Ameryka Południowa oferuje Grecji swoje doświadczenia walutowe

02.06.2012
Dobra strategia gospodarcza, która musi towarzyszyć operacji ewentualnej denominacji w Grecji jest kluczem powodzenia tego projektu w szerokim jego rozumieniu. O znaczeniu takiej strategii najlepiej przekonały się kraje Ameryki Południowej.

Brazylia w ciągu 27 lat aż 7 razy zmieniała walutę znajdującą się w obiegu. (CC By Lucas Lucas)


W drugiej połowie XX w. zjawisko zamiany jednej waluty na drugą było w Ameryce Południowej na porządku dziennym. Zresztą i w ostatnich latach nie obyło się tu bez denominacji (przykładem Wenezuela), a kolejną się planuje (w Paragwaju).

Analizując doświadczenia Ameryki Południowej trzeba pamiętać, że za tamtejszymi denominacjami kryła się najczęściej hiperinflacja, efekt niezdrowego wzrostu gospodarczego. Problemem Grecji jest natomiast przedłużająca się recesja i groźba długotrwałej deflacji. Niemniej dzisiejsze bolączki Grecji nie były obce Argentynie na przełomie stuleci. Dlatego  doświadczeniom południowoamerykańskim warto się przyjrzeć.

Rekordziści denominacji

Swoistym rekordzistą denominacji jest Brazylia, która w ciągu 27 lat (1967 – 1994) aż 7 razy zmieniała walutę znajdującą się w obiegu. Było więc cruzeiro (w obiegu do 1967 r.), cruzeiro novo, które w 1970 r. przestało być nowym i jako cruzeiro przetrwało do 1986 r., cruzado (które utrzymało się jedynie trzy lata, do 1989 r.), cruzado novo (lata 1990 – 1993), cruzeiro real (od sierpnia 1993 do lipca 1994) i ostatecznie real, który niedługo będzie obchodzić swoją pełnoletność. Co ciekawe, przy ostatniej denominacji nie obcinano zera. Pomostem między realem a cruzeiro real był kurs wymiany w relacji 1 real = 2750 cruzeiros real.

Architektem sukcesu brazylijskiego reala był ówczesny minister finansów Fernando Henrique Cardoso. Chociaż real miał swoje ciężkie dni (jak chociażby w czasie kryzysu w styczniu 1999 r., czy zaraz po kryzysie argentyńskim w 2002 r.), to z każdej opresji wychodził zwycięsko. Brazylijczycy byli tak wdzięczni Cardoso za ujarzmienie hiperinflacji i w efekcie za przywrócenie stabilności walucie krajowej, że dwukrotnie wybrali go na prezydenta kraju.

Podobnie kształtowała się sytuacja w Argentynie, gdzie miały miejsce przynajmniej cztery denominacje. Do pierwszej doszło na przełomie 1969 i 1970 r., a nowa waluta nosiła oficjalną nazwę peso ley. Nie doczekała czternastych urodzin i już 1 czerwca 1983 r. zastąpiło ją kolejne peso zwane argentyńskim. Jego żywot był krótki, bo już 14 czerwca 1985 r. pojawił się austral (o wartości jednego dolara). Mimo początkowych sukcesów nowy program gospodarczy się nie powiódł i  austral szybko podzielił los swoich poprzedników.

Na mocy zmian w konstytucji z 1991 r., od początku 1992 r. do obiegu weszło tzw. peso wymienialne (peso convertible). Peso było powiązane z dolarem amerykańskim systemem currency board, w relacji 1:1. Tak ustawiony parytet przetrwał równo dekadę. Od 2002 r. peso zaczęło systematycznie tracić na wartości, ale przetrwało do dziś. Tyle, że za dolara USA trzeba obecnie wyłożyć ponad 4 peso.

Oczywiście sukces stabilizacyjny Argentyny jest dużo skromniejszy niż Brazylii, ale nie zmienia to faktu, że i Argentynie udało się przebrnąć przez dwie dekady bez denominacji.

