Uratować Grecję, ochronić Włochy, wzmocnić banki

28.09.2011
W Europie w bólach wykuwają się zręby planu pomocowego dla banków i krajów. Ze strzępów informacji wynika, że plan ten może zawieść największych optymistów, ale może być bardziej skuteczny niż sądzą skrajni pesymiści. Anglicy nazywają taką strategię „muddling through” – po omacku do celu.
Raghuram Rajan, główny ekonomista MFW, proponuje uczynienie z MFW głównego gracza w planie pomocowym. CC BY-SA World Economic Forum)

Raghuram Rajan, główny ekonomista MFW, proponuje uczynienie z MFW głównego gracza w planie pomocowym. CC BY-SA World Economic Forum)

Raghuram Rajan, główny ekonomista MFW, proponuje uczynienie z MFW głównego gracza w planie pomocowym. CC BY-SA World Economic Forum)

Scenariusz pesymistyczny dla Europy jest następujący: politycy nie radzą sobie z kryzysem zadłużeniowym, kraje peryferyjne wpadają w coraz głębszą recesję, sytuacja banków pogarsza się, strefa euro powoli rozpada, za nią system finansowy, a giełdy zsuwają w dół niczym nie pilnowany wózek po schodkach. Scenariusz optymistyczny wygląda odwrotnie: UE znajduje magiczne rozwiązanie problemów, giełdy ruszają w górę, zaufanie powraca na rynki, kraje peryferyjne powoli ruszają z miejsca, tak jak Irlandia w drugim kwartale (zanotowała bardzo wysoki wzrost PKB).

Naturalnie oba scenariusze są skrajne i, jak to zwykle bywa ze skrajnościami, prawdopodobieństwo ich wystąpienia jest ograniczone. Pierwszy z nich zakłada, że europejscy politycy są w stanie totalnego paraliżu decyzyjnego. Drugi – że mogą szybko wypracować jasną koncepcję wyjścia z kryzysu. Tymczasem europejscy politycy robią jeden krok w przód, a później dwa do tyłu, późnej jeden w bok i dwa do przodu, a następnie pół kroku na skos do tyłu. To jest jak działanie po omacku. Anglicy określają to jako muddling through, co można tłumaczyć „jakoś dawać radę”, tyle że w języku angielskim zwrot ten jest mniej kolokwialny i często określa się nim strategię prób i błędów, spontanicznego pokonywania kolejnych przeszkód.

Na razie politycy nabili sobie taką strategią wiele guzów i pewnie niejednego jeszcze nabiją, ale w ostatnich dniach w mediach europejskich pojawiło się wiele informacji wskazujących, że Europa jest gotowa wykonać kilka solidnych kroków w przód. Nie do końca wiadomo, ile tych kroków będzie, ale na horyzoncie widać przynajmniej szanse na pewien przełom. Spójrzmy na listę problemów do rozwiązania, co w sprawie każdego z nich można zrobić i jakie rozwiązania leżą na stole rozmów.

Koniec bezsensownych zaprzeczeń

Po pierwsze, należy wprowadzić wiarygodny plan dla Grecji, który najprawdopodobniej będzie musiał zawierać redukcję zadłużenia publicznego o ok. 50 proc. poprzez umorzenie. Grecja jest centrum zarazy, która się rozprzestrzenia po Europie, dlatego tam trzeba zacząć działania ratunkowe. Firma konsultingowa Roland Berger opublikowała na początku tygodnia raport, w którym zaproponowała, aby grecki program prywatyzacyjny powiększyć z 50 do 125 mld euro, co mogłoby pozwolić na uniknięcie bankructwa. Ale trudno sobie wyobrazić realizację takiego programu. Jeżeli Grecy mają problem z uzyskaniem 50 mld euro, to jak pozyskają 125 mld euro?

Media brytyjskie i greckie donosiły w weekend, że w Europie powstaje plan redukcji greckiego zadłużenia o co najmniej 50 proc. Z Międzynarodowego Funduszu Walutowego dochodzą nieoficjalne głosy, że na początku października Grecji zostanie udzielony kolejny kredyt, ale podczas kolejnej ewaluacji reform w tym kraju, w grudniu, kredytodawcy nie będą już tak hojni i pobłażliwi. Niewykluczone nawet, że plan redukcji greckiego zadłużenia pojawi się oficjalnie już w tym tygodniu, dotychczasowa ocena postępu reform jest bowiem zła.

