Do banku jak do magazynu

19.09.2012
Kryzys gospodarczy skłonił ekonomistów do refleksji na temat architektury świata finansowego; Jak powinien funkcjonować system pieniężno-kredytowy? W przeszłości wiele projektów dotyczących pieniądza rodziło się właśnie w złych czasach. Friedrich August von Hayek wiązał nawet rozwój myśli monetarnej z występowaniem takich kryzysów.
(fot. NBP)

(fot. NBP)

(fot. NBP)

Jako jedną z głównych przyczyn obecnych problemów gospodarczych przywołuje się nieraz pomieszanie dwóch typów bankowej działalności. Powraca kwestia oddzielenia „bankowości inwestycyjnej” od tradycyjnej „bankowości depozytowej”. Tymczasem, gdy wgłębimy się trochę w to zagadnienie, to okaże się, że banki praktycznie od samego początku swojego istnienia bardzo szybko zaczęły mieszać te dwa typy działalności. Zaś chęć wprowadzenia realnego ich oddzielenia musiałaby skutkować wprowadzeniem stuprocentowych rezerw na depozyty, co i tak mogłaby nie przynieść sukcesu.

Bankowość inwestycyjna a bankowość stu procent

Czym bowiem tak naprawdę jest różnica między działalnością depozytową a inwestycyjną? „Depozyt” oznacza, że bank otrzymuje jakieś środki od swojego klienta, a następnie otwiera mu rachunek, z którego można korzystać w celu realizowania różnych transakcji. „Inwestowanie” oznacza, że posiadane środki są przeznaczane na jakiegoś typu projekty, mające przynieść zwrot za jakiś czas.

Skrajne rozdzielenie tych dwóch typów działalności musiałoby oznaczać, że banki depozytowe zajmowałyby się tylko gromadzeniem istniejących pieniędzy w skarbcu i nie mogłyby ich przeznaczać na inwestycje. Wtedy utrzymywałyby pełne tj. stuprocentowe rezerwy na otrzymane od klientów środki. A pieniądze leżałyby bezpiecznie w skarbcu.

Chociaż taki pomysł może się wielu wydawać ideą zupełnie kosmiczną, to warto zdać sobie sprawę z tego, że bynajmniej nie jest on całkowicie wyimaginowany. Nie jest to też idea, o której rozprawiali jedynie dalecy od głównego nurtu ekonomiści. Zwróćmy uwagę na nazwiska: Irving Fisher, Frank Knight, Henry Simons, Milton Friedman, James Tobin, Maurice Allais. Ostatnia trójka to nobliści. Fisher jest współodpowiedzialny za najważniejsze równanie w historii teorii monetarnej. Knight jest współautorem koncepcji konkurencji powszechnie nauczanej dziś na uczelniach. Simons stoi za duchem współczesnej polityki antytrustowej. Friedman jest uważany za jednego z lepszych historyków systemu pieniężnego w USA, a teoretycznym zasługom Tobina trzeba by poświęcić więcej miejsca. Podobnie w wypadku szanowanego Allaisa.

Co łączy tych ekonomistów (i też niektórych radykałów współczesnej szkoły austriackiej)? Wszyscy z nich mniej lub bardziej zdecydowanie opowiadali się, lub przynajmniej wyraźnie sympatyzowali, z ideą stuprocentowego pokrycia depozytów (część z nich zmieniała zdanie). Trudno zatem uznawać ów pomysł za całkowite szaleństwo, skoro widziały w nim sens tak wybitne umysły.

Jak taki system mógłby funkcjonować

Czy system stuprocentowego pokrycia depozytów nie uśmierciłby kredytu? Oczywiście nie, chociaż radykalnie zmieniłby funkcjonowanie rynku finansowego. Otóż w systemie stuprocentowego pokrycia depozytów kredyt wcale nie umiera, choć niewątpliwie liczba transakcji kredytowych jest mniejsza, co zwolennicy stu procent przedstawiają jako zaletę.

Przy rezerwach na poziomie 100 proc. banki komercyjne nie mogą tworzyć nowych depozytów i przeznaczać ich na kredyt. Nie oznacza to jednak, że istniejące pieniądze nie mogą zostać przeznaczone na inwestycje i kredytowanie. Istota pełnego pokrycia depozytów oznacza, że środki są bez przerwy dostępne na żądanie klienta i nie zostały przeznaczone pod jakąkolwiek inwestycję. Dopiero kiedy posiadacz depozytu zdecyduje się podpisać umowę kredytowania, wtedy dochodzi do uwolnienia depozytu i przeniesienia środków na podmiot inwestujący. Klient oddaje świadomie swój depozyt komuś innemu, w zamian za profity w przyszłości.

Trochę trywializując zagadnienie – firma finansowa może być bankiem na kształt magazynu albo firmą inwestującą. Możemy albo umieścić środki w magazynie (depozycie) i wtedy mamy pewność, że są w sejfie (nikt ich nie otrzyma na finansowanie inwestycji), albo podejmujemy ryzyko i przeznaczamy pieniądze dla banku, który może je w coś zainwestować. Wtedy tracimy do nich realny dostęp.

Jak nietrudno się domyślić, przy stuprocentowych rezerwach na depozyty banki pobierałyby opłaty za ich przechowywanie (ponieważ środki nie pracowałyby na rynku). Jednocześnie nie zabiłoby to transakcji kredytowych. Oznaczałoby to po prostu, że klienci muszą z pełną świadomością podpisać umowę z bankiem o tym, że udzielają mu pewnego rodzaju pożyczki. I ta umowa zawierana przez obywateli byłaby mniej więcej tym, czym jest dzisiaj umowa z funduszem inwestycyjnym.

