Nie śpieszmy się z unią bankową

22.10.2013
Projekt unii bankowej zakłada, że wszystkie kraje UE, a więc obywatele, muszą składać się na poczet ewentualnych kłopotów któregoś z banków. To jak z ubezpieczaniem samochodu - musisz płacić składki nawet, jeśli jeździsz bezkolizyjnie. Czasami ktoś może w Ciebie wjechać. Podobnie jest w gospodarce. I brakuje lidera, który uświadomiłby to ludziom – mówi prof. Thorsten Beck z Cass Business School w Londynie.
Thorsten Beck

Thorsten Beck

Thorsten Beck

Obserwator Finansowy: Wszyscy w Europie chcą unii bankowej?

Thorsten Beck: Nie wszyscy.

Ale wydaje się, że ostatnio sprawy przyśpieszyły. W połowie października ministrowie finansów Unii Europejskiej zatwierdzili przejęcie przez EBC nadzoru nad bankami strefy euro. Polityczne słowo stanie się ciałem jesienią 2014 roku. Porozumienie w tej sprawie ułatwiły naciski Niemiec, najważniejszego gracza w Unii Europejskiej.

Unii bankowej w pełnym kształcie chcą tak naprawdę jedynie ekonomiści i Komisja Europejska. Poszczególne kraje boją się jej.

W pełnym kształcie? Co to znaczy?

Prawdziwa unia bankowa, żeby działać, musi opierać się – tak, jak proponuje to Komisja Europejska – na trzech fundamentach. Po pierwsze musi mieć centralny mechanizm nadzoru bankowego. Po drugie konieczne jest stworzenie niezależnego od EBC mechanizmu kontrolowanej restrukturyzacji i likwidacji banków. Po trzecie, niezbędne będzie także stworzenie funduszu ratunkowego dla zagrożonych instytucji. Może on powstać z połączenia funduszu ubezpieczenia depozytów oraz mechanizmu reasekuracji opartego o Europejski Mechanizm Stabilizacyjny. I ten trzeci punkt przede wszystkim wywołuje strach poszczególnych członków UE. Także Niemiec. Boją się, że w przyszłości za każdym razem, gdy ktoś – Grecja, Włochy, czy Cypr – będzie miał problemy, to na nich znów będą ciążyć koszty pomocy.

Podobne obawy ma Holandia, czy Finlandia… Kraje te są ekstremalnie oporne wobec unii bankowej w pełnym kształcie. Chciałyby tak naprawdę jedynie wspólnego nadzoru. Z drugiej strony kraje takie, jak Grecja, czy Hiszpania patrzą być może z nadzieją na projekt unii – mógłby rozwiązać on problemy ich sektora bankowego. Tyle, że jeszcze bardziej uzależniłby je od Brukseli i dlatego te kraje też się boją.

Jakie jest Pańskie zdanie? Należy dążyć do tej pełnej unii bankowej?

Jako ekonomista odpowiem, że oczywiście należy. Każdy z trzech jej elementów jest równie ważny, w wypadku jego braku unia nie będzie działać, jak powinna. Ale jestem też świadomy, że powołanie do życia takiego organizmu to jest proces polityczny, a każdy kraj w Unii Europejskiej reprezentuje nie interes tej unii, a interes własnych podatników. Taki proces może być więc wypaczony.

Troska o podatników jest tu przesadna?

Cóż, powiedziałbym, że faktycznie mamy problem. Bo projekt unii bankowej zakłada, że tak naprawdę wszystkie kraje UE, a więc obywatele UE, muszą składać się na poczet ewentualnych kłopotów któregoś z nich. To trochę jak z ubezpieczaniem samochodu. Musisz płacić składki nawet, jeśli jeździsz bezkolizyjnie.

No tak, ale nie zawsze wypadki zdarzają się z Twojej winy. Czasami ktoś może w Ciebie wjechać. Podobnie chyba jest w gospodarce, prawda?

Owszem. I brakuje lidera, który uświadomiłby to ludziom. Niestety, mamy wielki problem przywództwa w UE. Nie ma obecnie w Unii takiego lidera, który pokazałby, jak istotna jest unia bankowa dla przyszłości Europy. Komisja Europejska takim liderem być nie może. Tutaj potrzebny jest kraj nadający tempo zmianom, patrzący z perspektywy paneuropejskiej na gospodarkę.

Czy unia bankowa znajduje się wysoko na liście priorytetów UE, czy może poczekać?

