Azja przesądzi o rozwoju gospodarczym świata, a Chiny – Azji

18.04.2012
Azjatycki Bank Rozwoju przedstawił jesienią 2011 r. wizję rozwoju kontynentu do połowy tego stulecia – „Azja 2050”. Ta wyjątkowo optymistyczna prognoza zakłada, iż w ciągu 40 lat Azja dogoni Europę i Amerykę Północną pod względem dobrobytu. Znacząco podniesie poziom życia 3 mld ludzi i podwoi swój udział w światowym PKB, z 27 proc. w 2010 r. do 51 proc. w 2050 r. Stanie się kontynentem dominującym.

Tajwan został uznany za jedno z siedmiu najbogatszych państw Azji (na zdj. Tajpej, fot. K. Mokrzycka)


Tym samym – jak zaznaczyli autorzy raportu ABR – „Azja odzyska dominującą pozycję w globalnej gospodarce, jaką zajmowała do rewolucji przemysłowej, jakieś 250 lat temu. Można określić ten scenariusz jako Wiek Pacyfiku”.

Azjatyckie wyzwania

Całość gospodarek kontynentu podzielono w raporcie na trzy grupy.

Pierwsza, obejmuje 7 państw: Brunei, Hongkong, Japonię, Południową Koreę, Macao/Aomen, Singapur i Tajwan. To najbogatsi na kontynencie, gdzie dochody mieszkańców, per capita, już dziś przekraczają 12 196 dolarów.

Następna jest grupa 11-stu szybko rozwijających się gospodarek. Są w niej dwa giganty – Chiny i Indie, oraz Indonezja, Malezja, Wietnam i Tajlandia. Zdaniem analityków ABR ta grupa jest wyjątkowo ważna, bowiem zbudowała już pokaźną klasę średnią i jako taka może wpaść w „pułapkę klasy średniej”, co grozi gospodarczą stagnacją.

Pozostałe 31 biedniejszych państw nie ma już tego dylematu, ale muszą uporać się z takimi samymi problemami, jakie stoją przed całym kontynentem.

Wyzwania są na tyle poważne, że mogą podważyć optymistyczne prognozy dotyczące przyszłości kontynentu. Wśród największych zagrożeń, przed którymi staje Azja, wymienia się:

  • Poważne i często narastające dysproporcje dochodowe w wielu państwach regionu, które mogą zachwiać ich stabilnością społeczną, a nawet polityczną;
  • Kilka państw może wpaść w „pułapkę klasy średniej”, w kontekście wewnętrznych wyzwań ekonomicznych, społecznych i politycznych;
  • Z racji rosnącego szybko dobrobytu wzrośnie konkurencja o surowce, w tym przede wszystkim energetyczne, ale także o wodę, a nawet dostęp do ziem uprawnych;
  • Pogłębiające się różnice zamożności pomiędzy państwami i regionami mogą zdestabilizować ten obszar i zahamować wzrost;
  • Zmiany klimatyczne, w połączeniu z brakiem dostępu do wody, mogą zagrozić produkcji rolnej, a także mieszkańcom wybrzeży i wielkich miast;
  • Niemal wszystkie państwa azjatyckie mają problem z odpowiednim zarządzaniem (governance), jak też z deficytem instytucjonalnym.

Pułapka klasy średniej

Jak widać, zagrożeń dla optymistycznego scenariusza nie jest mało. Autorzy raportu szczególny nacisk kładą jednak na „pułapkę klasy średniej”, którą rozumieją jako stan stagnacji i zatrzymanie dalszego dynamicznego rozwoju.

Kraj, który w taka pułapkę wpadnie, po okresie szybkiego wzrostu prawie się nie rozwija, kurczy się eksport, a państwo nie jest w stanie konkurować z gospodarkami bardziej rozwiniętymi pod względem innowacyjności. Inaczej ujmując, państwa te nie są w stanie przestawić się ze wzrostu opartego na bogatych zasobach naturalnych na wzrost oparty na wydajności i konkurencyjności. W okresie 1985 – 2005 w taką pułapkę wpadły np. Brazylia i RPA, a uniknęła jej Korea Południowa.

