Unia bankowa się nie uda, ale hiszpańskie banki będą dofinansowane

08.06.2012
Ciężko nadążyć za europejskimi politykami. Jeszcze w zeszłym tygodniu szukali wzrostu i zastanawiali się nad zmianami paktu fiskalnego. Dziś głównym tematem jest unia bankowa. Jednak po nacjonalizacji hiszpańskiego banku Bankia i wybuchu problemów innych instytucji finansowych faktycznie nie ma pilniejszego tematu.
(CC BY-NC taylorstevens)

(CC BY-NC taylorstevens)

(CC BY-NC taylorstevens)

Nie można mieć już żadnych wątpliwości – liderzy strefy euro nie mają planu jej uratowania. Jedyne co proponują to rozpisane na lata pozorne reformy dotyczące tematów, które akurat wyciągnęły gazety.

Spekulanci grają na rynku długu państwowego? Wystawimy przeciwko nim fundusz ratunkowy, za mały, za późno, a i tak będziemy się kłócić o każde zadeklarowane tam euro. Polityka cięć budżetowych nie przynosi efektu? Uchwalamy pakt fiskalny kładący jeszcze większy nacisk na oszczędności, a w trakcie jego ratyfikacji dyskutujmy jak go zmienić. Duży hiszpański bank wymaga nacjonalizacji, Fitch obniża rating kraju, ostrzega, że hiszpańskie banki mogą potrzebować do 100 mld euro, a mieszkańcy Południa wyciągają oszczędności i chowają je w materacach? No to Komisja Europejska przedstawia projekt nowych zasad restrukturyzacji i likwidacji banków w UE, który w pełni może wejść w życie w… 2018 roku. Pytanie czy do tego czasu będzie w ogóle istniała Unia Europejska, która może przecież stać się ofiarą niekontrolowanego rozpadu strefy euro.

Czasu nie ma zbyt wiele

Nie ma czasu do 2018 roku, George Soros ostrzegał niedawno, że zostały trzy miesiące – od wyniku greckich wyborów do pierwszych oznak spowolnienia gospodarczego w Niemczech. Tylko w tym „okienku” można zaproponować radykalne działania na rzecz ratowania strefy euro. Problem w tym, że po szczycie Unii Europejskiej 28 czerwca (który miał być poświęcony wzrostowi, teraz okazuje się, że bankom, a do końca miesiąca może okazać się, że jeszcze czemu innemu) przyjdzie leniwy lipiec, a potem sierpień, w którym tradycyjnie europejscy przywódcy i urzędnicy udają się na wakacje. Oczywiście Sorosowi jako spekulantowi na emeryturze można nie wierzyć, czasu może być więcej niż kwartał, ale z pewnością nie jest to sześć lat.

Rozważmy mimo wszystko co zaproponowała Komisja Europejska, co jeszcze mogą zaproponować liderzy UE i czy w czymkolwiek to pomoże. 6 czerwca KE przedstawiła projekt dyrektywy, w którym proponuje wspólne dla całej UE zasady restrukturyzacji i likwidacji banków. „Od października 2008 r. do października 2011 r. Komisja Europejska zatwierdziła środki pomocy państwa dla instytucji finansowych w wysokości 4,5 bln euro (co odpowiada 37 proc. unijnego PKB). Zapobiegło to wprawdzie masowym upadłościom banków i zakłóceniom gospodarczym, ale spowodowało obciążenie podatników w związku z pogorszoną sytuacją finansów publicznych” – czytamy w uzasadnieniu.

Szlachetna Komisja Europejska nie chciałaby już marnować kolejnych bilionów euro i uchronić europejskich podatników od finansowania bail-outów banków, przerzucając ten ciężar na sektor prywatny. Władze krajowe dostałyby więc prawo do restrukturyzacji upadających banków, podejrzane instytucje mogłyby być zmuszone do przyjęcia pomocy, a ich akcjonariusze do pokrycia strat. Można by nawet utworzyć bank z nowym szyldem i zdrowymi aktywami poprzednika, a dotychczasową instytucję z toksycznymi aktywami zlikwidować. Te zasady (oraz szereg innych drobniejszych) miałyby być wdrożone do 31 grudnia 2014 roku. Najdalej idąca zmiana – sieć transgranicznych funduszy gwarantująca depozyty i udzielająca awaryjnych pożyczek miałaby zaś działać od 1 stycznia 2018 roku. Nie ma chyba sensu wymieniać dalszych szczegółów dyrektywy, która aby weszła w życie musi uzyskać poparcie 27 krajów i Parlamentu Europejskiego. Już dziś można bowiem przewidzieć, że zawetuje ją Londyn, wyręczając w ten sposób Berlin.

Skoro Niemcy nie chcą płacić za euroobligacje i uwspólnienie rynku długu państwowego strefy euro, jakim cudem chciałyby płacić za przygotowania do unii bankowej, która zmierzałaby do uwspólnienia ryzyka bankowego? Bo choć długi państw strefy euro są ogromne to aktywa instytucji finansowych jeszcze większe. W Irlandii wynoszą 2027 proc. PKB, w Niemczech 406 proc, we Francji 399 proc. w Hiszpanii 293 proc., we Włoszech 247 proc., a w Grecji 223 proc.

