• Dr Jarosław Kwit, Politechnika Lubelska

Mutacja letalna

15.12.2009
Amplituda wahań cykliczności na rynkach się zwiększa. Trzy bańki w ciągu 10 lat; gdyby policzyć zmienność DJ w oparciu o słynny ATR, ostatnie 10 lat też jest rekordowe. Czyli stoimy przed wyborem: albo FED się spóźni i mamy Wielki Kryzys, albo FED będzie zbyt „szybki” i mamy kolejną bańkę. Po niej kolejny krach, kolejną bańkę i jeszcze większy krach. A potem...? - pyta dr Kwit w naszej debacie: Czy to już koniec kryzysu?

Dr Jarosław Kwit


Upieranie się obecnie przy jakiejś konkretnej, jedynej prawdziwej wizji przyczyn obecnego kryzysu jest postawą arogancką. Ustalanie jego przyczyn na obecnym etapie jest zadaniem karkołomnym, wręcz niemożliwym. Co nie zmienia faktu, że potrzeba dyskusji między ekonomistami istnieje, jest wręcz „bezdyskusyjna”.

W moim odczuciu stało się coś, co zmienia większość znanych teorii ekonomicznych (w tym teorii rynku, vide teoria efektywności) w potworki prawdy. Nazwałbym to szokiem egzogenicznym, który mutuje rynki finansowe do stopnia, w którym ich przewidywalność staje pod ogromnym znakiem zapytania. Czym obecnie jest wartość? Jak ją oszacować? I wreszcie, czy podążając za tą trudno-kwantyfikowalną, w moim odczuciu, wartością, da się osiągnąć zysk? Te pytania spędzają mi sen z powiek. Wiem, że to troszkę inny od poruszanych na portalu aspekt kryzysu, ale wydaje mi się, że nie mniej istotny dla dalszych losów ekonomii światowej.

Moja hipoteza jest następująca. Kryzysy wielkiego rzędu zawsze istniały, zwłaszcza gdy wcześniej pękała bańka spekulacyjna (np. tulipomania w XVII w. czy Kompania Mórz Południowych w XVIII w.). Bańka powstawała, gdy następował punkt przegięcia w liczbie spekulacyjnych transakcji nad inwestycyjnymi, tzn. kiedy większość obrotu na danym rynku nosiła znamiona transakcji spekulacyjnych. Czyli kupowano z zamiarem odsprzedania komuś drożej, bez względu na wartość aktywu. Tak funkcjonują klasyczne piramidy finansowe. Jeśli to rozumowanie jest prawidłowe, to oznaczałoby, że przyczyny powstawania baniek tkwią w czynnikach zachęcających masy do spekulacji.

Próbując odnaleźć te czynniki, należy poszukać wieloletniej hossy, która początkowo może mieć, i na ogół ma, „fundamentalny charakter”. Następnie zwrócić uwagę na czynniki sprzyjające spekulowaniu, jak regulacje administracyjne (np. odliczanie w rozliczeniach podatkowych części wartości kredytów hipotecznych w USA), czy takie zjawiska jak moral hazard. Powstaje pytanie, kto jest odpowiedzialny za te zjawiska? Wielu w Stanach Zjednoczonych wskazuje np. na FED. Bo między innymi działania FED prowadzą do myślenia typu: jak będzie się walić, to FED obetnie stopy albo zrobi bailout, albo dodrukuje dolarów i rynek znowu pójdzie w górę. A takie myślenie nie skłania do inwestycji, tylko spekulacji. Dowodem na słuszność tej hipotezy ma być częstotliwość pojawiania się baniek w ostatnich 10 latach.

W 2000 roku pękła bańka internetowa, po czym FED zbyt długo utrzymując stopy na zbyt niskim poziomie (jak sam ówczesny szef FED, Alan Greenspan, uznał później), sprowokował do powstania bańki na rynku nieruchomości. Następnie w 2008 roku pęka kolejna bańka i uwaga: pół roku po eskalacji krachu na giełdach mamy nową bańkę (rynek towarowy + wybrane emerging markets: Brazylia, Argentyna, Chiny – w trakcie formowania) – czym spowodowaną? Czyżby znakomitym odrodzeniem się gospodarek? Nie. Ponownie działaniami FED. Trzy wielkie bańki w ciągu dekady! Uff.

