Role się odwróciły. Kraje wschodzące mogą pomóc bogatym

15.04.2013
Kraje rozwijające się nie zaraziły się kryzysem, bo ich zależność od bogatych państw zmalała. Wzrost gospodarczy napędza w nich już nie tylko eksport, ale i konsumpcja wewnętrzna, generowana przez rosnącą klasę średnią. Dziś to biedniejsi mogą pomóc bogatym w ożywieniu ich gospodarek – uważa prof. Barbara Liberska z Komitetu Nauk Ekonomicznych PAN.
(oprac.graf. DG/CC BY-NC zsoolt)

(infografika DG/CC-BY-NC zsoolt)

(infografika DG/CC-BY-NC zsoolt)

Obserwator Finansowy: OECD poinformowała niedawno, że według szacunkowych danych zsumowany PKB państw zrzeszonych w tej organizacji był w czwartym kwartale 2012 r. o 0,2 proc. niższy niż rok wcześniej. Poprzedni spadek miał miejsce przed ponad trzema laty, w pierwszym kwartale 2009 r. Czy to zapowiedź kolejnej globalnej recesji, czy tylko świadectwo problemów najbardziej rozwiniętych państw?

Prof. Barbara Liberska: Warto tu dodać jeszcze jedną informację: w 2012 r. kraje spoza OECD po raz pierwszy wytworzyły ponad połowę globalnego PKB. Wydaje się, że w czasie kryzysu świat podąża dwiema drogami. Kraje wysoko rozwinięte popadają w recesję lub mają bardzo niski wzrost gospodarczy, a kraje rozwijające się nie zaraziły się kryzysem w takim stopniu, jak zdarzało się to dawniej. Kraje wschodzące nadal dynamicznie rosną. Wahania się zdarzają, ale te państwa stosunkowo szybko powracają na ścieżkę wzrostu.

Do tej pory najczęściej było tak, że to właśnie w państwach rozwiniętych kryzysy miały łagodniejszy przebieg i trwały krócej. Wystarczy wspomnieć kryzys, który w latach 1997-1998 dotknął Koreę i inne państwa Wschodniej Azji.

Rzeczywiście, z reguły kryzysy były o wiele bardziej dotkliwe dla państw rozwijających się, których kondycja gospodarcza była w dużym stopniu uzależniona od koniunktury w krajach rozwiniętych. Fenomenem obecnego kryzysu, którego nikt nie przewidział, jest to, że znacznie zmalała zależność państw rozwijających się od grupy najbogatszych i lepiej sobie radzą z recesją. Wielu ekonomistów zastanawia się, czy to jest trwałe zjawisko. Obecna sytuacja tym także różni się od kryzysów z przeszłości, że kiedyś kraje bogate musiały wykładać duże sumy, żeby wyciągać z tarapatów biedniejsze. Dziś to Chiny, Brazylia i inne państwa wschodzące kupują europejskie i amerykańskie papiery dłużne.

Czy powinniśmy wobec tego postawić hipotezę, że obecny kryzys to tylko kryzys sytych i zasobnych, którzy nie potrafią z siebie wykrzesać motywacji do poszukiwania możliwości dalszego rozwoju, a skupili się na strzeżeniu swojego bogactwa?

O sytuacji krajów Zachodu decyduje kryzys ogromnego zadłużenia i wysokiego bezrobocia, co powoduje że wygasa, a przynajmniej uległo znacznemu osłabieniu, istotne źródło ich rozwoju, jakim jest konsumpcja wewnętrzna. Ludzie przestali kupować ogromne ilości dóbr na kredyt. W najbliższych latach te społeczeństwa będą musiały zmienić proporcje: zacząć oszczędzać i zmniejszać poziom zadłużenia. W ostatnich latach oszczędzali biedni, a bogaci wydawali.

Przez całe też dziesięciolecia korporacje pochodzące z państw wysoko rozwiniętych uważały, że ze względu na koszty pracy nie warto produkować u siebie, bardziej opłaca się przenieść produkcję tam, gdzie jest taniej. W większości krajów wysoko rozwiniętych spadał udział sektora produkcyjnego w PKB, a rósł – usług, przy czym szczególnie dynamicznie rozwijał się sektor usług finansowych. Cały świat żył w przekonaniu, że usługi to najwyższy stopień rozwoju, a produkcja przemysłowa, czy rolnictwo coraz mniej znaczą.

Państwa rozwinięte brnęły w ślepy zaułek?