Banki potrzebują dziesiątek miliardów euro

Nic dziwnego, że w przypadku scenariusza recesji w strefie euro Nomura przewiduje że „zbyt wielkie, aby upaść” banki potrzebowałyby dziesiątków miliardów euro na pokrycie strat. Konkretnie: w Hiszpanii ponad 90 mld, w Wielkiej Brytanii 60 mld, we Francji i Niemczech po około 50 mld, w Grecji ponad 40 mld, a w Irlandii i Portugalii po 20 mld w samym tylko 2012 roku. Jeśli chcemy ratować banki, to rachunki mogą być nieskończone. Dlatego fikcją jest założenie Komisji Europejskiej o tym, że bankrutujące banki same się uratują z funduszu, na który będą wpłacać 1 proc. składkę, a pieniądze podatników nigdy więcej na ten cel nie pójdą.

Sama Komisja Europejska ma chyba tego świadomość, bo podkreśla, że jej dyrektywa jest czym innym niż plany wzmacniania unii monetarnej, które do szczytu z 28-29 czerwca mają przygotować szefowie KE, Rady Europejskiej, eurogrupy i Europejskiego Banku Centralnego. Wówczas usłyszymy pewnie o projekcie unii bankowej i być może o możliwości bezpośredniego dokapitalizowania banków ze stałego funduszu ratunkowego strefy euro (EMS) bez pośrednictwa rządów.

Chodzi o to, żeby pomoc np. dla hiszpańskich banków mogła iść z EMS bezpośrednio do nich, a nie przechodzić przez rząd w Madrycie powiększając jego i tak niemałe długi. Na razie nie godzą się na to Niemcy, bo mówiąc wprost: wolałyby wypracować mechanizm, w którym za pomoc hiszpańskim bankom dostałyby w zamian ich udziały, a nie tylko kilka ciepłych słów o europejskiej solidarności.

Z tych samych powodów nie opłaca im się unia bankowa, choć bez ogródek wyłożył to po spotkaniu z Angelą Merkel akurat angielski premier David Cameron. „Nie poprosiłbym brytyjskich podatników, żeby udzielili gwarancji greckim albo hiszpańskim depozytom”. Kropka. Jesteśmy na tym etapie kryzysu, w którym państwa strefy euro myślą o własnych interesach, a dla trwania unii walutowej robią tylko tyle ile jest w danym momencie niezbędne.

Dlatego póki wycofywanie depozytów nie dotknie centrum strefy euro o pomyśle unii bankowej, a więc solidarnej odpowiedzialności banków w całej unii walutowej za swoje straty, można zapomnieć. Podobnie jak o euroobligacjach i unii fiskalnej. Wszystkie te kroki wymagałyby bowiem znacznie głębszej niż dotychczas integracji, na którą nikt nie jest gotowy. I to właśnie na aspekt instytucjonalny całego pomysłu słusznie zwraca uwagę Raoul Ruparel, szef badań ekonomicznych londyńskiego think-tanku Open Europe.

Zamiast konkretów rozmowa o idei

„Każda unia bankowa musiałaby być poparta silną regulacją finansową w całej strefie euro. Wszystkie regulacje musiałyby być zharmonizowane, aby ograniczyć pokusę nadużycia w stosunku do nowych gwarancji wspierających instytucje finansowe. Konieczny byłby również bardzo silny centralny mechanizm egzekwowania prawa, aby przeciwstawić się pokusom wśród krajowych organów regulacyjnych do fałszowania zasad. To prowadzi do punktu drugiego. Dla działania unii bankowej strefa euro potrzebowałaby całkowicie nowego zestawu instytucji, wyposażonych w uprawnienia wgryzania się w głąb ekonomicznej suwerenności państw członkowskich” – wyjaśnia Ruparel. Na koniec zostawia kwestię Wielkiej Brytanii. Wykluczenie z unii bankowej Londynu dałoby jeszcze większą przewagę tamtejszemu City, a stworzenie unii bankowej z Londynem jest politycznie niemożliwe.

Wydaje się więc, że na najbliższym szczycie UE unia bankowa zostanie przedstawiona tylko jako idea do dalszych niekończących się dyskusji. Zakładam też, że nowy grecki rząd nie będzie chciał opuścić strefy euro, a sytuacja hiszpańskich banków będzie na tyle zła, że znajdzie się sposób na ich szybkie dokapitalizowanie, czy to przez EMS pod koniec czerwca, czy jeszcze wcześniej w ramach pomocy dla całego kraju. Wtedy Angela Merkel będzie mogła udać się na urlop z poczuciem, że kolejny raz uratowała Europę. Aż do kolejnego wielkiego problemu, który znowu zaskoczy europejskich polityków.

Marek Pielach


Tagi


Artykuły powiązane