Raport wyraźnie eksponuje tezę, że o przyszłości kontynentu zadecyduje siedem gospodarek: dwie już rozwinięte – Japonia i Korea Płd., oraz pięć szybko się rozwijających, ale zarazem narażonych na „pułapkę klasy średniej”, czyli Chiny, Indie, Indonezja, Malezja i Tajlandia. Obecnie mając łącznie 3,1 miliardów mieszkańców (78 proc. ogółu ludności Azji) wypracowują PKB wartości 14,2 bilionów dolarów (87 proc. PKB Azji). Ten pierwszy wskaźnik do 2050 r. ma spaść do 73 proc., natomiast drugi podnieść się do 90 proc. To oznacza, że będą dawały aż 45 proc. całego światowego PKB. A przeciętne w nich dochody na głowę mieszkańca, liczone po kursie nabywczym pieniądza (PPP), będą wówczas sięgały 45 800 dolarów i przekroczą światową średnią, którą szacuje się na 36 600 dolarów.

Tak się stanie pod warunkiem, że siedem gospodarek poradzi sobie z wyzwaniami, a przede wszystkim ominie „pułapkę klasy średniej”. W tym kontekście analitycy ABR kreślą dwa scenariusze.

W optymistycznym, który zakłada uniknięcie „pułapki”, Azja w 2050 r. będzie dawała światu 51 proc. PKB (Europa – 18, Ameryka Północna – 15). Jeśli jednak gospodarki wpadną w „pułapkę”, to wówczas Azja będzie dawała światu tylko 32 proc. PKB, podczas gdy Europa – 26 proc., a Ameryka Północna – 23 proc.

Z tym, że w pierwszym przypadku globalne PKB wyniosłoby 148 bln dolarów, podczas gdy w drugim zaledwie 61 bln. To najlepiej świadczy o obecnej randze Azji oraz stawce, o którą gra nie tylko ona, ale cały świat. Staje się jasne, że decyzje tam podejmowane będą miały o wiele szersze, globalne konsekwencje, dla każdego z nas.

Chiny przestawiają zwrotnice

Raport ABR, podobnie jak niedawny raport Banku Światowego „Chiny 2030”, są zbieżne w swych postulatach; podkreślają konieczność gruntownej zmiany dotychczasowych strategii rozwojowych.

Jeszcze nie wiadomo, co na ten temat powiedzą Indie, czy Indonezja, Tajlandia na razie boryka się z ogromnymi problemami wewnętrznymi. Na postulaty ekspertów pierwsze reagują Chiny. Dowiodła tego w marcu, doroczna sesja tamtejszego parlamentu. Państwo Środka najwyraźniej chce po raz kolejny zmienić swój model rozwoju – i przejść od gospodarki opartej na ogromnych własnych zasobach ku gospodarce innowacyjnej, zgodnie z sugestią ABR.

Pomimo pewnych fluktuacji, w latach 1978 – 2008 fenomen chińskiego sukcesu zasadzał się na trzech podstawowych filarach: (1) nieograniczonej wprost i niezmiernie taniej, za to niemiłosiernie eksploatowanej, sile roboczej; (2) oparciu rozwoju na eksporcie; (3) maksymalnym ściąganiu obcych kapitałów i inwestycji.

Kryzys na światowych rynkach i równoczesny, szybki rozwój Chin zachwiał dotychczasowymi fundamentami rozwoju. Powody do niepokoju są już w Państwie Środka podane niczym na tacy: giełda waha się i spada, na rynku nieruchomości pojawiła się ogromna bańka, cały czas rośnie presja inflacyjna, władze lokalne, wbrew zaleceniom rządu, nadal zadłużają się, mocno inwestują, nakręcają i tak już niebezpieczne zjawiska.

To są zagrożenia, którymi Chińczycy teraz żyją, a świat zewnętrzny zaczyna się nawet zastanawiać, czy przypadkiem nie zwalniają. Wydaje się jednak, że one nie tyle zwalniają, ile właśnie przestawiają zwrotnice.

To „scheda”, którą odziedziczy „piąta generacja” przywódców (Xi Jinping, Li Keqiang), mająca jesienią przejąć władzę. Na podstawie ożywionych chińskich debat można pokusić się o nakreślenie zarysów kolejnej już odmiany „chińskiego modelu rozwojowego” (Zhongguo Moshi).

