Lepiej nie lekceważyć czarnych przepowiedni Sorosa

12.06.2012
Europejscy politycy przekroczyli już wiele Rubikonów, żeby ratować zagrożone kraje i całą strefę. To wywołuje w niektórych ekonomistach przekonanie, że determinacja do utrzymania strefy jest wszechmogąca. Optymizm może być jednak oparty na niewłaściwych przesłankach. Najtrudniejsze bariery nie zostały nawet dotknięte i trudno będzie je przekroczyć.
George Soros (CC BY-NC JamesReaFotos)

George Soros, Herman Van Rompuy (BY-NC-ND President of the European Council)

George Soros, Herman Van Rompuy (BY-NC-ND President of the European Council)

Kiedy na początku 2008 r. George Soros mówił, że ówczesny kryzys finansowy to najgorsze załamanie od 60 lat, mało kto dawał wiarę tym słowom. Okazało się jednak, że znany inwestor dość dobrze rozumie dynamikę kryzysu gospodarczego i nie boi się wyrażać jasno swoich obaw. Kiedy zatem teraz ta sama osoba mówi, że strefa euro ma trzy miesiące na przetrwanie, warto wsłuchać się w to ostrzeżenie. Sytuacja jest znacznie trudniejsza niż twierdzą optymiści.

Zacznijmy jednak od tego, jakie jest optymistyczne spojrzenie na sytuację w strefie euro. Najlepiej wyraził je pewien analityk, z którym rozmawiałem przy kolacji kilka dni temu. Powiedział on: jakoś to będzie, muszą zareagować. Tak wciąż twierdzi wielu komentatorów. Przyznają oni, że politycy reagowali z opóźnieniem na dotychczasowe fale paniki związanej z niewypłacalnością niektórych krajów Europy, ale w końcu udawało im się ratować sytuacje. W ostateczności EBC może zgodzić się na dalszy skup obligacji, Niemcy wyłożą pieniądze na dalsze ratowanie innych krajów i ich banków, a integracja polityczna będzie powoli postępować. Po długiej burzy przyjdzie czas spokoju.

Gdyby tak było, jeszcze dziś wieczorem poszedłbym do baru, otworzył butelkę szampana i zaprosił wszystkich znajomych ekonomistów i dziennikarzy na drinka z okazji uratowania naszej przyszłości przed najpoważniejszym ze wszystkich kryzysów ostatnich dekad. Ale optymizm, nawet ten bardzo ostrożny, wydaje mi się zdecydowanie zbyt wczesny. Determinacja okazana do tej pory przez europejskich polityków jest niewystarczająca.

Jakie Rubikony przekraczano do tej pory…

Do tej pory europejscy przywódcy przekroczyli przynajmniej cztery bariery, których istnienie jeszcze przed 2010 r. wydawało się absolutnie fundamentalne dla stabilności strefy euro:

Po pierwsze – zgodzili się na udzielanie kredytów zagrożonym krajom.

Po drugie – zgodzili się na powołanie, a później powiększenie europejskiego funduszu ratunkowego.

Po trzecie, zaakceptowali drukowanie pieniędzy przez Europejski Bank Centralny.

Po czwarte, zaakceptowali redukcję zadłużenia Grecji.

Co do pierwszego Rubikonu, czyli udzielania kredytów innym krajom. Traktat o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej niemal explicite tego zabrania w art. 125. Istotą tego artykułu było uniknięcie pokusy nadużycia, czyli sytuacji, w której jakiś kraj nadmiernie się zadłuża z góry wiedząc, że i tak zostanie uratowany.

Niemieckie media niemal histerycznie powoływały się na te przepisy, wywierając na początku 2010 r. presję na kanclerz Angelę Merkel, aby nie ratowała Grecji. „To koszmar” pisał konserwatywny i wpływowy Frankfurter Allgemeine Zeitung o kredytach dla Aten. „Dlaczego mamy płacić za greckie emerytury?” – wołał brukowiec Bild.