To trudne pytanie. Z jednej strony mamy problemy w realnej gospodarce, które łagodzimy morfiną w postaci dodruku pieniądza przez EBC. Te problemy są wciąż nierozwiązane. Na pewno jednak unia bankowa jest strategicznie bardzo ważną kwestią, jedną z najważniejszych. I… dlatego właśnie nie należy się śpieszyć ze stworzeniem unii bankowej.

Jak to? Przecież z czasem projekt się rozmyje i szanse na jego pełną realizację zmaleją jeszcze bardziej. Popiera Pan unię, czy nie popiera? Nie do końca rozumiem…

Oczywiście, że popieram, ale zachowajmy rozsądek. Gdybyśmy stworzyli unię bankową dekretem jeszcze w tym roku, to zaczęłaby ona zajmować się obecnym kryzysem. Nie poradziłaby sobie z nim, a obawy, że byłaby wyłącznie mechanizmem przelewania pieniędzy od krajów stabilnych do niestabilnych okazałyby się trafne. Z unią bankowa należy poczekać do momentu zażegnania największych problemów w europejskim systemie bankowym i finansowym. Żeby je zażegnać należy zaś stworzyć osobną instytucję specjalnie im dedykowaną. Mogłaby to być agencja zajmująca się restrukturyzacją i upadłościami banków. Przejmowałaby słabe bądź upadające instytucje, likwidowałaby je, albo, jeśli byłyby takie możliwości, restrukturyzowałaby je i sprzedawała. W ten sposób przeflitrowanoby europejski system bankowy ze słabych elementów i powstałaby przestrzeń dla sensownej unii bankowej. Taka strategia miałaby jeden niezaprzeczalne plusy.

Po pierwsze projekt unii bankowej mógłby zostać dopracowany w szczegółach i nie po łebkach. Nie bez znaczenia są tu nierozwiązane jeszcze problemy prawne, związane z rozstrzygnięciem, czy europejskie traktaty pozwalają na stworzenie pełnej unii bankowej. Prawnicy nie są tutaj zgodni, a rozwiązanie spraw formalnych to proces długotrwały. To rozstrzygnięcie tutaj musi być jasne i pewne. Po drugie, państwa wobec unii bankowej obecnie oporne mogłyby przestać się bać. Każdy wchodziłby do niej z czystą kartą, nie byłoby już na starcie państw, które wymagają wsparcia. Byłby to więc prawdziwy mechanizm reasekuracji, dający Europie antykryzysową odporność.

Czy kraje będące poza strefą euro powinny wspierać powstanie unii bankowej? Czy powinny do niej dołączyć?

Odpowiedź jest zależna od tego, o jakim kraju spoza strefy euro mówimy. Jeżeli o takim, jak Polska, która i tak prędzej czy później do strefy euro wejść musi, to moja opinia jest taka, że warto tworzenie się unii bankowej wspierać, obserwować i nawet współpracować ściśle z jej instytucjami, ale nie należy do niej wchodzić aż do momentu, w którym będzie to nieodzowne. Czyli do momentu przyjęcia euro. Z drugiej strony mamy kraje takie, jak Dania, Szwecja, czy Wielka Brytania, które do strefy euro nie wejdą w ogóle – w ich wypadku wejście do unii bankowej nie będzie być może konieczne.

Jest jeszcze jedna kwestia, która może stanąć na przeszkodzie stworzeniu efektywnej unii bankowej. Ambicje lokalnych nadzorów, które być może nie będą chciały zrzec się części swoich kompetencji.

Lokalne nadzory zbyt mocno zżyły się z sektorem bankowym i zaczęły poniekąd reprezentować jego interesy. Oderwanie ich od niego, choćby „siłą” dyrektywy, poprzez przeniesienie kompetencji nadzorczych wyżej, na poziom mniej zależny od lokalnych banków i polityków, będzie bardzo korzystne.

Rozmawiał Sebastian Stodolak

Thorsten Beck – profesor bankowości i finansów na Cass Business School w Londynie oraz profesor ekonomii na Uniwersytecie w Tilburgu w Holandii. Pracował w przeszłości m.in. dla Banku Światowego, Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Komisji Europejskiej. Wywiad z profesorem Beckiem przeprowadziliśmy przy okazji konferencji naukowej „Przyszłość europejskiej Gospodarki” organizowanej przez NBP.

OF


Tagi


Artykuły powiązane