Europejski Rozbrat Bankowy

14.11.2013
Celem wprowadzenia euro było utworzenie zintegrowanych rynków finansowych. Od początku kryzysu rynki te są znów unarodowiane. Przyszłość strefy euro zależy od tego, czy ta tendencja utrzyma się czy jednak rynki finansowe Europy staną się zintegrowane. Każdy rezultat będzie lepszy niż obecny stan pośredni, a wygląda na to, że właśnie ku temu zmierza strefa euro.
Daniel Gros (Fot. Ptoject Syndicate)

Daniel Gros

Daniel Gros

Tendencja do unarodowienia jest całkiem wyraźna. Odkąd w 2008 roku skończył się boom kredytowy, transgraniczne należności banków z krajów „rdzenia” strefy euro (złożonego w zasadzie z Niemiec i z małych państw sąsiednich) od peryferii tej strefy spadły z około 1,6 biliona euro do niespełna połowy tej kwoty. Część tej różnicy znalazła się w bilansie Europejskiego Banku Centralnego, ale nie może to być rozwiązanie trwałe.

Tendencja ta może się utrzymać aż do momentu, gdy należności transgraniczne staną się zbyt małe, żeby mieć znaczenie systemowe – dokładnie tak, jak było przed wprowadzeniem euro. Przy obecnym tempie zmian ten stan może być osiągnięty w ciągu paru lat. Byłoby to odwrócenie integracji finansowej, którą spowodowało euro.

Ponowne unarodowienie to oficjalnie pojęcie wyklęte. Ma ono jednak swoje zalety. Przy niższym długu transgranicznym mniejszy jest wpływ wstrząsów krajowych na cały system. Niewypłacalność jakiegoś banku w jednym kraju nie uruchamia już kryzysu gdzie indziej, gdyż wszelkie straty zatrzymują się na granicy.

>>więcej w The Economist: Bałkanizacja rynków finansowych

Ponadto rozdzielenie systemów bankowych może być obecnie łatwiejsze, ponieważ bilanse rozrachunków bieżących krajów peryferyjnych są z grubsza zrównoważone i wszystkie one (prócz Grecji) spodziewają się w 2014 roku małej nadwyżki zewnętrznej. Poza tym w najbliższej przyszłości kraje te – znów oprócz Grecji – nie będą potrzebować żadnego dopływu kapitału.

To zmiana o kluczowym znaczeniu. Parę lat temu kraje takie jak Hiszpania i Portugalia miały wielki deficyt bilansu rozrachunków bieżących i potrzebowały rocznie napływu kapitału o wartości około 10 proc. ich PKB. Przerwanie przez banki transgranicznej akcji pożyczkowej stanowiłoby zatem dla tych krajów mocny negatywny wstrząs. Teraz jednak, przy nadwyżce w bilansie rozrachunków bieżących, ponowne unarodowienie banków może być siłą stabilizującą, gdyż ograniczy międzynarodowe przenoszenie wstrząsów finansowych.

Nie jest to sugestia teoretyczna. Na przykład włoscy ciułacze są nadal w posiadaniu znacznych aktywów zagranicznych (w tym obligacji Niemiec), a inwestorzy zagraniczni wciąż mają w swoich portfelach znaczne pliki obligacji rządowych Włoch. Oprocentowanie długoterminowych obligacji skarbowych Włoch (a także koszty pożyczkowe włoskiego sektora prywatnego) jest jednak o około 250 punktów bazowych większe niż ich niemieckich odpowiedników (to premia za ryzyko). Przy pełnym unarodowieniu włoscy inwestorzy sprzedaliby swoje zagraniczne aktywa i nabyli rodzime obligacje, co zabezpieczyłoby Włochy przed wstrząsami finansowymi zagranicą. Obniżyłyby się także koszty odsetkowe, ponoszone przez gospodarkę jako całość.

Na razie jednak cudzoziemcy wciąż mają w posiadaniu obligacje Włoch odpowiadające około 30 proc. PKB. Gdyby obligacje te zostały przejęte przez inwestorów włoskich (którzy musieliby w tym celu sprzedać mało rentowne papiery zagraniczne na odpowiednią kwotę), Włosi mogliby zaoszczędzić równowartość 0,73 proc. swojego PKB. A wszelka premia za ryzyko, jaką rząd włoski musiałby nadal wypłacać, nie trafiałaby do cudzoziemców, ale do włoskich oszczędzających, których dochody by wzrosły – co dla kraju stanowiłoby zysk netto.

Co więcej, gdyby cały dług publiczny Włoch był w posiadaniu Włochów, wzrost premii za ryzyko byłby mniejszym obciążeniem. Gdyby się nawet podwoiła, do 500 punktów bazowych, to wprawdzie ponoszone przez rząd Włoch koszty obsługi długu poszłyby w górę, ale pieniądze te zostałyby wypłacone włoskim inwestorom (których dochody byłyby przecież opodatkowane).

Przeciwieństwo scenariusza ponownego unarodowienia stanowi kompletna integracja rynków finansowych strefy euro. Taki jest właśnie oficjalny cel ustanowienia europejskiej unii bankowej. Jeśli będzie ona pełna, pożyczki transgraniczne powinny zostać wznowione i ustabilizowane, ponieważ wspólne instytucje będą absorbować wstrząsy krajowe. Następnie stopy procentowe ujednolicą się na niskim poziomie, co będzie sprzyjać ożywieniu na peryferiach i ułatwi stabilizację finansów publicznych.

Niestety, osiągnięcie pełnokrwistej unii bankowej nie jest w bliskim terminie prawdopodobne. Europejski Bank Centralny ma przejąć nadzór nad 120 największymi bankami, na które przypada gros aktywów bankowych strefy euro, ale następne z koniecznych posunięć są już wątpliwe. Większość rządów de facto sprzeciwia się „jednolitemu mechanizmowi likwidacji”, czyli procedurze resolution, ponieważ zgoda na SRM (to brukselski żargon, od „single resolution mechanism”) oznaczałaby, że nie mają już one kontroli nad własnymi bankami. Kwestii ubezpieczania depozytów jeszcze się nawet nie rozważa. A utworzenie naprawdę wspólnej ochrony dla banków napotyka przeszkody prawne i polityczne.

Dopóki budżetowa ochrona dla banków pozostanie na poziomie krajowym, dopóty warunki działalności nie będą wyrównane. W tym scenariuszu integracja mogłaby w większości przypadków przybierać formę „kolonizacji” polegającej na tym, że banki z krajów, które mają lepszą sytuację w budżecie wykorzystują niższy koszt kapitału do wykupu banków w państwach, gdzie budżet jest słaby. Jeśli nawet – co nieprawdopodobne – kolonizacja ta nie wzbudziłaby oporów politycznych, to i tak nie stanowiłaby ona drogi do bardzo efektywnego systemu bankowego.

Strefie euro grozi zatem zablokowanie w niestabilnym status quo, kiedy transgraniczne należności banków są na tyle duże, żeby krajowe wstrząsy przenosić do całego systemu i gdy integracja finansowa nie jest na tyle głęboka, żeby zapewnić swobodny przepływ kapitałów w całym obszarze wspólnej waluty. Jeśli więc pełna unia bankowa okaże się niemożliwa, lepiej byłoby może pozwolić, żeby tendencja ku ponownemu unarodowieniu toczyła się po swojemu. Przynajmniej strefa euro zyskałaby jakąś stabilność.

©Project Syndicate, 2013

www.project-syndicate.org


Tagi


Artykuły powiązane