Ten proces doprowadził do deindustrializacji wielu państw. To zjawisko nie rodzi jeszcze poważnych konsekwencji, jeśli ludzie przechodzą do usług o ściśle materialnym charakterze, jak na przykład transport. Sytuacja staje się jednak poważna, gdy w gospodarce dominuje sektor finansowy, zajmujący się w znacznej mierze operacjami finansowymi pomnażającymi pusty pieniądz. Teraz przywódcy największych gospodarek jak Barack Obama, czy David Cameron mówią, że kraj, który nie rozwija swojego przemysłu, nie ma szans na trwały rozwój.

Przejdźmy do państw rozwijających się, które znacznie lepiej radzą sobie z kryzysem. Które z nich nadają ton tej grupie poza Chinami, Indiami i Brazylią?

Ogólnie są to gospodarki, które w ostatniej dekadzie rozwijały się bardzo szybko dzięki dynamicznie rosnącemu eksportowi, ale dzisiaj dysponują już wewnętrznymi źródłami dalszego wzrostu. Poza wskazanymi krajami należy wymienić niewątpliwie Indonezję, z dynamiczną gospodarką oddziałującą na sąsiadów. W Ameryce Łacińskiej poza Brazylią coraz lepiej radzi sobie Meksyk.

Ale jednocześnie ma potężne problemy z gangami narkotykowymi. Niektórzy analitycy z tego powodu uważają, że Meksykowi bliżej jest do państw upadłych.

To na pewno gruba przesada. Wojny narkotykowe i przestępczość stanowią istotne zagrożenie, ale z czego to wynika – z ogromnego popytu na narkotyki w Stanach. Wartość eksportu narkotyków z Meksyku do Stanów szacowana jest na 40 mld dolarów rocznie. To na pewno nie jest tylko problem Meksyku.

Czy również w Afryce możemy wskazać państwa, które stają się regionalnymi potęgami lub mają widoki na osiągnięcie takiej pozycji?

Cała Afryka subsaharyjska w ostatniej dekadzie miała średni wzrost PKB na poziomie 6 proc. rocznie (oznacza to, że w tym okresie dochód regionu wzrósł o ponad trzy czwarte – przyp. red.). Najlepiej rozwijają się kraje bogate w surowce, a istotnym czynnikiem zapewniającym rozwój tego regionu jest panująca w nim od pewnego czasu stabilizacja. W takich krajach, jak Angola, Mozambik, Zambia pojawili się nowi przywódcy, wykształceni na Zachodzie, którzy nawiązują współpracę z chińskimi firmami i powielają chiński model rozwoju. Padają pod ich adresem zarzuty, że kolonializm europejski, czy amerykański zmienili na chiński.

Przypominam sobie wywiad, którego udzielił prezydent Angoli. Wyjaśniał on, że dopóki chińskie firmy budują w jego kraju drogi, szkoły i szpitale, dopóty są mile widziane. Poza tym chińskie firmy z reguły nawiązują współpracę z państwowymi firmami z Afryki, a we wspólnych przedsięwzięciach obejmują mniejszościowe udziały. Demonstrują w ten sposób, że nie dążą do dominacji i chcą zapewnić wszystkim stronom sprawiedliwy podział zysków.

Jakie są główne źródła tak dynamicznego rozwoju wielkich, rozwijających się gospodarek?

Podstawowym źródłem jest zgromadzony przez nie kapitał, który może być inwestowany. Te państwa nie muszą pożyczać na zewnątrz. Mają niski poziom zadłużenia sektora publicznego. Gdy zaczął się kryzys Brazylia, Indie, Chiny i inne państwa wyłożyły gigantyczne kwoty, czasem przekraczające jedną dziesiątą ich PKB, na stymulowanie gospodarki. Same Chiny przeznaczyły na ten cel blisko 600 mld dolarów. I mimo tych wydatków poziom zadłużenia tych państw jest znacznie mniejszy niż w krajach bogatych.

Skąd pochodzi ten gigantyczny kapitał?

W ostatnich dekadach gospodarki wschodzące były atrakcyjnym terenem dla zagranicznych inwestycji. Korporacje transnarodowe inwestowały tam w rozwój wielu gałęzi przemysłu, przyczyniając się do zwiększenia eksportu na globalne rynki. Wiele krajów osiągało dzięki temu nadwyżki w bilansie handlowym. Napływ zagranicznego kapitału i dochody z eksportu pozwoliły na wzrost rezerw walutowych.

Co sprawia, że państwa rozwijające się utrzymują tempo rozwoju bez względu na koniunkturę panującą w krajach rozwiniętych?

Nie powiedziałabym, że bez względu na koniunkturę, ale zależność krajów rozwijających się od bogatych zmniejszyła się. W ostatniej dekadzie w tych państwach znacznie wzrosła liczba osób należących do klasy średniej. Dzięki niej zwiększyła się konsumpcja wewnętrzna i eksport przestał być jedynym motorem wzrostu gospodarczego. Na dodatek rządy tych państw umiejętnie stymulowały politykę kredytową banków, żeby dodatkowo zachęcić klasę średnią do zwiększenia wydatków.

