Autor: Marek Pielach

Dziennikarz Obserwatora Finansowego, specjalizuje się w makroekonomii i finansach publicznych

Banki muszą się oswoić z myślą, że zmieni się ich model biznesowy

Czas uniwersalnych banków zajmujących się wszystkim i mających łatwy dostęp do finansowania minął. W perspektywie – sektor bankowy będzie mniejszy, ostrożniejszy i bardziej wyspecjalizowany.
Banki muszą się oswoić z myślą, że zmieni się ich model biznesowy

Zbigniew Jagiełło, prezes PKO BP i Małgorzata Zaleska, członek zarządu NBP (Fot. M. Pielach/OF)

Nie było ostatnio branżowego spotkania, na którym nie chwalono by polskich banków. Liczby mówią same za siebie: 15,69 mld zł zysku za 2011 rok, wskaźnik rentowności ROE – 15,3 proc., współczynnik wypłacalności – 13,13 proc. i w końcu współczynnik kapitału podstawowego core Tier 1, który może być źródłem szybkiego pokrycia strat – 11,74 proc.

Wszystkie te liczby wyrecytował Wojciech Kwaśniak, zastępca przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego (KNF) podczas seminarium Kondycja banków w Europie i w Polsce. Kilka minut wcześniej stwierdził jednak, że „dotychczasowy model prowadzenia działalności przez polskie banki już się wyczerpał”.

Dlaczego więc polskie banki, mimo rekordowych wyników, muszą się zmienić? Ano dlatego, że wcale nie są polskie. Są tylko spółkami-córkami wielkich europejskich banków przeżywających teraz swoje trudności. I za nie swoje problemy będą musiały płacić. Żywą gotówką, jeśli wejdzie w życie dyrektywa CRD IV pozwalająca regulować płynność w ramach całej grupy kapitałowej, albo utratą reputacji w wyniku negatywnych ocen agencji ratingowych skierowanych do spółek-matek.

Centrala może też narzucić ograniczenie akcji kredytowej, przestać pożyczać pieniądze, albo nakładać zbyt silne wymogi ostrożnościowe. Kosztowne będzie także dostosowanie się do wymogów Bazylei III, przede wszystkim w zakresie finansowania długoterminowego oraz wymogów Europejskiego Nadzoru Bankowego dotyczących delewarowania.

Zmiana modelu biznesowego sprowadza się do trzech punktów.

Po pierwsze przewodniczący Kwaśniak zapowiedział, że KNF będzie jeszcze bardziej konserwatywna niż do tej pory, co może oznaczać, że banki uniwersalne nie będą mogły udzielać kredytów walutowych tak „jakby były bankiem specjalistycznym na rynku nieruchomości”. Kredyty muszą być też lepiej równoważone przez długoterminowe depozyty.

Po drugie banki powinny emitować papiery dłużne, które mogłyby być kupowane przez fundusze emerytalne i inwestycyjne. Niezabezpieczone emisje mogłyby odbywać się zarówno w złotych, jak i walutach np. poprzez rynek Catalyst.

Po trzecie powinien w końcu odżyć rynek międzybankowy, bo nienormalna jest sytuacja, w której on nie działa przy rekordowych zyskach jego uczestników.

Przykręcanie śruby i konieczność specjalizacji dotykają jednak nie tylko polskich banków.

– Na świecie panuje przekonanie, że sektor bankowy rozrósł się zbyt poważnie w stosunku do sektora realnego i wszystkie te działania będą prowadzić do tego, że my jako sektor bankowy będziemy trochę mniejsi – mówi Krzysztof Kalicki, prezes Deutsche Bank Polska.

Dodaje jednak, że jest to szansa na to, żeby rynek kapitałowy był większy. Akcje albo obligacje korporacyjne powinny być szerzej wykorzystywane w finansowaniu gospodarki. Kredyt bankowy nie może być jedynym instrumentem, szczególnie że przedsiębiorcom akurat nie jest on udzielany zbyt często.

Bardzo ciekawa w tym kontekście jest liczba, którą przytoczyła prof. Małgorzata Zaleska, członek zarządu NBP – 120 mld zł. Nawet taką ilość kredytu banki mogłyby teoretycznie wykreować z zeszłorocznych, ponad 15 mld zł zysków. Można sobie tylko wyobrażać, jak taka ilość pieniędzy wpłynęłaby na koniunkturę gospodarczą.

Na wyobrażeniu sobie jednak się skończy, bo polskie spółki-córki ograniczają akcję kredytową żeby sprostać wymogom spółek- matek.

– Odpowiedzią na kryzys jest decentralizacja finansowania i centralizacja operacyjna, czyli najgorsza z możliwych kombinacji dla polskiego rynku – zauważa Jan Krzysztof Bielecki, szef Rady Gospodarczej przy kancelarii premiera, były premier i były prezes Pekao.