Pozytywnym wydźwiękiem tych informacji jest to, że Europa w ciągu ostatnich dni odstąpiła od zapewnień, że kontrolowane bankructwo Grecji nie wchodzi w grę. Odstąpiła od negowania oczywistych faktów. To mały krok, ale przynajmniej w przód.

Bez biliona ani rusz

Po drugie, należy wprowadzić plan chroniący inne zagrożone kraje przed rozprzestrzenianiem się kryzysu zadłużeniowego. A to już jest dużo trudniejsze. Jeżeli upadnie Grecja, to uwaga inwestorów skupi się niewątpliwie na innych państwach z grupy PIIGS. Bez pomocy, grozi im ucieczka inwestorów z rynku obligacji oraz napływ spekulantów grających na spadki cen papierów rządowych. Stąd już tylko krok do greckiego scenariusza. Dlatego kraje te będą potrzebowały wsparcia płynnościowego w postaci skupu ich obligacji. Obecnie robi to Europejski Bank Centralny, jednak władze banku od dawna zapowiadały, że ich działanie jest tylko przejściowe.

W tej kwestii postępy są bardzo powolne, a skala wyzwania – potężna. Zapadające tylko w przyszłym roku bony i obligacje Hiszpanii i Włoch warte są ponad 400 mld euro. A biorąc pod uwagę, że działania uspokajające rynki muszą mieć skalę większą od rzeczywistych potrzeb, to wymagane kwoty mogą być jeszcze większe.

Z ostatnich przecieków wynika, że w europejskich stolicach oraz Waszyngtonie rozważanych jest kilka opcji:

Pierwsza to po prostu powiększenie przez rządy kapitału i gwarancji dla Europejskiego Funduszu Stabilizacji Finansowej (EFSF), tak żeby jego zdolności pożyczkowe wzrosły z 450 do 1000 mld euro. Wydaje się, że bez biliona euro na pomoc zagrożonym krajom rynki finansowe nie uspokoją się.

Druga, proponowana m.in. przez wpływowego w Brukseli ekonomistę Daniela Grosa, to uczynienie z EFSF instytucji bankowej, mogącej otrzymywać pożyczki z EBC.

Trzecia, to uczynienie z funduszu instytucji ubezpieczeniowej, dającej gwarancje na obligacje krajów peryferyjnych.

Czwarta, proponowana m.in. przez byłego głównego ekonomistę MFW Raghurama Rajana, to uczynienie z MFW głównego gracza w planie pomocowym i sprowadzenie EFSF na drugi plan, jedynie jako gwaranta kredytów udzielanych przez MFW.

Piąta, prawdopodobnie najłatwiejsza, to dalszy bezpośredni skup obligacji Włoch i Hiszpanii przez EBC. Oznaczałoby to jednak w końcu dodruk elektronicznego pieniądza w Europie, czyli monetyzację zadłużenia. Mogłoby to budzić wątpliwości prawne.

Jak widać, menu dostępnych opcji jest dość spore. Każda z nich mogłaby potencjalnie przywrócić zaufanie na rynkach, choć jedne są lepsze, a inne gorsze. Najlepiej wyglądają propozycje Grosa i Rajana, ponieważ zakładają wsparcie dla EFSF ze strony silnych finansowo podmiotów.

Problem w tym, że w Europie trwa impas polityczny. Z jednej strony, przeszkodą w realizacji jakiegokolwiek planu może być opór niemieckich polityków. W Niemczech partie koalicji, czyli CDU/CSU i FDP, sprzeciwiają się powiększeniu funduszu ratunkowego w jakikolwiek sposób. Sekretarz FDP powiedział nawet, że oczekuje od kanclerz Angeli Merkel, iż ta jak najszybciej potwierdzi oficjalnie brak dążeń do zmian w modelu biznesowym EFSF.

Takie opinie posiadają bardzo solidne wsparcie w niemieckich elitach akademickich, które są przeciwne wspieraniu finansowemu zagrożonych państw. Jeżeli więc znalezienie kompromisu między 17 rządami strefy euro będzie dużym wyzwaniem, to znalezienie poparcia w Bundestagu dla wspomnianych powyżej pomysłów, będzie wyzwaniem potężnym.

