Pakt nikomu nie zaszkodzi, a może pomoże

23.03.2011
W najbliższy czwartek i piątek na szczycie UE (24-25 marca) przywódcy 27 państw przyjmą Pakt na rzecz Euro, wcześniej znany jako Pakt dla Konkurencyjności. Przystąpi do niego nie tylko 17 krajów eurolandu, ale również inne państwa Unii, które sobie tego życzą. W gronie tym jest i Polska. Pakt to deklaracja do zmian na lepsze, dlatego podpisanie go nikomu nie zaszkodzi.

Friedrich Heinemann fot. arch. autora


W zeszłym tygodniu poznaliśmy główne zapisy ostatecznej wersji Paktu, które są znacznie łagodniejsze niż to, co w lutym zaproponowali Angela Merkel i Nicolas Sarkozy. Reakcje rynków na te regulacje oraz na zwiększenie środków w ramach parasola ochronnego (ESFS) wydają się nieco sprzeczne. Z jednej strony Hiszpania sprzedała 12-miesięczne obligacje na korzystnych warunkach (oprocentowanie wyniosło 2,128 proc., podczas gdy w lutym było to 2,410 proc.). Portugalia musiała za takie papiery zaoferować już jednak wyższe oprocentowanie niż wcześniej (4,331 proc. wobec 4,057 proc. w lutym).

Rozmawiamy na ten temat z dr Friedrichem Heinemannem, ekspertem Centrum Europejskich Badań Gospodarczych (ZEW) w Mannheim.

Obserwator Finansowy: Czy tak, jak chcieli pomysłodawcy Paktu, strefa euro (a pośrednio i cała UE), stanie się teraz silniejsza gospodarczo, odporniejsza na kryzysy i bardziej wiarygodna dla inwestorów?

Zasadnicze problemy – mam tu na myśli kwestie dotyczące Grecji, Irlandii i Portugalii – pozostają nierozwiązane. Na podstawie realnych przewidywań dotyczących wzrostu gospodarczego w tych krajach trudno sobie wyobrazić, by te państwa mogły znowu samodzielnie zaciągać pożyczki na rynkach kapitałowych.

Pewną nadzieję daje sytuacja wokół Hiszpanii. Ten bardzo istotny dla całej Unii kraj wchodził w kryzys finansowy z wysokim długiem publicznym, ale teraz zaczyna być traktowany jako państwo znajdujące się już po bezpiecznej stronie. To oznacza, że Hiszpanie zachowują swoją zdolność do pozyskiwania kapitału, a tym samym zwiększa się zaufanie uczestników rynku, że środki pozostające w gestii powiększonego ESFS będą wystarczające, by wspomagać Greków, Irlandczyków i Portugalczyków. Tym samym mamy do czynienia z pewnym uspokojeniem nastrojów na rynkach – sytuacja byłaby zupełnie inna, gdyby również Madryt tracił na wiarygodności w oczach inwestorów.

Polepszeniu reputacji Hiszpanów pomogły bardziej ogólnoeuropejskie decyzje, czy ich własne wysiłki?

Przed kryzysem finansowym i pęknięciem bańki na hiszpańskim rynku nieruchomości Hiszpania była krajem, który znajdował się na dobrej drodze do coraz wyższego dobrobytu i który przez lata osiągał pozytywne wyniki makroekonomiczne. Dlatego teraz być może przyszło pewne otrzeźwienie i niektórzy spostrzegli, że ich obawy przed rozwojem sytuacji w gospodarce hiszpańskiej były nadmierne, a reakcje przesadzone.

Pojawiały się poza tym nowe zagrożenia i relatywnie zyskała na tym Hiszpania: „Po tsunami może dość do katastrofy japońskiej gospodarki, a my się martwimy, że hiszpańskie nieruchomości wyceniane są taniej?!”. Może nieco przesadzam w tej sprawie, ale myślę, że wiele osób tak właśnie teraz pomyślało i doszło do przewartościowania zjawisk, które mogą stanowić ryzyko.

Być może sytuacja w strefie euro jeszcze bardziej by się uspokoiła, gdyby bardziej kompleksowo rozwiązać finansowe problemy Irlandii. Dlaczego państwa eurogrupy nie chcą się zgodzić na obniżenie oprocentowania pożyczek dla tego kraju, tak by nowy rząd w Dublinie rzeczywiście być w stanie obsługiwać zaciągnięte kredyty?

To są przede wszystkim kwestie polityczne wynikające z wewnętrznej sytuacji w poszczególnych krajach członkowskich. Na przykład w Niemczech pomoc finansowa dla innych państw strefy euro nie jest specjalnie popularna. Te 6 proc., jakie Irlandczycy muszą płacić za kredyty z UE, to sporo, ale ciągle znacznie mniej niż koszty pożyczek komercyjnych, jakie w musieliby ponosić na rynkach. Są to przecież zaledwie 3 punkty proc. więcej niż wynosi oprocentowanie obligacji niemieckich (bundów), a ryzyko niewypłacalności Irlandii jest w porównaniu do RFN z pewnością znacznie większe niż wskazywałaby na to ta różnica. W ten sposób Niemcy de facto już teraz subwencjonują Irlandczyków. Poza tym wraz z Francuzami i wszystkimi innymi, którzy pożyczają im pieniądze, ryzykujemy, że utracimy dużą część udzielonych kredytów. W tej sytuacji bardzo trudno jest wytłumaczyć podatnikom, czyli wyborcom, że jeszcze dodatkowo obniżymy oprocentowanie.