Spółki-córki dostają zatem pełną swobodę znajdowania sobie źródeł finansowania bez pomocy z centrali. Z drugiej strony pojawiają się argumenty o potrzebie istnienia np. wspólnej platformy informatycznej, wspólnej polityki kosztowej, wspólnego zarządzania ryzkiem. Wszystkie te działania mają na celu obejście wymagań polskiego nadzorcy.

Taka polityka jednak nie dziwi jeśli wziąć pod uwagę jaki maraton regulacyjny czeka banki w Europie Zachodniej. Najszybciej, bo do końca czerwca muszą uzupełnić wskaźnik kapitału podstawowego core Tier 1 do poziomu 9 proc. i nie idzie to jak po maśle (dla przypomnienia: polskie banki już mają ten współczynnik na poziomie 11,74 proc.). Koszt tej operacji to minimum 115 mld. euro. W 2013 roku ma zacząć obowiązywać umowa Bazylea 3, w 2019 roku mają wejść w życie jej ostateczne przepisy, a w międzyczasie od 2015 roku ma obowiązywać nowy Międzynarodowy Standard Sprawozdawczości Finansowej w sprawie Instrumentów Finansowych (MSSF 9). Wszystko to razem oznacza tylko jedno: koszty.

Z drugiej strony banki w strefie euro są wciąż w o tyle komfortowej sytuacji, że ich sumy bilansowe przekraczają na ogół PKB państw. To czyni je „too big to fail” – zbyt dużymi by upaść. W tym kontekście można też spojrzeć na dwie rundy LTRO (Longer Term Refinancing Operation), w których Europejski Bank Centralny pożyczył bankom ponad bilion euro na 3 lata i na 1 proc. Bankowcy spoza strefy euro narzekają oczywiście, że to nieuczciwa konkurencja.

– Jeśli mamy bilion euro wziętych na 1 proc., a  obligacje na poziomie 4-5 proc. to mamy w sumie 40 miliardów subsydiów, pomnożone przez 3 lata, co daje 120 miliardów euro subsydiów – liczył Mateusz Morawiecki, prezes BZ WBK.

I rzeczywiście, porównując to z niecałymi 4 mld euro zysku polskiego sektora bankowego za zeszły rok trudno się nie zgodzić, że z EBC popłynęły zbyt łatwe i zbyt wielkie pieniądze.

Jak zatem uwolnić się od problemów strefy euro i zbyt rygorystycznych właścicieli? Próbować odkupić polskie spółki-córki.

Mariusz Grendowicz, były prezes BRE Banku, wskazuje nawet kto mógłby to zrobić – zagraniczne fundusze private equity, bo mówiąc wprost – kierują się rachunkiem ekonomicznym, a nie politycznym. Tyle, że ten ostatni w pewnych sytuacjach jest zaletą.

– Działanie, w którym mielibyśmy zamieniać inwestora o względnie stabilnej sytuacji, z możliwością ubiegania się o pomoc publiczną w jego kraju, na fundusze private equity byłoby działaniem skrajnie ryzykownym – powtórzył Wojciech Kwaśniak.

Problem w tym, że innego pomysłu na polonizację, albo chociaż na powstrzymanie dyrektywy CRD IV nie ma. W dodatku czasu jest mało, bo zachodnie banki muszą zebrać kapitał do czerwca. Jeśli więc okaże się, że w połowie roku dwie trzecie naszego sektora bankowego nadal będzie pozostawać w rękach tych samych zagranicznych właścicieli, to możemy w ciemno zakładać, że polskie banki nie będą bić kolejnych rekordów zysków.

Polski Kongres Gospodarczy odbył się dniach 6-8 marca na Politechnice Warszawskiej, a seminarium BRE Banku i CASE „Kondycja banków w Europie i Polsce” odbyło się 8 marca  w siedzibie banku.

Zbigniew Jagiełło, prezes PKO BP i Małgorzata Zaleska, członek zarządu NBP (Fot. M. Pielach/OF)

Otwarta licencja


Tagi


Artykuły powiązane

Jak odnieść sukces biznesowy w Chinach

Kategoria: Sektor niefinansowy
Chiny to rynek trudny, dla polskich przedsiębiorców bardzo egzotyczny, jednak aby się na nim znaleźć trzeba go dobrze poznać – wynika z książki Radosława Pyffela „Biznes w Chinach”.
Jak odnieść sukces biznesowy w Chinach

Niemiecki sektor bankowy w szponach niskiej rentowności

Kategoria: Analizy
Niemieckie banki cierpią z powodu niskiej rentowności i wysokich kosztów działania. Pandemia i związany z nią wzrost ryzyka kredytowego utrudni im odbudowę wartości i zmusi do przebudowy modeli biznesowych i dalszych cięć w zatrudnieniu.
Niemiecki sektor bankowy w szponach niskiej rentowności