Nie chcieli jednak zwrócić uwagi, że Traktat posiada również art. 122, który stwierdza, że w wyjątkowych okolicznościach UE może udzielać krajom pomocy finansowej. Możliwe, że te artykuły są sprzeczne, ale od 2010 r. wiadomo przecież, że cała konstrukcja instytucjonalna strefy euro nie odpowiada wielu zagrożeniom. Dlatego wiosną 2010 r. kraje UE zdecydowały o udzieleniu Grecji kredytów w wysokości ponad 80 mld euro.

Co do drugiego Rubikonu, czyli powołania i rozszerzenia Europejskiego Funduszu Stabilności Finansowej. Jeżeli udzielenie pomocy Grecji konserwatyści uznali za ostateczność, to powołanie trwałego mechanizmu pomocowego wydawało się im totalnym absurdem. Członek zarządu EBC Juergen Stark twierdził wiosną 2010 r., że powołanie funduszu będzie sprzeczne z Traktatem i podważy zaufanie do euro. Argumenty były podobne jak w przypadku sprzeciwu wobec kredytowania Grecji.

Najwyraźniej jednak Stark dość ograniczoną ilość czasu spędzał na śledzeniu wydarzeń rynkowych, gdyż w czasie, kiedy mówił o potencjalnym załamaniu zaufania do euro ze strony funduszu ratunkowego, kurs europejskiej waluty leciał na łeb z powodu … braku takiego funduszu. Na początku maja 2010 r. przywódcy europejscy pokonali jednak kolejną barierę i zdecydowali o powołaniu EFSF, mechanizmu pożyczkowego o potencjale ok. 250 mld euro, który rok później powiększono do 440 mld euro.

Co do trzeciego Rubikonu, czyli drukowania pieniędzy przez EBC: ta kwestia wciąż budzi najwięcej kontrowersji, pisałem o niej też wielokrotnie w Obserwatorze Finansowym. Traktat zabrania finansowania rządów przez banki centralne, ale teoria makroekonomii i doświadczenia innych krajów rozwiniętych (USA, Japonia) wskazują, że w ekstremalnych przypadkach skup obligacji na rynku może ratować gospodarkę przed depresją.

W maju 2010 r. bank podjął pierwsze zobowiązania do skupowania obligacji krajów zagrożonych. Program przyjął bardzo małą skalę, a dodatkowa płynność pojawiająca się na rynku w wyniku skupu była natychmiast absorbowana przez bank centralny w formie nowej linii depozytowej dla banków. Stopniowo jednak EBC pokonywał kolejne bariery. W sierpniu 2011 r. zaczął skupować obligacje Włoch i Hiszpanii, co potroiło jego zaangażowanie na rynku obligacji. W grudniu zaś wprowadził bezprecedensowe pożyczki dla banków – w ciągu dwóch miesięcy pożyczył bilion euro na trzy lata. Dla porównania, w normalnych czasach bank centralny udziela bankom zwykle tygodniowych pożyczek.

Przejdźmy do czwartego Rubikonu, czyli restrukturyzacji zadłużenia Grecji. Od 2010 r. wielu ekonomistów wskazywało, że przy dostępnych zasobach pracy, kapitału i produktywności Grecja nie jest w stanie osiągnąć wzrostu PKB koniecznego do wygenerowania strumienia pieniądza na spłatę swoich długów. Opinia ta stopniowo zyskiwała popularność, aż w połowie 2011 r. trudno było spotkać eksperta, który wierzyłby w wypłacalność Grecji. Mimo to do późnej jesieni 2011 r. wszyscy europejscy politycy jak jeden mąż twierdzili, że nie ma mowy o umorzeniu części zadłużenia Aten. Bali się, że wywoła to falę nieufności wobec obligacji rządowych.

Stan zaprzeczenia trwał wiele miesięcy, aż w końcu w październiku 2011 r. nastąpiła zmiana stanowiska o 180 stopni. Ustalono, że dług grecki zostanie zredukowany, choć wciąż można mieć ogromne zastrzeżenia co do skali tej redukcji, która jest zbyt mała, żeby pozwolić temu krajowi wyjść z kryzysu.