100 lat peso w Kolumbii

Oczywiście można prowadzić licytację, który kraj z Ameryki Południowej najdalej zaszedł w swoich doświadczeniach z hiperinflacją i denominacją. Na pewno w tym zestawieniu wysoko znalazłaby się Boliwia.

Ale nawet w Chile, które uchodzi pod względem stabilności gospodarczej za Szwajcarię Ameryki Łacińskiej, nie udało się uniknąć walutowej zamiany. W latach 1960 – 1974 znajdowało się w obiegu escudo chilijskie. Jednak chaos gospodarczy, wywołany rządami Salvadora Allende i następnie zamachem stanu z 11 września 1973 r., bardzo skróciły żywot escudo chilijskiego i w 1975 r. wprowadzono nowe peso.

Krajem któremu z kolei udało się od prawie stu lat uniknąć denominacji była Kolumbia. W 1915 r. dokonano zamiany, 100 tzw. peso papierowych zastąpiono 1 złotym peso.  Najpierw peso było powiązane z funtem sterlingiem (w relacji 1 GBP = 5 peso), ale kiedy Wielka Brytania zawiesiła wymienialność na złoto, dokonano technicznej korekty. Peso zostało powiązane z dolarem USA w relacji 1 USD = 1,05 peso. Później różnie bywało ze stabilnością kolumbijskiego pieniądza, ale od pewnego czasu stabilność walutowa ponowie zawitała do Kolumbii. Niemniej, wskutek długich epizodów dość wysokiej inflacji, dzisiaj za 1 dolara trzeba zapłacić ponad 1800 pesos.

Mimo to Kolumbia zostaje przy dotychczasowym pieniądzu, a niechęć do denominacji tłumaczy wysokimi kosztami jej przeprowadzenia. Ostemplowanie starych  banknotów, tak jak to miało miejsce przez długi czas w Argentynie i Brazylii, chluby tym krajom nie przyniosło.

Jak nie kryzys to wojna

Nie jest łatwo wytłumaczyć dlaczego hiperinflacja tak sobie upodobała właśnie Amerykę Południową. Ograniczenie odpowiedzi do niewłaściwie prowadzonej polityki monetarnej byłoby zbytnim uproszczeniem.

Przyczyn można doszukiwać się w historii tego regionu. Ani Hiszpanie, ani Portugalczycy ani Włosi (nie wolno zapominać o ich znaczącej obecności w Argentynie) sami u siebie nie wygenerowali kultury stabilnego pieniądza. Zresztą nazwa hiszpańskiej pesety wywodzi się od zdrobnienia słowa peso. I na pewno nie było to zdrobnienie o charakterze pieszczotliwym.

Jeszcze na przełomie XIX i XX w., za sprawą nowych osiągnięć technicznych, które umożliwiły przewożenie świeżej żywności do Europy, niektóre kraje regionu radziły sobie całkiem nieźle. Argentyna należała nawet do dziesiątki najbogatszych krajów świata (poziom życia był tu wyższy niż we Francji). Z czasem było już tylko gorzej.

Szczególnie boleśnie region ten został dotknięty kryzysem z początku lat trzydziestych. Do chwili jego wybuchu w Ameryce Południowej dominował kapitał anglosaski, który w kryzysie zaczął się błyskawicznie wycofywać. Do tego doszedł chaos polityczny, wywołany między innymi wydarzeniami w Europie.

Niektóre kraje kontynentu długo nie wiedziały, po której stronie się opowiedzieć w drugiej wojnie światowej. Hiszpania  starała się być neutralna, ale było jasne z kim trzymał Franco.  Szczególnie trudne było położenie Argentyny, ze względu na silne powiązania z Włochami. Dlatego po wojnie przywódcy południowoamerykańscy nie zawsze byli mile widzianymi gośćmi na świecie. A fakt, że wielu zbrodniarzy wojennych znalazło bezpieczne schronienie właśnie w tej części świata, na pewno nie pomagał przełamać wzajemnej nieufności.

Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX w. rynki finansowe (za sprawą daleko idących ograniczeń dewizowych) działały zupełnie inaczej niż obecnie. Generowały bardzo słaby bodziec dyscyplinujący rządy poszczególnych państw. Zresztą panowało wówczas przekonanie, że rządy nie mogą zbankrutować, w efekcie czego banki pożyczały na potęgę.

