Nic pewnego na świecie, nawet statystyka

29.07.2017
Wydawałoby się, że dla określenia tego, co się dzieje z gospodarką, nie ma nic solidniejszego niż rzetelne obliczenia statystyczne. Nie całkiem. Zależy, co statystyka bada. I jak to robi.
kostka2


Irlandzka gospodarka znów przyprawiła ekonomistów o ból głowy. Jej wielkość bowiem skacze. W obie strony. W ubiegłym roku ekspertów zdumiała informacja, że produkcja Irlandii w 2015 roku wzrosła o 26 proc. Po dłuższych analizach większość ekonomistów uznała tę anomalię za błąd w statystyce. Teraz irlandzcy statystycy ogłosili, że wielkość gospodarki kraju jest o jedną trzecią mniejsza, niż myślano do tej pory. Redakcja Bloomberga wyjaśnia, że dzieje się tak, bo Irlandia jest małą gospodarką, ale przyciąga gigantyczne inwestycje zagraniczne. Co prowokuje pytanie o to, co powinno być brane pod uwagę jako część produkcji danego kraju. PKB zawiera także wytwórczość wielonarodowych firm w danym kraju. W zglobalizowanej gospodarce trudno czasem zdefiniować „krajową produkcję”. Utrudnia to na przykład relokacja trudnych do mierzenia aktywów, takich jak własność intelektualna. Irlandzkie Biuro Statystyczne wypracowało lepszą miarę gospodarki — GNI, czyli PKB minus wartość, która wypłynęła do inwestorów zagranicznych netto. I ta właśnie miara pokazała, że wielkość irlandzkiej gospodarki jest o jedną trzecią mniejsza, niż myślano.

W zeszłym tygodniu pisaliśmy, że wielu ekonomistów uważa, że amerykańska innowacyjność w technologii rozwija się znacznie szybciej, niż odzwierciedlają to dane gospodarcze. W tym tygodniu James Pethokoukis z American Enterprise Institute pyta, dlaczego innowacyjność jest widoczna wszędzie tylko nie w PKB. Na początek dwie tabelki pokazujące rosnącą różnicę pomiędzy najbardziej produktywnymi firmami a resztą — tak w produkcji przemysłowej, jak i w usługach. Następnie znany cytat Williama Gibsona (pisarz science fiction/cyberpunk), że „przyszłość jest już tutaj, tylko nierównomiernie rozdzielona”. Wreszcie przywołanie raportu analityków Goldman Sachs, którzy doszli do wniosku, iż rosnąca różnica produktywności pomiędzy firmami superstar a resztą pomaga zrozumieć, dlaczego wzrost łącznej wartości produkcji jest niski.

Szybko zmienia się sektor sprzedaży detalicznej na świecie. Są ku temu dwa powody. Pierwszy to Amazon, gigant e-commerce, którego kapitalizacja przekroczyła w minionym tygodniu pół biliona dolarów przy cenie akcji ok. 1050 dolarów, która idzie dalej w górę. Gwałtowny wzrost Amazona i rozprzestrzenienie się firmy na różne sektory powoduje rewolucję, ponieważ przekształca ona sposób operacji tych sektorów, na przykład wprowadzając automatyzację, co prasa nazywa wojną robotów. Obecnie Amazon na zapakowanie produktu do wysyłki potrzebuje około minuty pracy człowieka. „Zatrudnia” natomiast już 45 tysięcy robotów wykonujących tę i inne prace, co wymusza odpowiedź konkurencji. I prowadzi do zwolnień pracowników. Stało się tak na przykład w największej na świecie sieci detalicznej WalMart. Nastąpiła tam 15-procentowa redukcja zatrudnienia w minionej dekadzie, choć na razie firma ma dziesięć razy mniej robotów niż Amazon.

Drugi powód zmian to fakt, że kupujemy coraz częściej różne rzeczy w jednym miejscu, aby zaoszczędzić na kosztach dostaw. Tak zwany one-stop shop, czyli supermarket, podnosi stopień konkurencji w sektorze – wbrew dotychczasowej opinii, że im więcej sklepów, tym wyższa konkurencja, a więc niższe ceny. To jednak, czy supermarkety – jak piszą autorzy analizy na portalu VOX – jeszcze bardziej rozszerzą swoją ofertę, włączając do niej więcej produktów tak, aby konsument mógł przystanąć tylko u nich, zależy od tego, jak zorganizowany jest dany rynek.

Międzynarodowy Fundusz Walutowy znów widzi gospodarkę przez różowe okulary, uważa Desmond Lachman z American Enterprise Institute. MFW zrewidował niedawno swoje prognozy gospodarcze, obniżając przewidywania dla tempa wzrostu gospodarki amerykańskiej, ale utrzymując przekonanie, iż gospodarka całego świata jest na drodze do 3,6 proc. wzrostu w 2018 roku (w 2016 roku było to 3,2 proc.). Zaniem Lachmana MFW zlekceważył podstawowe zagrożenia. Systemowo ważne ekonomie włoska i brazylijska mają problemy z finansami publicznymi i bankowością, a do tego czekają ich wybory w przyszłym roku, które mogą pogłębić niestabilność. Chińska bańka kredytowa jest piramidalnie większa niż te w Japonii w latach 80. XX wieku czy w USA w 2008 roku. Wreszcie powiększony stan posiadania banków centralnych o ponad 10 bilionów dolarów przez politykę luzowania finansowego, która napędziła hossy na giełdach, również nie jest całkiem przewidywalną sytuacją.

