nie mają szans na znalezienie z czasem innej, bardziej stabilnej pracy. Zwracałem uwagę, że w przypadku Polski w odróżnieniu od Hiszpanii są dowody, że umowy krótkoterminowe raczej poprawiają szanse na znalezienie lepszej pracy niż stygmatyzują i uniemożliwiają poprawę. Także dlatego w ostatnich kilku latach spowolnienie gospodarcze w Polsce nie powoduje takiego wzrostu bezrobocia jak na początku XXI w.

Oczywiście zgadzam się, że system, w którym składki są podobne w przypadku umów i pracy na etacie byłby bardziej sprawiedliwy. Problem umów cywilnoprawnych nie jest jednak aż tak wielki jak go media malują. Choć OECD pokazuje, że aż 30 proc. Polaków pracuje na tzw. kontraktach nietrwałych, ale większość z nich to osoby, które pracują na umowach na czas określony, a ich płaca jest przecież oskładkowana normalnie, tak jak praca na czas nieokreślony. Oceniam, że w całej gospodarce na umowach cywilnoprawnych pracowało w 2011 roku około 5 proc. Polaków, choć faktycznie od tamtej pory umowy te stały się bardziej popularne.

Czy wszystkie te osoby dostaną etaty, gdy zmiany wejdą w życie?

Niekoniecznie. Umowa o pracę i umowa cywilnoprawna to jednak dwa rodzaje umów. Ta druga nie może być legalnie proponowana zamiast etatu, bo jest jasno wytłumaczone jakie czynności można kwalifikować do umowy zlecenia albo umowy o dzieło, a jakie nie. Drugi argument jest taki, że oskładkowanie tych umów będzie powodowało podniesienie tzw. klina podatkowego, czyli różnicy między całkowitymi kosztami pracy a płacą netto jako procent całkowitych kosztów pracy. Mówiąc wprost: gdyby np. ochroniarz dostał umowę o pracę za minimalną stawkę, to może się okazać, że jego wynagrodzenie będzie mniejsze niż teraz na umowie-zlecenie. Nie wiadomo czy wówczas zaakceptuje on nowe warunki. Dlatego nie można zakładać, że każdy z 5 proc. Polaków przejdzie na etat. Część prawdopodobnie trafi do  bezrobotnych, albo do szarej strefy.

Mamy ponad 13 proc. bezrobocia, mimo że nie było u nas kryzysu. Czy to wina wysokich kosztów pracy?

13 proc. to bezrobocie rejestrowane. Bardziej odpowiadające rzeczywistości bezrobocie wynika z Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności (BAEL), które wynosi około 10 proc. Nie jest to oczywiście mało, a co więcej nie ma prostej odpowiedzi dlaczego jest ono u nas wyższe niż w Niemczech, czy w Wielkiej Brytanii. Ekonomiści wskazują zwykle na czynniki strukturalne np. ograniczony popyt na pracę poza dużymi aglomeracjami, słabą infrastrukturę, nierozwinięty rynek mieszkaniowy utrudniający migrację itd.

Czy to znaczy, że gdyby składki na ZUS wynosiły nie 1000 zł, ale np. 500 zł to i tak spadek bezrobocia nie byłby znaczny?

Na bezrobocie wpływa wiele czynników poza kosztami pracy. Istotna jest również kwestia braku kwalifikacji, a także apatia części bezrobotnych. Z naszych badań wynika, że duża część bezrobotnych nie wierzy, iż ze swoimi kwalifikacjami może znaleźć pracę. Z drugiej strony szczególnie młodsze osoby nie mają problemów z migracją, z wyjazdem za granicę tam, gdzie pensje wciąż są znacznie wyższe niż w Polsce i tej różnicy szybko nie zlikwidujemy.