Różne zawirowania gospodarcze i polityczne torowały drogę do częstych zamachów wojskowych. A poza Chile, wojskowi raczej nie dysponowali receptą na sukces gospodarczy. Zresztą i w samym Chile nie obyło się bez kryzysu (zwłaszcza w 1982 r.) i bez dotkliwych dewaluacji wprowadzonego w 1975 peso chilijskiego.

Po latach dyktatury wojskowej dwa największe kraje Ameryki Południowej przechodziły transformację demokratyczną akurat po wybuchu kryzysu zadłużeniowego w sierpniu 1982 r. Odcięcie od rynków kapitałowych, na skutek niemożności spłacenia zadłużenia, brak wiarygodności  oraz tendencje populistyczne, które zawsze towarzyszą rodzeniu się demokracji, nie sprzyjały prowadzeniu polityki stabilnego pieniądza.

Granice wyrzeczeń

Nie da się postrzegać Ameryki Łacińskiej jako jeden organizm, a to utrudnia wyciąganie wniosków z doświadczeń krajów tego kontynentu.

Kiedy Argentyna i Brazylia tonęły w hiperinflacji, Wenezuela była oazą stabilności. Ale od 18 lutego 1983 r. kryzys objął swoim zasięgiem Wenezuelę i w połowie lat osiemdziesiątych chaos ogarnął już cały kontynent. Jako pierwszy przełomu próbował dokonać Meksyk, ale i tutaj starania o przywrócenie stabilności zakończyły się słynnym efektem Tequili. Dopiero pomoc USA pozwoliła Meksykowi przezwyciężyć kryzys gospodarczy.

Zawiódł konsensus waszyngtoński, opracowany pod koniec lat 80. przez Johna Williamsona z myślą o Ameryce Południowej (na założeniach tego projektu bazował prof. Leszek Balcerowicz przygotowując swój plan). Pierwsza zaczęła go wprowadzać Wenezuela. Ale gdy, na skutek reform, ulicami miast wenezuelskich polała się krew, władze szybko wycofały się z dalszej implementacji tego programu. Nie wszyscy byli gotowi na drastyczne wyrzeczenia. A bez nich ciężko jest wprowadzić skuteczny program naprawy gospodarczej.

Początkowo wiązano duże nadzieje z Argentyną i reformami wprowadzanymi przez rząd Carlosa Menema i jego ministra finansów Domingo Cavallo. Chodziło przede wszystkim o szeroko zakrojoną prywatyzację. Początkowe sukcesy, a zwłaszcza ustabilizowanie pieniądza, zachęcały Argentyńczyków to zaciskania pasa. Niestety wytrzymałość społeczna ma swoje granice.

Lata 90. ubiegłego wieku nie były łatwe dla wielu krajów Ameryki Południowej, szczególnie jednak okazały się trudne dla Argentyny. Ceny surowców spadały, fatalnie wpływając na wyniki handlu zagranicznego i  gospodarkę. Do tego doszły efekty globalizacji i zawirowania w międzynarodowym systemie walutowym. Argentyna choć przetrwała kryzys meksykański z 1995 r., znacznie gorzej radziła sobie z kryzysem w  Azji Południowo Wschodniej, a potem w  Rosji. A kiedy Brazylia zdecydowała się osłabić swoją walutę na początku 1999 r., stało się jasne, że dni społecznej tolerancji są  policzone. Wszyscy pamiętamy dramatyczne wydarzenia w Argentynie z lat 2001 i 2002, kiedy zdesperowani Argentyńczycy wyszli na ulicę.

Dolar kontra tradycja

Na przełomie lat 1999 i 2000, Ekwador ogłosił odejście od waluty krajowej. Od 2000 r. w Ekwadorze nastąpiło zjawisko pełnej dolaryzacji. Dla tak małego kraju, takie rozwiązanie było wykonalne. Od ponad dziesięciu lat w obiegu znajdują się dolary USA oraz ekwadorskie centy bite w mennicach w Kanadzie i Meksyku.

