Co każdy powinien wiedzieć o MFW

09.06.2011
Podziw wzbudza skuteczność z jaką Francja przekształca Międzynarodowy Fundusz Walutowy w swoje niemal dziedziczne lenno. Przez 65 lat działalności na czele Funduszu stało czterech obywateli Francji. Wiele wskazuje, że wodze MFW pozostaną nadal we francuskich rękach. Jutro upływa termin zgłaszania kandydatur na nowego szefa.

Christine Lagarde jest już piątym obywatelem Francji, który może zostać szefem MFW.(CC By-SA World Economic Forum)


Francuskimi szefami MFW byli dotychczas: Pierre-Paul Schweitzer, Jacques de Larosière, Michel Camdessus i Dominique Strauss-Kahn. Kierowali nim dotychczas łącznie przez 35 lat. Wiele wskazuje, że Strauss-Kahna zastąpi rodaczka Christine Lagarde, obecnie minister finansów V Republiki, ale przedtem businesswoman, która spędziła wiele lat w USA.

Priorytety i preferencje kolejnych szefów MFW były różne. Aż 13 lat, w latach 1987 -2000, sprawował tę funkcję Michel Camdessus. Zrezygnował w połowie swojej trzeciej kadencji wyczerpany stresem i starciami z amerykańskimi konserwatystami, którzy mieli mu za złe miliardy jakimi wsparł Rosję w czasie zapaści finansowej w końcówce ubiegłego stulecia. Krytykowali także sposób w jaki walczył z azjatyckim kryzysem finansowym.

Na pożegnanie Camdessus potwierdził, że działania MFW były katalizatorem, który doprowadził do usunięcia indonezyjskiego satrapy generała Suharto na fali zmagań z azjatyckim kryzysem, który wyssał z Indonezji 160 mld dolarów. W fatalnej dla rosyjskiego budżetu końcówce 1999 roku szef MFW ostrzegł Borysa Jelcyna, że jeśli nie zacznie działać, może przestać być prezydentem w trybie nagłym i niekontrolowanym. Wkrótce Jelcyn namaścił Władimira Putina. Camdessus był ceniony za swą skuteczność w zmuszaniu państw w tarapatach do reform gospodarczych. Jeśli trzeba było przymilał się i wdzięczył, a nawet płaszczył, lecz gdy polityka uśmiechów nie dawała efektów, bez pardonu sięgał do gróźb.

W powszechnym oglądzie MFW jest rutynową instytucją, która na co dzień nie wiadomo co robi, a uaktywnia się i ujawnia ze swymi miliardami, gdy gospodarką i życiem ludzi zatrzęsie gdzieś lokalny lub regionalny kryzys. Funduszowi nie należy jednak przyglądać się wyłącznie przez pryzmat problemów finansowych i gospodarczych. Przykład działań Camdessusa pokazuje, że instytucja ta wpisuje się niekiedy w istotne scenariusze polityczne, choć jedynie wtedy, gdy uwertura do nich grana jest na nutach finansowo-gospodarczych. Tropicielom spisków podsunąć można wszakże, że być może nie całkiem przypadkowo gabinet dyrektora MFW mieści się w budynku położonym w Waszyngtonie w połowie drogi między Białym Domem, a gmachem Rezerwy Federalnej, pełniącej rolę banku centralnego USA.

Dwaj policjanci, zły i dobry

Statuty MFW i Banku Światowego zostały uzgodnione podczas brzemiennej w skutki konferencji w Bretton Woods latem 1944 roku. MFW rozpoczął oficjalny „żywot” kilka dni przed końcem 1945 roku, po złożeniu pod jego statutem podpisów przez przedstawicieli rządów 29 państw założycielskich. Od tego momentu miał 10 dyrektorów generalnych. Pierwszym był Belg Camille Gut. Poza Francuzami dyrektorami było jeszcze dwóch Szwedów, Holender, Niemiec i Hiszpan.

W Bretton Woods powielono schemat znany z filmów kryminalnych, w których występuje zły i dobry policjant. MFW jest złym policjantem, który krzyczy, żąda od państw reform, zrównoważenia budżetów, obcinania wydatków, negocjowania niespłacanych długów i w ogóle zaciśnięcia pasa, a po tym wszystkim pożyczy parę miliardów, żeby delikwent nie zasłabł zanim „policjant” nie wymusi na nim odpowiedniego zachowania w przyszłości.