Korzyści stuprocentowych rezerw

Zdaniem zwolenników rezerwy stuprocentowej jej stosowanie przyniosłyby znaczne korzyści makroekonomiczne. W największym skrócie należą do nich: radykalna redukcja długu publicznego, radykalny spadek długu prywatnego, stabilizacja i zabezpieczenie systemu bankowego, zwalczenie lub przynajmniej kontrolowanie inflacji i ujarzmienie cyklu koniunkturalnego.

W systemie pełnego pokrycia depozytów długi zarówno publiczne jak i prywatne musiałyby być oczywiście mniejsze. Przede wszystkim dlatego, że banki nie kreowałyby pieniędzy, a kreacja pieniędzy przez banki jest jednoczesna z kreacją przez nie długu. Banki dzisiaj działają w taki sposób, że szansę inwestycyjną widzą, na przykład wtedy, gdy ktoś kupi mieszkanie, albo rozpocznie prowadzenie biznesu. W odpowiedzi na to podejmują decyzję o stworzeniu dla tego kogoś depozytu. W systemie pełnego pokrycia trzymałyby pieniądze w banku bez wypłacania ich komukolwiek. Dlatego też zapewne pobierałyby opłatę za ich magazynowanie. Klienci nadal wpłacaliby tam pieniądze ze względów bezpieczeństwa i łatwości zawierania transakcji.

W systemie 100-proc. rezerwy inflacja pozostawałaby mniejsza, lub mogłaby być pod większą kontrolą ze względu na ograniczenie kreacji pieniądza.  Produkowanie pieniędzy powoduje zjawisko inflacji rozumianej jako wzrost cen. Oczywiście także przy stuprocentowych rezerwach mogłoby dochodzić do wysokiej inflacji, czy nawet hiperinflacji, gdyby państwo posiadało monopol menniczy i jednocześnie produkowało gotówkę na realizację swoich wydatków. Cóż bowiem wtedy ze stuprocentowych rezerw na depozyty, skoro same rezerwy mogłyby być bez większego problemu nieustannie zwiększane i wprowadzane przez państwo do obrotu.

Banki byłyby dużo bezpieczniejsze niż dzisiaj. Upadek jednego z nich nie zagrażałby innym. W zasadzie banki nie mogłyby upaść. Skoro depozyty klientów byłyby trzymane w magazynie, to nawet w wypadku upadku banku, oznaczałoby to, że klienci odbierają swoje środki w całości. Klienci traciliby swoje środki tylko w wypadku napadu na bank, albo w wyniku defraudacji. Ale nawet taka kryzysowa sytuacja nie zagrażałaby innym bankom.

Likwidacja rezerw cząstkowych oznaczałaby, że nie istniałyby „cykle kredytowe”, czyli okresy, kiedy banki zwiększają zakres swojej akcji udzielania kredytów lub go zmniejszają. Banki nie mogłyby przyczyniać się do powstania czegoś, co się brzydko określa „bańkami spekulacyjnymi”. Znowu nie oznacza to, że takie bańki by w ogóle nie istniały. Nie stanowiłyby one jednak zagrożenia dla posiadaczy zwykłych depozytów.

Krytyka stuprocentowych rezerw

Krytycy rezerw stuprocentowych przedstawiają dwa generalne argumenty przeciwko takim projektom.

Po pierwsze, ich zdaniem trudna może być implementacja pomysłu stuprocentowych rezerw. Banki mogłyby utrzymywać stuprocentowe rezerwy na depozyty i nie przeznaczać środków zebranych jako depozyty na cokolwiek innego niż do magazynu, ale mogłyby zacząć otwierać niby-depozyty. Banki mogłyby otwierać na przykład „lokaty oszczędnościowe”, albo „konta ubezpieczeniowe”. Formalnie mogłyby obiecywać klientowi niemal natychmiastową dostępność gotówki, ale w praktyce bank po otrzymaniu środków od klienta dalej przeznaczałby je na jakąś inwestycje. Quasi-depozyty mogłyby zacząć funkcjonować jako w zasadzie pieniądze, co mogłoby spalić projekt stuprocentowych rezerw.

Po drugie, zwolennicy rezerw cząstkowych uważają, że stuprocentowe pokrycie hamuje rozwój gospodarczy. W końcu środki na depozytach „leżą bezczynnie” na kontach, a można je wykorzystać do kredytowania jakichś sensownych projektów, fabryk, dróg, przedsiębiorstw. Dzięki temu wzrost gospodarczy może być wyższy.

Konsekwencją stosowania systemu rezerw cząstkowych jest szybszy wzrost cen, gdyż więcej pieniędzy zostaje wydanych na rynku. Wzrasta ryzyko kryzysu bankowego; przy rezerwach cząstkowych praktycznie każdy posiadacz depozytu jest zagrożony systemowym ryzykiem. Jednocześnie wzrasta poziom długu, a prywatne oszczędności i akumulacja kapitału są wypierane na rzecz bankowego kredytu.

Zawsze pozostaje jednak pytanie o wysokość ceny jaką trzeba zapłacić za większy wzrost gospodarczy i czy rzeczywiście efektem stosowania systemu rezerw cząstkowych realny wzrost gospodarczy jest większy.

Mateusz Machaj


Tagi


Artykuły powiązane