W przypadku Chin jednak sytuacja wcale nie musi powielić kryzysów z Japonii czy Ameryki, Kraj Środka jest bowiem odporny – uważa Stephen Roach. Czemu Chiny zawdzięczają ekonomiczną odporność? Pesymistyczny ogląd gospodarki tego kraju to klasyczny błąd, przed którym przestrzegał ekonomista z Yale Jonathan Spence, autor jednej z najlepszych monografii Chin. Ostatnia fala pesymizmu skupiła się na stagnacji, w której tkwi Kraj Środka (tak jak tkwi Japonia) i wskaźniku zadłużenia w państwie. Roach pisze, że różnica polega na tym, iż Chińczycy mają dużo wyższe indywidualne oszczędności — 45 proc. PKB w bieżącym roku przy 28 proc. w Japonii. Maja więc znacznie bardziej miękką poduszkę również i w relacji zadłużenia do PKB, bo Japonia ma 239 proc. wobec swojego PKB, a Chiny 49 proc. wobec swojego PKB. Co oczywiście nie zmniejsza problemu zadłużenia korporacyjnego — 157 proc. PKB. Zawsze jest też kwestia nadmuchanego rynku nieruchomości, powiedzieliby pesymiści. Stephen Roach jest zdecydowanie optymistą.

Może zacząć się robić trochę pewniej w transakcjach finansowych w różnych sektorach (chociaż na razie nie w sektorze finansowym), albowiem blockchain robi karierę. Nawet w Europie. Eurelectric, europejskie stowarzyszenie elektryczności, rozpoczęło projekt informowania polityków i urzędników Unii Europejskiej o tym, jak blockchain może być użyty w dystrybucji elektryczności. Niektórzy najwięksi operatorzy elektryczności planują bowiem wprowadzenie blokchain już w tym roku (choć istnieje możliwość kolizji z przepisami Unii Europejskiej). Firma Ponton z Hamburga oferująca wprowadzenie blockchain ma już umowy z 20 operatorami i rozmawia z dalszymi.

Jakkolwiek amerykańscy prawicowi plutokraci ustawiliby gospodarcze priorytety państwa, zawsze mają jedno rozwiązanie — niższe podatki i zmniejszenie regulacji rynku, aby zachęcić inwestorów i „uwolnić” gospodarkę. Nie jest to jednak wystarczająca recepta, bo nigdy taką nie była, pisze Joseph Stiglitz. Przypomina, że kiedy Ronald Reagan próbował tej metody w latach 80. XX wieki, twierdząc, że wzrosną wpływy podatkowe, osiągnął całkiem odwrotny skutek. Wzrost gospodarczy spowolnił, a wpływy podatkowe spadły, co odbiło się na zwykłych pracownikach. Na reaganomics wygrały wielkie firmy i bogaci. Donald Trump także liczy, że cięcia podatkowe uczynią Amerykę znów wspaniałą. Ma jednak taki problem, że wielkie firmy siedzą na górach pieniędzy, a zwykli pracownicy mają kiepskie i nierosnące zarobki. Obniżenie tym firmom podatków nie byłoby politycznie dobrym ruchem. Co więcej, z powodu układu w Kongresie reforma systemu podatkowego musi być neutralna dla budżetu, ale system podatkowy generalnie reformy wymaga. Mądrej. Trump nie jest liderem, który mógłby wprowadzić taką reformę – uważa Stiglitz.

Gdyby Donald Trump zarządzał firmą jako CEO tak, jak prowadzi swoją prezydenturę, zostałby już zwolniony, bo firma byłaby na granicy bankructwa – wynika ze zgrabnej analizy, która porównuje prezydenturę Donalda Trumpa z zarządzaniem biznesem (w której to dziedzinie Trump uważał siebie za szczególnie efektywnego). Trump otoczył się przytakującymi mu osobami i zmarginalizował profesjonalistów, przychodzi na spotkania „zarządu“ nieprzygotowany, a kolejne odsłony rosyjskiego skandalu oraz komentarze prezydenta (bezpośrednie i w tweetach) zdemolowałyby akcyjną wartość firmy. Trump pozostaje jednak bezpieczny na stanowisku prezydenta dzięki swoim zaprzysięgłym zwolennikom. Podczas kampanii chwalił się, iż nawet gdyby wyszedł na Piata Aleję na Manhattanie i zastrzelił kogoś, to i tak jego zwolennicy głosowaliby na niego. I to jest wciąż prawda — według ostatnich badań w tego rodzaju sytuacji wciąż popierałoby go 45 proc. jego zwolenników.

Nie oznacza to, że nic się nie dzieje w państwie Trumpa. Choć nie ma jak dotąd ani dużych reform podatkowych i ubezpieczeń zdrowotnych, ani programów infrastrukturalnych, realia zmieniają się za sprawą nowych szefów na czele różnych resortów. Prowadzą oni inną politykę niż poprzednicy z ekipy prezydenta Obamy. Przede wszystkim jest mniej regulacji – o całe 40 proc. w porównaniu ze szczytowym punktem za czasów Obamy. Ogłoszone właśnie dane pokazują 1731 regulacji od momentu objęcia rządów przez obecnego prezydenta. Do tego widać stopniowe kierowanie się administracji ku bardziej probiznesowym politykom i decyzjom. Czy to dobrze czy źle — rzecz do dyskusji, ale jak pisze Greg Ip, imperialna prezydentura po tym, jak rozrosła się za Baracka Obamy, pozostaje równie wybujała za Trumpa.


Tagi


Artykuły powiązane