Bank Odbudowy i Rozwoju Gospodarczego, znany jako Bank Światowy to z kolei dobry policjant, który zamiast wędki niesie potrzebującym rybę w formie kredytów i pożyczek, bezzwrotnego wsparcia w materialnej i niematerialnej postaci. Gdyby ktoś doszukiwał się zatem drugiego dna w decyzjach podejmowanych zaraz po II wojnie światowej, ten nie dziwiłby się, że szefostwo Banku Światowego przypada tradycyjnie Amerykanom, którzy w ten sposób łagodzą wizerunek tłustego Wuja Sama z grubym cygarem w ustach i że fotel dyrektora IMF Jankesi oddali Europejczykom z Zachodniej Europy – niech cierpią za kolonializm. Szwedzi nie mieli wprawdzie kolonii, ale złupili swego czasu kawał Europy, w tym Polskę.

Amerykanie uważnie jednak patrzą Europejczykom na ręce. Zasada przestrzegana od początku stanowi, że numerem dwa jest w Funduszu zawsze obywatel USA, rekrutujący się zazwyczaj z Departamentu Skarbu (ministerstwa finansów). Obecnie jest nim John Lipsky, którego kadencja upływa w sierpniu br. W ten sposób Amerykanie kontrolują skutecznie działanie obu instytucji, co w ogólnym rozrachunku przysporzyło światu więcej dobrego niż złego.

Przy wyborze nie ma przypadku

Na razie jest dwoje mocnych kandydatów do stanowiska szefa MFW. Poza minister Lagarde oficjalnie w grze jest także gubernator Agustin Carstens – prezes Banco de México. Przedstawiciele USA zachowują milczenie. Nie chcą włączać się do dyskusji o obaleniu monopolu Europy Zachodniej w MFW, wywoływanej przez państwa aspirujące (emerging).

Wbrew naiwnemu mniemaniu mass-mediów, system wyboru szefa prowadzi z reguły we wcześniej wytyczonym kierunku i bardzo utrudnia działanie przypadku. Termin zgłaszania osób ubiegających się o stanowisko dyrektora MFW upływa 10 czerwca. Po tym dniu zarząd Funduszu musi ogłosić tzw. krótką listę trzech zakwalifikowanych kandydatów, a jeśli zgłosiłoby się ich tylko troje – podać ich nazwiska do publicznej wiadomości, a następnie przeprowadzić ze wszystkimi rozmowy kwalifikacyjne. W gruncie rzeczy te rozmowy kwalifikacyjne to mało ważna proceduralna formalność.

Właściwy wybór to skomplikowana gra, której najważniejszym etapem jest szukanie consensusu z zastosowaniem tzw. „straw polling” (od słomki, która wychyla się tak jak wieje wiatr), czyli ugadywania w celu wyłonienia kandydata, który uzyska większość w formalnym głosowaniu i jednocześnie w celu udobruchania zawiedzonych namaszczeniem tej akurat osoby. Najwięcej będzie się zatem działo na zapleczu, w mniejszych lub większych gabinetach i salach spotkań.

Ważny udział w światowej gospodarce

Szalę mogą przechylić Amerykanie, którzy mają w MFW 421 923 głosów, czyli 16,8 proc. Głosy poszczególnych państw są ważone w zależności od ich wkładu pieniężnego do Funduszu. Outsiderzy, nawet wielu i wspólnie, nie mogą zatem decydować o składzie kierownictwa lub o przeznaczeniu wielkich zasobów tej instytucji. 25 maja 2011 roku podstawowa ich wielkość, określona poprzez sumę tzw. kwot (quotas) przypisanych poszczególnym państwom członkowskim, osiągnęła równowartość ok. 376 mld dolarów. Do tego trzeba doliczyć ok. 600 mld dolarów w pieniądzach przyobiecanych lub wstępnie wyasygnowanych.