Kiedy ożywienie wkroczy w taką fazę, że pracownicy będą mogli domagać się podwyżek?
Presję taką widzieliśmy ostatnio w 2007 i 2008 roku. Była ona związana z imigracją osób w zawodach, które były wtedy poszukiwane również w Polsce (np.: budowlańcy). Pracownicy, którzy wówczas zostali w kraju mogli negocjować z pracodawcami lepsze warunki, mimo że bezrobocie nie było i nie jest niskie, a w firmach prywatnych prawie w ogóle nie ma związków zawodowych. Na przełomie 2010 i 2011 roku kiedy mieliśmy krótką przerwę w spowolnieniu, za wzrostem zatrudnienia nie poszedł jednak wzrost wynagrodzeń. Przy obecnym ożywieniu może być podobnie. Presja płacowa jest zjawiskiem trudnym do zaobserwowania w prywatnych firmach w Polsce.

Czy musi wyjechać kolejny milion Polaków, aby ci którzy zostaną mogli negocjować wyższe pensje?

Pewnie tak, ale takie podwyżki pensji za kilka lat może zapewnić niekorzystna demografia. Od zeszłego roku obserwujemy trend, który jest bezprecedensowy w Polsce – spada liczba osób w wieku produkcyjnym i z każdym kolejnym rokiem zmiany te będą większe. Wyż powojenny odchodzi na emeryturę, jego dzieci są już na rynku pracy, ale sama liczba pracowników zmniejsza się bo nie ma czegoś takiego jak wyż lat 90. Za kilka lat pracodawcy będą więc musieli negocjować z pracownikami znacznie łagodniej niż teraz, bo ludzi na rynku pracy będzie po prostu mniej.

Rozmawiał Marek Pielach

Dr Paweł Strzelecki kieruje zespołem zajmującym się analizami rynku pracy w Instytucie Ekonomicznym Narodowego Banku Polskiego oraz jest adiunktem w Instytucie Statystyki i Demografii Szkoły Głównej Handlowej. Jest ekspertem grupy roboczej przy Komisji Europejskiej, zajmującej się prognozowaniem wpływu starzenia się ludności na wydatki publiczne krajów UE. Wypowiedzi autora wyrażają jego prywatne opinie i nie są stanowiskiem instytucji, z którymi jest związany.

Dr Paweł Strzelecki

Otwarta licencja


Tagi


Artykuły powiązane

BIEC: Rynek pracy pod presją ograniczeń podażowych

Kategoria: Raporty
Wskaźnik Rynku Pracy (WRP) informujący z wyprzedzeniem o przyszłych zmianach wielkości bezrobocia w lutym zmalał – informuje Biuro Inwestycji i Cykli Ekonomicznych (BIEC). Tendencja spadkowa trwa już pięć miesięcy, ale w lutym skala spadku była ponad dwukrotnie mniejsza niż w styczniu.
BIEC: Rynek pracy pod presją ograniczeń podażowych

Więcej Polaków może pracować, jeśli im się to ułatwi

Kategoria: Pracownicy NBP
Podaż pracy, czyli liczba osób aktywnych zawodowo, zmniejsza się o około 100 tys. rocznie. Do zrównoważenia ubytku wystarczyłby jednak wzrost współczynnika aktywności zawodowej o 0,3 punktu proc. – mówią dr Katarzyna Saczuk i dr Robert Wyszyński z Departamentu Analiz Ekonomicznych NBP.
Więcej Polaków może pracować, jeśli im się to ułatwi

Najbardziej zagrożeni na liście płac

Kategoria: Oko na gospodarkę
Z 6,4 proc. w marcu do 6,6 proc. w kwietniu wzrosła stopa bezrobocia w krajach Unii Europejskiej. Komisja Europejska w swojej najnowszej prognozie przewiduje, że sięgnie ona w tym roku 9,0 proc. Mniej optymistyczne prognozy mówią, że skutki pandemii dla rynku pracy będą jednak o wiele większe.
Najbardziej zagrożeni na liście płac