Pora na gołębie w Rezerwie Federalnej

09.08.2013
Trwa walka o to, kto zastąpi Bena Bernanke, obecnego przewodniczącego Rezerwy Federalnej. Można by sądzić, że to bezspornie drugie co do ważności stanowisko w USA, a w finansach światowych z pewnością najpotężniejsze, będzie obsadzane przez konklawe szefów banków centralnych. Faktycznie jednak wyboru dokonuje prezydent USA, kierując się głównie własnym uznaniem.
Kenneth Rogoff

Kenneth Rogoff

Kenneth Rogoff

Zastanówmy się zatem nad dwojgiem czołowych kandydatów — Lawrence Summersem, byłym sekretarzem skarbu USA, oraz Janet Yellen, obecną wiceprzewodniczącą Fed. Zarówno Summers, jak i Yellen to świetni uczeni, z dużym doświadczeniem w służbie publicznej. Choć prasa głównego nurtu zamierza, jak się wydaje, traktować obydwie te kandydatury, jako konkurs przeciwstawnych osobowości, to faktem jest, że obydwoje kandydaci prezentują wyjątkowo dobre kwalifikacje. Ponadto obydwoje mają opinię uważających, że do utrzymywania stabilności cen Fed nie powinien przykładać wagi relatywnie dużo większej niż do poziomu bezrobocia. Normalnie takie „gołębie odchylenie” byłoby przeszkodą; dziś stanowi zaletę.

Banki centralne na całym świecie udowadniają ciągle, jak wielkie znaczenie dla polityki pieniężnej mają kompetencje techniczne. Według opublikowanych w 2003 r. badań ekonomistów Christiny i Andrew Romerów, jakość polityki pieniężnej w decydującym stopniu zależy od tego, czy jej szefostwo ma jasne, i uwzględniające niuanse, zrozumienie rozwiązań polityki monetarnej oraz inflacji. Lata 20., 30. a także 70. XX w. obfitują w przykłady szefów banków centralnych, którzy nie rozumieli kwestii podstawowych — i których gospodarki słono za to zapłaciły.

Te kwestie podstawowe to nie tylko kompetencja w zakresie ustalania stóp procentowych, ale i kompetencja w polityce regulacyjnej. Niektórzy krytykują Summersa za gorliwe wcielanie w życie deregulacji finansowej w latach 90. XX w., kiedy to kierował Departamentem Skarbu USA za prezydentury Billa Clintona. Ci krytycy pomijają jednak rolę, jaką w tej samej dekadzie odegrał Summers w walce z kryzysem zadłużenia państw, a także jego nalegania, by USA zaczęły emitować obligacje indeksowane o inflację.

W złożonym i stale się zmieniającym prowadzeniu polityki pieniężnej nie jest możliwe, by mieć zawsze rację, bardzo ważne natomiast jest uczenie się na błędach innych. Wiadomo, iż Winston Churchill żałował, że jako kanclerz skarbu nadzorował w 1925 r. katastrofalny dla Wielkiej Brytanii powrót do waluty złotej. Nie trzeba chyba wspominać, że w późniejszych latach jego kwalifikacje wzrosły.

Co do Yellen, to prawdą jest, że była ona prezesem Rezerwy Federalnej w San Francisco w latach ogromnej, amerykańskiej bańki mieszkaniowej, która na tym obszarze miała szczególnie ostry przebieg. Ale przemówienia Yellen o ryzyku finansowym były znacznie bardziej przenikliwe niż wystąpienia większości jej kolegów.

Zwykle patrzy się na szefa banku centralnego jak na kogoś, kto ma pełnić rolę zapory przeciwko politycznym naciskom, by obniżyć stopy procentowe i zwiększyć inflację. Moje badania z 1985 r. nad inflację i niezależnością banku centralnego pokazały, że w normalnych czasach ludzie na ogół chcą, by jego szefem był ktoś, kto stabilność cenową — w zestawieniu z pełnym zatrudnieniem — ceni bardziej, niż cieniłby ją zwykły obywatel. Wyznaczenie „konserwatywnego” szefa banku centralnego pomaga opanować oczekiwania inflacyjne, a tym samym utrzymać na niższym poziomie długookresowe stopy procentowe i miarkować presję wzrostową płac i cen.

Przez ostatnie 25 lat mantra „celu inflacyjnego” (wprowadzona w moim opracowaniu z 1985 r.) służy jako mechanizm utrzymywania w ryzach oczekiwań inflacyjnych; następuje to poprzez zapewnianie opinii publicznej co do zamierzeń banku centralnego. Jednak po najgorszym od 75 lat kryzysie finansowym przykładanie nadmiernej wagi do niskiego poziomu celu inflacyjnego może mieć skutki odmienne od zamierzonych.

Zamiast się martwić o inflację, szefowie banków centralnych powinni raczej skupić się na „nadmuchiwaniu” gospodarki. Jest tu jednak poważny problem. Otóż z takim powodzeniem przekonywali oni ludzi, że inflacja jest złem numer jeden, iż teraz trudno im będzie wytłumaczyć, że naprawdę zamierzają zwiększyć inflację. Właśnie dlatego powołanie „gołębia” nie będzie złym posunięciem.

Yellen zyskała już reputację „gołębia” w Fed, a w jej wystąpieniach stale przebija wyraźna troska o wysokie obecnie bezrobocie. Co zaś do Summersa, to chociaż wiele osób na lewicy uważa go za podejrzanie konserwatywnego, trudno tę ocenę odnieść do jego poglądów na temat inflacji. Jego praca o polityce pieniężnej z 1991 r. jest często cytowana, jako jedno z pierwszych wystąpień na rzecz unikania zbyt niskich celów inflacyjnych — chodzi po części o to, by zapewnić bankowi centralnemu większą możliwość stosowania niższych stóp procentowych. W tamtych czasach Summers najwyraźniej uważał się za „gołębia” w polityce pieniężnej: „Poparłbym powierzenie polityki pieniężnej komuś, kto ma większą awersję do inflacji niż ja”.

Teraz jednak gołębie nastawienie Summersa nie stanowi problemu. W warunkach spadkowej sztywności płac nominalnych wyższa inflacja ułatwiłaby dostosowania sektorowe i miałaby niewielki wprawdzie, ale pożyteczny wpływ na obniżenie ciężaru zadłużenia.

Choć w normalnych czasach potrzeba w banku centralnym konserwatywnego szefa, który pomaga „zakotwiczyć” oczekiwania inflacyjne, to teraz mamy tę rzadko zdarzającą się porę, kiedy bankowi centralnemu potrzebny jest nieco nieortodoksyjny szef, który będzie walczył z oczekiwaniami deflacyjnymi. Prowadzonemu jak w Watykanie konklawe banków centralnych trudno byłoby zdecydować, czy ma wypuścić fumata bianca dla Yellen czy dla Summersa —a może dla kogoś innego o podobnych inklinacjach ( były wiceprzewodniczący Fed, Donald Kohn, wydaje się rozwiązaniem kompromisowym).

©Project Syndicate, 2013

www.project-syndicate.org


Tagi


Artykuły powiązane