Kwoty dla poszczególnych państw są ustalane na podstawie ich udziału w gospodarce światowej. Jedną czwartą swojej kwoty państwa wpłacają w walutach wymienialnych lub tzw. SDR (special drawing rights, czyli stworzony przez Fundusz nowy rodzaj aktywa rezerwowego), a resztę w swych walutach narodowych. MFW przechowuje także ok. 2800 ton złota. Gospodarka złotem jest restrykcyjna. Chodzi o to, aby Fundusz nie naruszał swymi działaniami globalnego rynku tego kruszcu. Sprzedaż złota lub wpłata kwoty członkowskiej w sztabach tego metalu wymaga kwalifikowanej większości 85 proc. głosów. MFW nie może zaś kupować, ani prowadzić spekulacji związanych ze złotem. Ostatnia transakcja złotem została zakończona przez MFW w grudniu 2010 roku, kiedy Fundusz sprzedał 403,3 tony kruszcu. Nabywcami były banki centralne Indii (200 ton), Sri Lanki i Bangladeszu – po 10 ton oraz Mauritiusu – 2 tony. Reszta została ulokowana na rynku. Wszystkie transakcje zostały rozliczone po aktualnych cenach rynkowych.

SDR powstały w 1969 roku jako odpowiedź Funduszu na deficyt dolarów amerykańskich i złota. Obowiązywał jeszcze stworzony w Bretton Woods system stałych kursów walutowych. Bez wystarczającej podaży dolarów i złota, utrudnione było utrzymywanie stałych kursów, a tym samym pogarszały się warunki międzynarodowej współpracy gospodarczej, jako czynnika rozwoju ekonomicznego świata. Stworzenie SDR jako ekwiwalentu waluty amerykańskiej i złota miało więc służyć poprawie płynności.

Dopóki nie rozpowszechniło się pojęcie wirtualności, bardzo trudno było zrozumieć czym jest, a czym nie jest SDR. Dziś można powiedzieć, że jest to rodzaj wirtualnej waluty MFW opartej od 1973 roku (kiedy zakończył życie złoty standard) na koszyku, w którym są dolary USA, euro, jeny i funty szterlingi. Każdy członek otrzymał tyle SDR, na ile zasłużył po pomiarze jego udziału w światowej gospodarce.

W koszyku ze Szwajcarią i Kazachstanem

Do MFW należy dziś 187 państw. Spośród członków ONZ w Funduszu nie ma tylko kilku państw, w tym Korei Północnej, Kuby i Liechtensteinu. Poza USA, uprzywilejowana jest Japonia 6,25 proc., Niemcy 5,83 proc. oraz Francja i Wielka Brytania – po 4,30 proc. głosów. Pozostali członkowie są umieszczeni w 19 grupach. Np. Polska jest w jednej grupie z Azerbejdżanem, Kazachstanem, Kirgizją, Serbią, Szwajcarią, Tadżykistanem i Turkmenią. Dyrektorem „naszej” grupy jest Szwajcar Rene Weber, a jego zastępczynią Katarzyna Zajdel-Kurowska.

Dyrektor Weber ma do dyspozycji 2,78 proc. głosów „naszej” grupy, ale nie ma obowiązku słuchać opinii jej członków. Tak się na przykład składa, że władze Kazachstanu wymarzyły sobie, żeby szefem MFW został szef tamtejszego banku centralnego Grigorij Marczenko. Jest on dobrze znany w środowisku bankowców centralnych i cieszy się nawet estymą za skuteczność w naprawie rodzimego sektora bankowego. Podobno chwali się, że osobiście zamknął 80 banków. Kazachowie nie będą jednak mieli okazji głosować na swojego człowieka, ponieważ pan Weber zagłosuje tak, jak mu nakaże rząd Szwajcarii, który ma w tej kwestii wyrobione poglądy. Na tej samej zasadzie warunkiem dopuszczenia do stawki Polaka, byłoby wcześniejsze przekonanie Szwajcarów do takiego pomysłu.

Oddzielne, jednoosobowe „grupy” tworzą Chiny – 3,82 proc., Arabia Saudyjska – 2,81 proc. i Rosja – 2,40 proc. Pod względem wagi głosów „grupa” rosyjska jest na czwartym miejscu od końca. Te trzy państwa nie muszą z nikim uzgadniać swoich preferencji i to je ustawia wygodniej w procedurze straw polling.