W chwili kiedy Ekwador decydował się na taką operację, zastanawiano się czy inne kraje nie pójdą jego śladem i czy z czasem cała Ameryka Południowa nie stanie się obszarem zdolaryzowanym. Z różnych powodów do dolaryzacji nie doszło. Taki proces mógł mieć zresztą poważne konsekwencje społeczne i polityczne . Waluta krajowa obok flagi, godła i hymnu narodowego jest najważniejszym sposobem manifestowania dumy narodowej. Samo spojrzenie na nazwy walut krajowych potwierdza takie spostrzeżenie.

Bolivar i sucre upamiętniają ojców niepodległości przynajmniej sześciu krajów (Wenezueli, Panamy, Kolumbii, Ekwadoru, Peru i Boliwii, którą Sucre nazwał na cześć swojego mistrza Bolivara). Nazwa cruzeiro wywodzi się od konstelacji gwiazd, którą można obserwować tylko z południowej półkuli. Słowo austral to po hiszpańsku południowy i najczęściej używa się go do określenia półkuli południowej. Guarani to nazwa języka, jakim posługują się Indianie zamieszkujący Paragwaj.

Ameryka Południowa zachowała waluty krajowe za sprawą czynników także ekonomicznych. Po pierwsze, gospodarka światowa nie przeżywała w ostatnich 15 latach tak silnych impulsów inflacyjnych jak w latach 70. i na początku lat 80 ub. w. Po drugie, tak jak w latach 90. szczęście opuściło tę część świata, tak w pierwszej dekadzie XXI w. fortuna się znowu uśmiechnęła. Chodzi przede wszystkim o ceny surowców i ich przełożenie na terms of trade tych krajów. Po trzecie, większość państw zaczęła prowadzić rozsądną politykę makroekonomiczną, która jest najlepszym gwarantem stabilności krajowego pieniądza.

Sama denominacja gospodarki nie uzdrawia

I żadne inne zaklęcia nie pomogą, o czym przekonuje się prezydent Hugo Chavez. W latach 2008 – 2011, Wenezuela przeprowadzała denominację z bolivara na bolivara fuerte (czyli silnego bolivara). Czyniono to pod hasłem: Una economia fuerte, un bolivar fuerte, un pais fuerte (silna gospodarka, silny bolivar, silne państwo). Niestety hasła nie zastąpią rozsądnej polityki gospodarczej, a o samej nowej walucie można wszystko powiedzieć, tylko nie to, że jest silna.

Również ciekawe doświadczenia płyną z Argentyny, od momentu kiedy jej władze zrezygnowały z denominacji. Silna deprecjacja peso ułatwiła Argentynie osiągnięcie wzrostu gospodarczego. Inną sprawą jest, że jeszcze w 2010 r. kraj ten prowadził negocjacje ze swoimi wierzycielami. Ostatnie zaś posunięcia prezydent Cristiny Fernandez de Kirchner nie napawają inwestorów optymizmem (zwłaszcza konflikt z hiszpańskim Repsol YPF). Były prezes banku centralnego Argentyny, Mario Blejer, który jeszcze rok temu tłumaczył, że bankructwo nie jest końcem świata, teraz zniechęcał Greków, na łamach Financial Times’a , do naśladowania poczynań swojego kraju.

Reasumując, doświadczenia Ameryki Południowej wskazują, że sama zamiana czy wprowadzenie nowej waluty  nie rozwiązuje problemów gospodarczych. Co nie zmienia faktu, że posiadanie waluty krajowej oferuje szereg korzyści.

Ale aby te korzyści mogły być odczuwalne, musi być spełnionych szereg warunków, w tym społeczeństwa powinny  być skłonne do daleko idących poświęceń. Nie bez znaczenia jest  duża doza szczęścia, jak chociażby sprzyjające otoczenie zewnętrzne.

Warto pamiętać o tych doświadczeniach w dobie dyskusji nad przyszłością walutową Grecji, a być może i innych krajów europejskich.

Autor jest dyrektorem Biura ds. Integracji ze Strefą Euro NBP.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test