Co dalej?

Doświadczenie uczy, że każda bańka pęka. Co ciekawe, większość doświadczonych uczestników rynków finansowych doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Mają oni do wyboru: jechać tym pociągiem i w odpowiedniej chwili z niego zeskoczyć, albo nie jechać, nie ryzykować przejechania się na krachu. Bowiem gdy załamanie przybiera łagodną postać bessy, nie ma problemu z zamykaniem pozycji. Ale już w przypadku krachu, pojawia się problem z płynnością, zwłaszcza dla większych pozycji.

Czy w tej sytuacji pytanie o wartość ma jakikolwiek sens inwestycyjny? Nie ma! Kto jest odpowiedzialny za taki stan rzeczy? Może ten, kto powołał do życia Grupę Roboczą ds. Rynków Finansowych (Working Group on Financial Markets). Przypomnę, że grupa została powołana w USA w 1988 roku przez prezydenta Ronalda Reagana po słynnym „czarnym poniedziałku” na Wall Street 19 października 1987 roku. Skład grupy to szefowie FED, SEC i CFTC. Jacek Tyszko twierdzi: „W tle pojawia się zawsze FED, czasem jako sprawca krachów (wskutek nieodpowiedzialnej polityki monetarnej), a czasem jako instytucja ratująca rynek (lub jak to widzą inni – próbująca wypić piwo, które sama nawarzyła), aby nie dopuścić do powstania paniki, której nie udałoby się poddać kontroli. Doprawdy, trudno się z nim nie zgodzić.

Czy w takim razie problem tkwi tylko w FED?

Nie sądzę, by taka opinia w pełni wyjaśniała przyczyny krachów, choć moje wcześniejsze wywody mogłyby tak sugerować. Wydaje mi się, że problem baniek i krachów tkwi w ludzkiej psychice, a może raczej w świadomości zbiorowej. Aby zapobiegać krachom należałoby wpłynąć na świadomość zbiorową uczestników rynku. Problem polega na tym, kto może mieć taki wpływ? Autorytety moralne? Ustawy? Naukowcy? Bo chyba nie FED.

Powołanie tej instytucji w 1913 roku miało podobno pragmatyczny i szczytny cel. Według Wikipedii, w latach Ery Wolnej Bankowości (18371862) formalnie nie było banku centralnego, a banki działały na podstawie regulacji stanowych (np. wydawały różne banknoty, miały niejednolite wymagania co do rezerw itd). Brak nadzoru powodował bankructwo połowy banków, a średni czas ich funkcjonowania wynosił pięć lat. Zatem główną przyczyną powołania FED była potrzeba przeciwdziałania panikom prowadzącym do bankructwa wielu banków. Natomiast do zadań tej instytucji należy zaliczyć: nadzór nad bankami, prowadzenie polityki pieniężnej, utrzymanie silnego systemu płatniczego czy kontrola nad ilością gotówki.

Czy z historycznej perspektywy FED podołał swoim zadaniom? O ile w przypadku Wielkiego Kryzysu uznaje się, że FED spóźnił się z reakcją, o tyle w przypadku pęknięcia bańki internetowej – na pewno nie. I czy to pomogło? Na jakiś czas tak, ale wkrótce następna bańka pękła ze zdwojoną siłą. A teraz znowu drapiemy się w głowy: rośnie, a dlaczego? Bo jest dużo dodrukowanych dolarów; czy to ma jakiś sens?

Kwestia cykliczności

Nasza egzystencja poddawana jest różnym cyklom, jak np. powtarzające się pory roku czy choćby dzień i noc. W ekonomii to przede wszystkim cykl koniunkturalny. Dlaczego nie uznać, że w mechanizmach rynków finansowych również występuje cykliczność? Czyli jak jest faza wzrostu, nazwijmy to „fundamentalna”, to rynki rosną powolutku, trzymane w ryzach strachem przed korektą. A gdy rynki dostają małpiego rozumu i ceny w wyniku bańki oderwą się znacząco od wartości, następuje krach. Potem ponownie przychodzi faza powolnych wzrostów tych segmentów rynku, które przetrwały…. Taki cykl wydaje się naturalny.