W praktyce głosują więc tylko 24 państwa, których obywatele są dyrektorami MFW (5 uprzywilejowanych plus 19 szefów grup, w tym Chińczyk, obywatel Arabii Saudyjskiej oraz Rosjanin) i jednocześnie członkami zarządu Funduszu. Jeśli więc Meksyk nie wycofa prezesa Carstensa, to ten zachowa szanse na wybór ponieważ dyrektorem grupy, do której należy Meksyk jest Meksykanin Carlos Perez-Verdia, a więc nie będzie sytuacji, że za potencjalnym kandydatem nie głosuje nawet własna grupa.

Unia Europejska ze Szwajcarią ma dziś 34,28 proc. głosów. Miałaby więcej, gdyby Hiszpanii nie umieszczono w grupie środkowoamerykańskiej z meksykańskim dyrektorem na czele, a Irlandii razem z Kanadą i karaibską „drobnicą” w rodzaju St. Kitts and Nevis.

Prym w Funduszu wiodą państwa bogate, ale zasady działania MFW nie odsyłają maluczkich na najodleglejszy z możliwych margines. Udział w grupie, daje maluchom możliwość odezwania się od czasu do czasu głosem silniejszym od tego na jaki wyglądają. Togo ma samodzielnie 0,06 proc. głosów, ale ponieważ jego obywatel jest dyrektorem grupy krajów Afryki centralnej, to faktycznie trzyma ich w garści o wiele więcej, bo 1,55 proc. Jeszcze lepiej wypada Lesotho, które samodzielnie ma 0,04 głosów, lecz to Lesothańczyk kieruje grupą państw Afryki subsaharyjskiej z głosem o łącznej wartości 3,23 proc.

Nie lubiane recepty

W czasie prowadzonych w ramach ONZ przygotowań do powołania obu instytucji w bardzo dobrej pamięci ówczesnych były jeszcze horrory Wielkiego Kryzysu lat 30. XX wieku. Podstawowym zadaniem Międzynarodowego Funduszu Walutowego miało więc być patronowanie międzynarodowej współpracy gospodarczej, która przejawiać się miała w razie potrzeby uzgodnionym przerwaniem łańcucha następujących po sobie dewaluacji walut narodowych. Dewaluacje działałyby bowiem jak benzyna dolewana do ognia, sprowadzając świat w głębiny kolejnej Wielkiej Depresji. Trochę się jednak pozmieniało w świecie, więc poza interwencjami w celu ratowania państw w wielkich kłopotach finansowych, celem MFW staje się dziś kontrola wszystkich czynników makroekonomicznych i finansowych wpływających na globalną równowagę i stabilność (czytaj: niestabilność i nierównowagę).

MFW nie cieszy się w szerokim świecie poważaniem. Dla wielu jest synonimem bezwzględnego żandarma znajdującego szczególną przyjemność w upokarzaniu biedoty, a już rozkosz w maltretowaniu biedaków. Taka ocena i nastawienie świadczy, że wiara w moc przelewania z pustego w próżne jest ciągle wielka. Najwięcej krytyków ma Fundusz wśród części elity. Ich guru jest Joseph Stiglitz – noblista. W jego ocenie MFW jest zakładnikiem tzw. konsensusu waszyngtońskiego, czyli wolnorynkowej recepty upatrującej wstępny warunek powodzenia gospodarczego w liberalizacji rynków, prywatyzacji, stabilizacji makroekonomicznej i niskiej inflacji.

Wielkie kłopoty gospodarcze pojawiają się najczęściej, gdy coś jest nie bardzo tak z paroma lub każdym z tych czynników. Znamienne jest, że krytyka gaśnie, gdy chodzi o ratowanie państw i gospodarek starego świata. W przypadku Grecji, Irlandii, Islandii, Portugalii recepty Funduszu nie budzą protestów przeciwników i wrogów MFW. Ich aktywność i zjadliwość sięga zaś apogeum, gdy chodzi o państwa biedne. Mieliby rację, gdyby zaproponowali inne formy wsparcia i zdołali przekonać świat do nadania im sprawnej organizacyjnej formy oraz wyasygnowania niezbędnych paru bilionów dolarów.

Nawet najbardziej szanowanym krytykom MFW, bliżej do teorii spiskowych niż do zdrowego rozsądku. Twierdzą, że najlepsze uniwersalne lekarstwo nie jest równie dobre na kaszel, strupy na nogach i ból żołądka. To prawda, ale kaszel i strupy rzadziej atakują zdrowego niż wycieńczonego.


Tagi


Artykuły powiązane