… a jakie Rubikony są jeszcze do przekroczenia

Rubikony, które Europa przekroczyła do tej pory przypominają jednak wąskie i spokojne rzeczki polne w porównaniu z tym, co może czekać na polityków w najbliższych miesiącach i latach. Szef EBC Mario Draghi dobrze wyraził ostatnio to, co myśli wielu inwestorów: jeżeli Europa ma uniknąć katastrofy, potrzebuje jasnej wizji przyszłości, dość już małych kroków. A zbierając różne elementy tej wizji, formułowane w różnych stolicach, wygląda ona mniej więcej następująco:

Europa ma być bardziej zjednoczona politycznie, co oznacza, że większe kompetencje w zakresie polityki fiskalnej ma uzyskać Bruksela. W strefie euro powinna powstać jakaś forma unii bankowej. Istnieje szansa, że uda się również uzyskać zgodę na emisję euroobligacji, choć Niemcy wykluczają ten instrument na tym etapie rozwiązywania kryzysu.

Prawdopodobnie nie obędzie się również bez przyznania Europejskiemu Bankowi Centralnemu większych kompetencji do bezpośredniego skupu obligacji. Wszystko zmierza ku temu, aby negatywne szoki gospodarcze w jednym kraju nie destabilizowały całej strefy oraz aby zapobiec ucieczkom kapitału z jednych krajów do innych.

Bez względu na to, które elementy będą wprowadzane w życie, większość z pomysłów na naprawę eurolandu wymaga przekroczenia gigantycznej bariery oddzielającej konfederacyjną formę integracji od formy federacyjnej:

Po pierwsze, wrażliwe decyzje polityczne będą musiały zostać przesunięte na poziom europejski.

Po drugie, podatnicy będą musieli zgodzić się na transfer swoich pieniędzy do innych krajów. Czy to jest w ogóle możliwe?

Jeżeli chodzi o przesunięcie wrażliwych decyzji politycznych na poziom Brukseli, to problem ten dobrze opisali Stefan Kawalec i Ernest Pytlarczyk w niedawnym artykule dla Gazety Wyborczej. We współczesnym świecie to społeczeństwa narodowe są kluczowym źródłem legitymizacji decyzji politycznych i tego nie da się zmienić. Oddanie kompetencji fiskalnych rządom i przekazanie ich Brukseli uderzy w samo sedno suwerenności (nawet ograniczonej) poszczególnych krajów, która polega m.in. na swobodzie ustalania podatków i redystrybucji dochodu. Niektórzy wskazują, że państwa już pozbyły się np. polityki celnej, więc nie powinno być problemu z polityką fiskalną. Istnieje jednak fundamentalna różnica między ustalaniem cła a nakładaniem podatków i redystrybucją dochodu – trudno tej różnicy nie dostrzec.

Podobnie będzie z drugim ze wspominanych Rubikonów, czyli transferami dochodu z jednych krajów do innych. Nie chodzi oczywiście o fizyczny i natychmiastowy transfer pieniędzy, ale o udzielane gwarancje – tego wymaga zarówno unia bankowa, euroobligacje, jak i szersze interwencje EBC. W unii bankowej paneuropejskie ubezpieczenie depozytów będzie oznaczało, że banki np. w Niemczech zrzucają się na ubezpieczenie depozytów w Hiszpanii. Euroobligacje oznaczają, że podatnicy we Francji biorą odpowiedzialność za podatników we Włoszech. Podobne implikacje niosą ze sobą interwencje EBC (jeżeli np. bank straci na greckich obligacjach, będzie musiał zostać dokapitalizowany przez rządy innych krajów). W tym momencie brak jest sygnałów, które pozwalają wierzyć, że rodzi się konsensus w sprawie systemowego wprowadzenia któregokolwiek ze wspomnianych wyżej instrumentów.

Na podstawie tej prostej analizy polityczno-gospodarczej widać, że przeszkody utrudniające złagodzenie kryzysu w strefie euro są coraz poważniejsze. To sugeruje, że nadchodzące dwa lata mogą być dla europejskiej gospodarki trudniejsze niż poprzednie dwa lata. Żeby uniknąć realizacji czarnej przepowiedni Sorosa Europa będzie potrzebowała przynajmniej jednego z dwojga: wielkiej determinacji politycznej, dużo większej niż do tej pory oraz wielkiego szczęścia.

Ignacy Morawski


Tagi


Artykuły powiązane