Ale co się stanie, jeśli na ten cykl zacznie wpływać jakiś podmiot, wielka organizacja, która np. z racji swojej uprzywilejowanej pozycji ma embargo na emisję waluty rezerwowej, w której dokonuje się największej ilość rozliczeń transakcji na świecie? Pojawia się podmiot, który ma władzę, ale czym ta władza w rzeczywistości jest? Prawdopodobnie ma ona wpływ jedynie na deformowanie (mutowanie) „wolnych” rynków finansowych; przesuwanie faz cyklu, powodowanie przyśpieszenia pojawienia się danego zjawiska w rzeczywistości gospodarczej. Kluczowe pytanie jednak brzmi: czy ma ona wpływ na wyrugowanie owej cykliczności bądź chociażby amplitudy jej wahań, czy też nie?

Historia uczy, że nie

Można się pokusić o hipotezę,  że amplituda wahań cykliczności na rynkach się zwiększa. Trzy bańki w ciągu 10 lat; gdyby policzyć zmienność DJ w oparciu o słynny ATR, ostatnie 10 lat też jest rekordowe. Czyli stoimy przed wyborem: albo FED się spóźni i mamy Wielki Kryzys, albo FED będzie zbyt „szybki” i mamy kolejną bańkę. Po niej kolejny krach, kolejną bańkę i jeszcze większy krach. A potem…?

George Soros stwierdził, że  Istnieje mocny argument przemawiający za mechanizmem rynkowym, ale nie jest nim twierdzenie, że rynki są doskonałe, lecz przekonanie, że w świecie zdominowanym przez niedoskonałe rozumienie, rynki dostarczają efektywnego mechanizmu sprzężenia zwrotnego dla oceny skutków podejmowanych decyzji i poprawy błędów. Trudno nie zgodzić się z jego opinią. Pytam zatem, czy działania FED dostarczają efektywnego mechanizmu sprzężenia zwrotnego dla oceny skutków podejmowanych decyzji i poprawy błędów?

Nie wiem, co będzie na końcu tego łańcucha. Ale wydaje mi się, że musi być jakaś trzecia droga, bo dotychczasowe scenariusze zachowań rynku nie zdają egzaminu w dłuższym terminie. A jesteśmy właśnie w momencie, w którym przychodzi nam zapłacić rachunek za to, że powołana do życia instytucja FED przestaje zdawać egzamin. I nie chodzi tutaj tylko o krytykę działań FED, bo niewykluczone, że większość ekonomistów świata podejmowałaby podobne decyzje. Problem raczej tkwi w systemie, który nie funkcjonuje prawidłowo, po prostu się NIE SPRAWDZA.

W moim odczuciu system jest w trakcie zaawansowanej mutacji letalnej, a ta, jak wiadomo, prowadzi do śmierci. I choć zdaję sobie sprawę, że mój głos w dyskusji jest mało konstruktywny, ponieważ nie proponuje nowych rozwiązań, ale przynajmniej ukazuje potrzebę zmian strukturalnych, w przeciwieństwie do podejmowanych obecnie kroków o charakterze kolejnego środka znieczulającego, który z definicji nie jest w stanie uleczyć przyczyn powstałej infekcji, a jedynie odsuwa to, co nieuniknione, na przyszłość.

———-

Dr inż Jarosław Kwit

Doktor nauk ekonomicznych (UMK). Obecnie pracuje na stanowisku adiunkta w Katedrze Finansów i Rachunkowości Politechniki Lubelskiej oraz jako wykładowca w Wyższej Szkole Przedsiębiorczości i Administracji w Lublinie. Od 2000 r. stale współpracuje ze Szkołą Główną Handlową, prowadząc wykłady na Podyplomowym Studium Zarządzanie Wartością Firmy oraz Metody Wyceny Spółki Kapitałowej. Jest autorem kilkudziesięciu publikacji z zakresu ekonomii i finansów.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test