Czy to nie stwarza ryzyka, że państwa rozwijające się, w ślad za bogatymi, wpadną w pułapkę rozdętej konsumpcji?

Wydaje się, że władze tych państw mają świadomość tego, jaki poziom zadłużenia mieszkańców mogą akceptować. Zarówno w Chinach, jak i Brazylii akcja kredytowa banków jest rygorystycznie kontrolowana, a gdy pojawiały się negatywne sygnały, władze bez wahania reagowały. Tak było w Chinach, gdy zaczął się spekulacyjny wzrost na rynku nieruchomości. Administracja sprawująca nadzór nad bankami podniosła poziom wymaganych rezerw, a banki szybko ograniczyły akcję kredytową. Teraz wzrost konsumpcji w państwach rozwijających może przyczynić się do ożywienia gospodarek krajów rozwiniętych.

O ile Brazylia, Chiny i Indie są na ustach ekonomistów od lat, o tyle o Indonezji mówi się u nas niewiele. Jakie są źródła sukcesu tego kraju?

Indonezja rozwijała się w ostatnich latach bardzo dynamicznie w dużym stopniu dzięki eksportowi surowców (np. węgla) na rynek chiński i indyjski oraz włączeniu się w regionalny łańcuch produkcji w ramach ASEAN (Stowarzyszenie Narodów Azji Południowo-Wschodniej). Jest tam bardzo młode społeczeństwo, prawie 50 proc. ludności w wieku produkcyjnym i niski wskaźnik wiekowej zależności. Ale młode i liczne społeczeństwo to jeszcze za mało. Ci ludzie powinni być wykształceni i mieć pracę.

W Indonezji większość społeczeństwa mieszka w miastach, gdzie wykwalifikowani robotnicy znajdują zatrudnienie. Lepsze wykorzystanie kapitału ludzkiego stanowi ważny czynnik dalszego dynamicznego rozwoju. Dość liczna klasa średnia osiąga dochody, które pozwalają na dynamiczny wzrost konsumpcji.

Czy rozwój Indonezji wynika wprost z tego co dzieje się w Chinach?

Indonezja korzysta z rozwoju Państwa Środka, ale sama staje się też ważna dla rozwoju innych gospodarek w regionie. Obecnie jest 16. gospodarką świata według wielkości PKB, a prognozy pokazują, że w 2030 r. będzie już 7. Lepsze wykorzystanie potencjału gospodarczego może sprawić, że w obecnej dekadzie Indonezja będzie rozwijać się szybciej niż Chiny.

Niemalże wszystkie wskazane przez Panią państwa rozwijające się, mające perspektywy na dalszy szybki wzrost, to kraje bardzo liczne. Czy czynnik demograficzny ma wpływ na obecne tempo rozwoju?

Te kraje od dawna były bardzo liczne i przez długi czas miały problem z zaspokojeniem podstawowych potrzeb swoich mieszkańców. W Chinach i Indiach nie tak dawno panował głód i zastanawiano się jak ograniczyć przyrost naturalny. Na demografię powinniśmy patrzeć nie przez pryzmat samej liczby ludności, ale jej struktury i wielkości kapitału ludzkiego. Ważne jest, czy jest to młode społeczeństwo, czy ludność w wieku produkcyjnym ma wykształcenie i pracę. Przykładem niezwykłego sukcesu walki z wykluczeniem jest brazylijski program Bolsa Familia, który wyciągnął z nędzy kilkadziesiąt milionów ludzi. Jego istotą było udzielanie pomocy finansowej najbiedniejszym rodzinom z dziećmi, ale pod warunkiem, że dzieci chodzą do szkoły.

W ten sposób udało się wychować całe pokolenie młodzieży zdrowej i wyedukowanej, które weszło na rynek pracy. Reasumując, głównym źródłem rozwoju tych państw nie jest sama liczba mieszkańców, ale ogromny wzrost kapitału ludzkiego. W wielu krajach afrykańskich, w tym także tych bardzo licznych, proces pomnażania tego kapitału jest nadal wyzwaniem przyszłości.

Prof. Barbara Liberska jest członkiem Komitetu Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk. Kieruje Katedrą Globalizacji i Integracji Ekonomicznej w Instytucie Ekonomii i Zarządzania na Wydziale Zarządzania i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zajmuje się problematyką globalizacji, globalnych kryzysów finansowych i gospodarczych, integracji europejskiej i przemianami w gospodarce światowej.


Tagi


Artykuły powiązane