Z drugiej strony, kraje południa Europy muszą zrobić znacznie więcej, żeby przekonać Niemców, iż pomaganie im ma sens. Włosi i Hiszpanie muszą wprowadzić zdecydowane reformy strukturalne, szczególnie na rynku pracy oraz wprowadzić do swoich konstytucji reguły ograniczające przyrost zadłużenia w przyszłości. Myśląc o krótkookresowych strategiach wyjścia z kryzysu finansowego, nie można zapominać, że w średnim i długim okresie Europie potrzebny jest przede wszystkim wzrost gospodarczy. Na razie postępy w reformach, szczególnie we Włoszech, są bardzo powolne.

Wydaje się zatem, że do poszerzenia potencjału EFSF jest jeszcze daleka droga. Choć jest jedna siła, która będzie w stanie zmusić Niemców do szybkiego zaakceptowania planów pomocowych – kolejny wybuch paniki na rynkach finansowych i spadki cen akcji. Kiedy niemieccy menedżerowie zobaczą, jak ceny papierów ich spółek lecą w dół w niekontrolowany sposób, wsparcie dla europejskich programów ratunkowych w niemieckich elitach może wzrosnąć. Paradoksalnie, im niżej będzie DAX, tym większa szansa na uratowanie strefy euro przed rozpadem.

Banki muszą dostać wsparcie

Po trzecie wreszcie, Europie potrzebny jest program dokapitalizowania banków. MFW szacuje, że straty europejskich banków na obligacjach rządowych mogą sięgnąć 300 mld euro. Skala potrzebnego dokapitalizowania jest trudna do oszacowania, ale będą to sumy na pewno znacznie przekraczające 100 mld euro. A podążając logiką, że rynkom trzeba dać więcej niż uważają za konieczne, to program dokapitalizowania banków powinien de facto sięgać nawet 400 mld euro. Całość nie musi być wykorzystana, ale system powinien być chroniony solidną tarczą.

Jeszcze przed miesiącem w europejskich stolicach zaprzeczano szacunkom MFW, ale nastroje zmieniły się diametralnie. Teraz politycy oficjalnie już przyznają, że dokapitalizowanie banków będzie potrzebne. Coraz częściej mówi się, że rządy pracują nad europejskim TARP. Nazwa pochodzi od amerykańskiego Trouble Asset Relief Program, wprowadzonego w 2008 roku i służącego dokapitalizowaniu amerykańskich banków i odkupieniu od nich zagrożonych obligacji hipotecznych. Cały projekt jest w zalążku i nie wiadomo, jak może wyglądać struktura finansowania. Najprawdopodobniej na poziomie europejskim część pieniędzy będzie pochodziła z EFSF. Możliwe, że w program wsparcia banków zaangażowany będzie również Europejski Bank Inwestycyjny, choć byłby to projekt bezprecedensowy i niewątpliwie naruszający obecną pozycję tej instytucji. Niewykluczone, że w operacji będzie również uczestniczył EBC, podobnie jak w TARP w 2008 r. uczestniczył nowojorski Fed.

Zapewnienie stabilności systemu bankowego to ważny krok do wydostania się z obecnej fali kryzysu. Europa może przejść krótką recesję, sytuacja gospodarcza może być trudna przez dłuższy okres czasu, kluczowe jest jednak, żeby z horyzontu zniknęła wizja rozpadu systemu finansowego. Na taki rozpad nie może sobie pozwolić ani Europa, ani cały świat. Konsekwencje byłyby niewyobrażalne.

Ze wszystkich trzech filarów koniecznych do ustabilizowania kryzysu w Europie w krótkim okresie – rozwiązania sprawy Grecji, ochrony Hiszpanii i Włoch oraz wsparcia dla banków – żaden nie jest jeszcze dopracowany. Wszystkie pomysły i projekty są w powijakach. Jednocześnie jednak widać, że koła UE mielą powoli, ale mielą. Wątpliwe wydaje się, żeby UE znalazła się w totalnym paraliżu decyzyjnym. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że za wolne tempo rozwiązywania problemów strefa euro zapłaci recesją. Ale rachunek nie musi być tak wysoki jak w 2008 i 2009 r.

Autor jest ekonomistą Polskiego Banku Przedsiębiorczości, publicystą


Tagi


Artykuły powiązane