Politycy UE zapowiadali, że marzec będzie miesiącem decydującym dla przyszłości strefy euro. Ale jeśli nawet ostatecznie przyjmą Pakt na rzecz Euro, to czy rzeczywiście tak będzie? Jak pan ocenia rezultaty negocjacji w tej sprawie?

Ten Pakt jest mało zobowiązujący i bazuje na dobrowolnych deklaracjach państw członkowskich do przeprowadzenia jakichś działań. Trochę szkoda, że dobre idee, które znalazły się propozycjach Paktu, jak np. konstytucyjne limity zadłużenia publicznego, nie staną się przepisami prawnymi, które będą obowiązywać w całej strefie euro. Z drugiej strony ten brak mocy wiążącej sprawia, że wszystkie państwa eurolandu będą mogły się podpisać pod tymi deklaracjami. Efektem tego będzie to, że ten Pakt będzie jedynie dokumentem na papierze, a nie czymś, co może wpłynąć na naszą rzeczywistość.

Ale czy to wystarczy niemieckim wyborcom w Badenii-Wirtembergii i Nadrenii-Palatynacie, którzy w najbliższą niedzielę idą głosować w wyborach regionalnych? To m.in. przecież ze względu na nich Angela Merkel domagała się przyjęcia niemieckich rozwiązań przez inne kraje strefy euro.

Rząd w Berlinie rzeczywiście chciał eksportować elementy niemieckiej kultury stabilizacji w polityce fiskalnej, jak np. tzw. hamulec zadłużeniowy w konstytucji, czy większą dyscyplinę przy wzroście wynagrodzeń. To były przecież czynniki, które przyczyniły się do gospodarczego sukcesu Niemiec w ostatnich latach. Odbywało się to pod hasłem „Skoro mamy wam pomagać, to prowadźcie przynajmniej rozsądną politykę”. Jednak ze względu na wydarzenia w Japonii i Libii problemy strefy euro znalazły się w cieniu i wątpię, by miały one wpływ na wynik niedzielnych wyborów regionalnych w Niemczech.

Pakt na rzecz Euro ma formułę 17+, czyli jest otwarty dla krajów UE spoza strefy euro. Niektórzy mówią nawet o 27-, czyli o całej Unii Europejskiej bez Wielkiej Brytanii, Czech i prawdopodobnie Szwecji. Jakie znaczenie dla takiego kraju jak Polska ma przystąpienie do Paktu?

W tym Pakcie zapisane są całkiem niezłe rzeczy – poza tymi, które już wspominałem, jest mowa o walce z pracą na czarno i dopasowaniem wieku emerytalnego do rozwoju demograficznego. To wszystko są bardzo sensowne reformy, które jednak ze względu na uwarunkowania w wewnętrznej polityce przeważnie trudno jest wprowadzić w życie. Podpisując się pod Paktem polski rząd zyskuje dodatkowe argumenty na rzecz przeprowadzenia tych reform. Wspomniałem wcześniej, że Pakt wiele nie przyniesie, jednak jego podpisanie z pewnością nikomu nie zaszkodzi – to wszystko są to przecież deklaracje do zmian na lepsze.

Niektórzy z ekspertów przewidują, że jeszcze przed wakacjami Portugalia będzie musiała znaleźć się pod parasolem ochronnym UE i MFW. Wygląda więc na to, że najbardziej potrzebującym Pakt jednak nie pomoże.

Kryzysowa sytuacja w Japonii prawdopodobnie doprowadzi do osłabienia wzrostu gospodarczego na świecie, a takie zjawisko zawsze jest trucizną dla krajów znajdujących się w kłopotach finansowych. Przypuszczam więc również, że Portugalczycy schronią się pod tym parasolem, ale nie spodziewam się, by doszło do jakiejś reakcji łańcuchowej, czyli upadku Hiszpanii, czy Włoch. Oceniam, że najgorszą część kryzysu euro mamy za sobą.

Czy konflikt w Libii nie sprowadzi na Europę nowych kłopotów?

Sama destabilizacja w Libii nie jest aż tak groźna. Wojna domowa w tym kraju – nawet jeśli zabrzmi to fatalnie w odczuciu ludzi, których ona dotyczy – nie ma większego ekonomicznego znaczenia dla Europy i świata. Znacznie bardziej istotna jest sytuacja nad Zatoką Perską i w Arabii Saudyjskiej. Gdyby również ten region został zdestabilizowany, byłby to już szok dla całej gospodarki światowej. Nie wydaje mi się jednak, by miało teraz do tego dojść.

Przed rokiem o tej porze mieliśmy kryzys finansowy w Grecji, teraz mamy katastrofę w Japonii i wojnę w Libii. Co jest gorsze dla strefy euro?

Teraz sytuacja w unii walutowej jest znacznie spokojniejsza. Podstawą tego jest świetna sytuacja ekonomiczna Niemiec, które na nowo stały się lokomotywą napędową europejskiej gospodarki. Dzięki temu szybciej rozwijają się inne kraje UE i sytuacja jest bardziej stabilna niż wcześniej. Być może również spekulanci zajęli się na razie interesami związanymi z konsekwencjami katastrofy w Japonii i gigantycznym zadłużeniem USA – ale możliwe, że ta mniejsza presja z ich strony na strefę euro to także wynik bardziej trzeźwych analiz. Bez względu na rodzaj przyczyn stabilność w strefie euro jest dziś znacznie większa niż na wiosnę 2010 r.

Rozmawiał Andrzej Godlewski

dr Friedrich Heinemann jest ekspertem Centrum Europejskich Badań Gospodarczych (ZEW) w Mannheim


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły