Na przekór dużym agencjom ratingowym

30.04.2012
13 kwietnia mucha ugryzła słonia - mała amerykańska agencja ratingowa Egan Jones obniżyła ocenę gigantycznego banku JP Morgan z AA- do A. Słoń w odpowiedzi nie zatrąbił, a wiadomość nie przebiła się do publicznych internetowych serwisów biznesowych, choć odnotowały ją specjalistyczne portale finansowe. Mała firma nie podoba się jednak nadzorowi giełdowemu USA.
Jak zareaguje giełda w Stanach - na odpowiedź czekają i inwestorzy, i rządy połowy świata. (CC By-NC-ND j.pellgen)

Wall Street (CC BY-NC-SA b00nj)

Wall Street (CC BY-NC-SA b00nj)

Nie oznacza to jednak wcale, że agencja Egan Jones jest kompletnie lekceważona. Założona prawie 20 lat temu przez  bankiera inwestycyjnego Seana Egana i Bruce’a Jonesa (byłego analityka Moody’s) 18 lipca 2011 roku obniżyła, jako pierwsza z 9 agencji zarejestrowanych przez Security Exchange Comission (SEC), rating Stanów Zjednoczonych i świat finansów odnotował to z pewnym zaciekawieniem. Standard  & Poors obniżył rating USA miesiąc później.

Z kolei 5 kwietnia 2012 roku Egan Jones ponownie obniżyła rating Stanów Zjednoczonych i być może kiedyś te dwie obniżki w ciągu niespełna roku zostaną odnotowane jako symboliczny początek upadku amerykańskiego skarbu państwa. Egan Jones, jak rasowy doomsayer wieszczący nieszczęście tak długo, aż kiedyś się spełni, obniżył także ostatnio oceny Francji i Niemiec.

Uzasadnienie obniżki ratingu USA nie jest z sufitu wzięte. Na stronie internetowej Egan Jones można znaleźć, co jest w przypadku tej agencji rzadkością, publicznie dostępny raport. 7 stron tabel, z których wynika, że dług Stanów Zjednoczonych nadal będzie rósł szybciej niż produkt krajowy, podobnie koszty jego obsługi, a amerykańskie obligacje, czyli treasuries są coraz mniej pewne.

Na widelcu SEC

Teraz jednak to Egan Jones ma większe kłopoty. W tym tygodniu SEC, która sama ma sporo grzechów na sumieniu włącznie ze zlekceważonymi ostrzeżeniami przed megaoszustem Bernie Madoffem, oskarżyła Egan Jones i osobiście jej szefa, że starając się kilka lat temu o rejestrację, podał nieprawdziwe informacje dotyczące wystawionych ratingów, a analitycy agencji w kilku przypadkach posiadali papiery wartościowe ocenianych emitentów wpadając tym samym w konflikt interesów. Sean Egan odpowiada, że SEC działa w interesie wielkich agencji ratingowych, a on sam  podawał wszystkie informacje w najlepszej wierze.

Czy tak jest – oceni sędzia, ale wygląda na to, że SEC ma poważne argumenty natury formalnej. Popatrzmy zatem, kto znalazł się na linii strzału potężnej instytucji rządowej. Otóż wygląda na to, że nawet nie Dawid, lecz Dawidek, co gorsza nadmiernie kochający dyskrecję.

Egan Jones zatrudnia 22 pracowników, ale już liczba analityków jest zmienna – raz jest ich 5, a raz 15, podczas gdy wielka trójka S&P, Moody’s i Fitch ma ich tysiące. Dodatkowo, ludzie Egan Jones pracują jak stachanowcy – wyemitowali 1136 ratingów papierów korporacyjnych i rządowych. Jednak ich nazwiska poza trzema (w tym dwóch współwłaścicieli) są utajnione, a kwit uzasadniający obniżenie ratingu USA – anonimowy. Agencja nie ma departamentu prasowego i kontaktu email dla mediów. A w czasie kilkuminutowej telekonferencji po decyzji SEC Sean Egan odpowiadał jedynie na pytania zadane mailem, nie dopuszczając dziennikarzy do głosu.

Usługa dla inwestora, a nie dla emitenta

Ten frontman firmy nie jest jednak postacią nieznaną w świecie amerykańskich finansów. Występuje w CNN i CNBC, miał wywiad w uznanym tygodniku Barron’s, o agencji pisał Wall Street Journal, Fortune i Forbes. Jest traktowany trochę jako dziwoląg, z którym wszakże od czasu do czasu warto porozmawiać. Być może dlatego, że Egan Jones stosuje inną zasadę zarabiania pieniędzy niż wielka trójka Fitch, S&P i Moody’s. Otóż za ratingi nie bierze pieniędzy od emitentów akcji i obligacji, lecz od inwestorów, którzy zastanawiają się, czy je kupić. To fundamentalna różnica, ograniczająca konflikt interesów.

Od lat jednym z głównych zarzutów wobec oligopolu największych agencji jest to, że niemal do wybuchu kryzysu podtrzymywały ratingi obligacji śmieciowych czy Lehman Brothers, by zrobić dobrze emitentom. – Moralnie zasada Egan Jones jest na pewno uczciwsza – mówi Zygmunt Kostkiewicz, prezes Korporacji Ubezpieczeniowej Kredytów Eksportowych, która oferuje swoim klientom, ale i szerszej publiczności własne ratingi około 70 państw świata.

Kostkiewicz, człowiek z pewnością znający dobrze świat finansów, o Egan Jones jednak nie słyszał. Choć może powinien. Są bowiem prace naukowe pokazujące, że trafność ocen Egan Jones była na przełomie stuleci wyższa niż wielkich agencji, m.in. w przypadku słynnych bankrutów jak WorldCom czy Enron. Już w 2006 roku Egan Jones oceniał znacznie gorzej amerykańskie instytucje rynku nieruchomości Fannie Mae i Freddie Mac niż konkurenci. Przypomnieć tu trzeba,  że nie zbankrutowały tylko dlatego, że zostały znacjonalizowane w 2008 roku.

Egan Jones zdarzają się też kompromitujące wpadki. Ostatnio średniej wielkości bankowi inwestycyjnemu Jefferies, w Polsce nieznanemu, ale obracającemu miliardami dolarów, Egan Jones wystawił fatalną notę popełniając proste błędy rachunkowe (wpisano tylko jedną czwartą rzeczywistych przychodów),  co z rozkoszą wyciągnęli na jaw konkurenci. Sean Egan próbował zwalić winę na nieprzejrzystość raportów Jefferies, ale plama została.

Giganci mają duże wpływy

Można być pewnym, że jeszcze nie raz mała agencja z Pensylwanii trafi na czołówki mediów i to niekoniecznie z powodu wyroku w procesie z SEC, czy popełnionego błędu. Spór Egan Jones z SEC przypomina bowiem o sprawach bardziej zasadniczych niż kwestia, czy kwity rejestracyjne były prawidłowo wypełnione, czy nie. Przypomina mianowicie o pozycji wielkich agencji ratingowych i ich wpływie na światowe rynki finansowe. Nie ulega wątpliwości, że agencje popełniły kardynalne błędy w latach 2006-2008, że istnieje konflikt interesów, gdy za ratingi płacą emitenci papierów wartościowych, i że mamy do czynienia z oligopolem, który kręci rynkami finansowymi, a konkurencja jest słaba. Wszystkie te kwestie znane są jednak od dawna, a od bodaj czterech lat zarówno rząd amerykański, jak i Komisja Europejska zapowiadają regulacje, które próbowałyby ograniczyć niekorzystne zjawiska.

Efektów jak dotychczas nie ma. Komisja Europejska wycofała się z pomysłu założenia agencji europejskiej, zresztą słusznie, bo jej wiarygodność – ze względu na aktywność polityków przy jej tworzeniu – byłaby marna. Lepszym pomysłem byłoby powołanie agencji na bazie działów analitycznych europejskich firm ubezpieczających kredyty, które prowadzą jak KUKE własne ratingi państw – twierdzi Kostkiewicz.

Komisja chce natomiast wprowadzić przepis o przymusowej zmianie co 3 lata agencji ratingowej przez emitenta, co przyczyniłoby się do wzrostu konkurencji. Michel Barnier, komisarz europejski do spraw rynku wewnętrznego i usług, proponuje też stworzenie mechanizmów odszkodowawczych dla nabywców papierów wartościowych, których rating okazał się nietrafny z powodów błędów i zaniedbań popełnionych przez agencję.

Wielkie agencje są oczywiście przeciw takim regulacjom i po czterech latach dyskusji propozycje pozostają na papierze. Podobnie jest w USA, gdzie – jak zauważył portal finansowy ZeroHedge – SEC potrafi uganiać się za Egan Jones, a do tej pory nie rozliczyła wielkich agencji za ratingi AAA dla hipotecznych obligacji śmieciowych. Nie trzeba być wyznawcą spiskowej teorii świata, by nie dostrzec, że braki regulacyjne w Europie i opieszałość w postępowaniu SEC są w znacznej mierze efektem ścisłych związków polityków europejskich, czy amerykańskich ze światem finansów.

W Polsce KUKE prowadzi gratis serwis ratingów międzynarodowych i ma nawet pewne sukcesy. Jak twierdzi Kostkiewicz opinie KUKE są monitorowane przez wielkie agencje, które np. w ubiegłym roku poszły śladem Polaków podwyższając po ich decyzjach ratingi Estonii i Czech. W odniesieniu do Europy Środkowej i Wschodniej kilku analityków KUKE ma bowiem lepszy punkt obserwacyjny i wyczucie sytuacji w Warszawie niż w Londynie albo Nowym Jorku.

Istnieje też malutka agencja Eurorating dr Mirosława Bajdy ze Szkoły Głównej Handlowej. Bardzo dobrze, że są takie inicjatywy, co nie zmienia faktu, że inwestorzy uzależnieni są nadal od opinii Moody’s czy S&P. Tych agencji zaś nikt nie ocenia.

Piotr Aleksandrowicz


Tagi


Artykuły powiązane