Wygląda na to, że znacznie będzie się on różnił od poprzednich. Przyjmuje i uwzględni, że:

  • Skończyły się Chiny taniej siły roboczej, a rozpoczynają się „Chiny klasy średniej” (szacowanej już na niemal 300 mln ludzi), z zupełnie innymi oczekiwaniami, potrzebami, możliwościami;
  • To nie jest już tylko cywilizacja agrarna, jak zawsze w Chinach było, ponieważ ponad połowa mieszkańców żyje w miastach i do rozwiązania są także problemy związane z szybką urbanizacją;
  • Import kapitału i inwestycji z zewnątrz po raz pierwszy zostanie uzupełniony eksportem w świat chińskiego długoterminowego kapitału (FDI). To też zupełnie nowa jakość;
  • Gospodarka ma być „nowoczesna i innowacyjna”, tzn. położony zostanie nacisk na badania i rozwój (poziom ponad 2 proc. PKB na te cele będzie przekroczony już w 2014 r.), a Chiny – według dokumentów przyjętych na ostatniej sesji parlamentu – mają „być przykładem w niektórych dziedzinach” (wymienia się w tym kontekście nowe technologie służące poszukiwaniu alternatywnych źródeł energii, jak też w elektronice użytkowej);
  • Ze względu na zawirowania na rynkach światowych, rozwój kraju ma opierać się nie tylko na eksporcie, ale przede wszystkim na szeroko rozbudowanym włsnym rynku i konsumpcji wewnętrznej.

Nie tylko gospodarka

Zarysowane programy brzmią przekonująco. Ale bez reformy politycznej pozostaną na papierze.

Na scenie wewnętrznej, we wszystkich tamtejszych think–tankach trwa burza mózgów pod zbiorczym hasłem: co robić? W najbardziej istotny punkt trafił, na wieńczącej obrady parlamentu konferencji prasowej, premier Wen Jiabao, mówiąc: że „jeśli reforma polityczna nie zostanie dokończona, to reforma gospodarcza nie będzie mogła być odpowiednio wdrażana”, a „nowe problemy, jakie pojawiły się w społeczeństwie, nie będą mogły zostać rozwiązane”.

Warto dodać, że obecny premier (w marcu 2013 r. zastąpi go Li Keqiang) nie wykluczył nawet ponownego kataklizmu w rodzaju „rewolucji kulturalnej” (1966-76). Nawiązał więc, co znaczące, do jednego z najbardziej złowieszczych okresów w najnowszych chińskich dziejach. To najlepiej świadczy o skali wyzwań stojących przed kolejną generacją chińskich przywódców.

Chińczycy, podobnie jak eksperci ABR, doskonale zdają sobie sprawę z tego, że ich piętą achillesową staje się teraz „deficyt instytucjonalny”. Mają już świadomość, że rozdźwięk pomiędzy rozwiązaniami zastosowanymi w gospodarce, a tymi w polityce stał się zbyt duży. Jak usunąć tę lukę?

Wszyscy dotychczasowi chińscy liderzy okresu transformacji i reform, po 1978 r., w istocie koncentrowali się na gospodarce. „Piąta generacja” będzie zmuszona zająć się też coraz bardziej rozemocjonowanym i niespokojnym społeczeństwem, oczekującym politycznych zmian.

Chiny nie będą nowoczesne i innowacyjne, jeśli w preambule konstytucji nadal będą tkwiły „cztery podstawowe zasady” Deng Xiaopinga, sformułowane jeszcze w marcu 1979 r., w całkowicie innych uwarunkowaniach. Nakazują one Chinom kroczenie drogą socjalizmu, poddanie się dyktaturze Partii Komunistycznej, wierność ideom marksizmu i maoizmu.

To już nie jest tamten świat. I tylko istotne korekty polityczne dają światu zewnętrznemu szansę na to, że Państwo Środka spełni oczekiwania wobec niego. Jako rosnące mocarstwo będzie przejmować współodpowiedzialność za losy całego globu, a nie tylko dbać o własny rozwój, jak było dotąd. To jest zupełnie nowe wyzwanie wobec „chińskiego modelu” oraz nowych mandarynów w Pekinie.

Najbardziej newralgiczne pytanie brzmi więc: wpadną w „pułapkę klasy średniej”, czy też ją w miarę zgrabnie ominą?

> ambasador Bogdan Góralczyk



Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły