Druga natura kapitalizmu

27.03.2015
Cynik powie pewnie, że jak świat światem, zawsze rządziły nim pieniądze. Być może, ale jeszcze nigdy władza kapitału finansowego nie była równie intensywna i niepodzielna, co obecnie. Coraz więcej ekonomistów dowodzi, że właśnie tutaj szukać należy przyczyn utraconej równowagi systemu gospodarczego. Tutaj, to znaczy w finansjalizacji, której skutki dopiero uczymy się dostrzegać.
Podręcznik Nowej Ekonomii


Jak większość zjawisk ekonomicznych także i te, o których zaraz Państwo usłyszycie, nie zaczęły się wczoraj. Przez długi czas ekonomia głównego nurtu nie potrafiła ich jednak należycie odczytać i zinterpretować. Myślano mniej więcej tak: Żyjemy w kapitalizmie. A w kapitalizmie najważniejszy jest przecież kapitał. A gdzie mamy do czynienia z kapitałem w czystszej postaci, jeżeli nie na rynkach finansowych? Stąd już zaś tylko o krok do wniosku, że gdy kwitnie kapitał finansowy, to kwitnie i sam kapitalizm. I w ten właśnie sposób ekonomia głównego nurtu interpretowała to, co się działo w zachodnich gospodarkach w ostatnich trzech dekadach.

A działo się niemało. Najlepiej widać to na przykładzie Stanów Zjednoczonych. W latach 1980 – 2000 zyski amerykańskiego sektora finansowego wzrosły z 32 mld do prawie 200 mld dolarów w roku 2000. Czyli prawie siedem razy! W tym samym czasie udział zysków sektora finansowego w zyskach gospodarki urósł z 19 do 29 proc. Jeszcze w 1983 r. Citibank – największy wówczas bank USA – miał aktywa warte ok. 3,2 proc. amerykańskiego PKB. Dziś Bank of America to ok. 16 proc. dochodu narodowego USA, JP Morgan Chase waży jakieś 15 proc. A Citigroup 13 proc.

Spójrzmy na jeszcze jeden wskaźnik. Jeżeli poszerzyć finanse o blisko powiązane z nimi sektory ubezpieczeń i nieruchomości, to wyłania się obraz jeszcze bardziej dojmujący. I tak w 1970 r. udział finansów, ubezpieczeń i nieruchomości wynosił jakieś 35 proc. tej części amerykańskiego PKB, którą wyrabia tzw. branża produkująca. A więc przemysł, rolnictwo, budownictwo i transport razem wzięte. Około 1990 r. ten wskaźnik doszedł do 50 proc. Dziś wynosi ok. 90 proc. Co oznacza tyle, że finanse w praktyce zastąpiły tradycyjną twardą produkcję w roli dmuchawy pompującej PKB. I choć przytoczone tu dane dotyczą tylko amerykańskiego serca współczesnego kapitalizmu, to tendencja jest widoczna w całym (bez wyjątku) rozwiniętym świecie.

Tymczasem ekonomia głównego nurtu przez lata zachowywała się jakby finansjalizacja oznaczała zmianę kilku dość abstrakcyjnych i trzeciorzędnych procentowych wskaźników. Aż do kryzysu 2008 r. dominowało dość naiwne i zgodne z liberalną ortodoksją przekonanie, że nie ma się czego obawiać. Tłumaczono, że rozrost sektora finansowego to naturalny etap rozwoju gospodarek zachodnich, które na naszych oczach przechodzą z XX-wiecznej fazy uprzemysłowienia do opartej na usługach ponowoczesności.

Trzeba więc iść „z czasem, z postępem, z osiągnieciami”. Owszem, tu i ówdzie pojawiały się głosy krytyczne. Takie jak choćby Michaela Hudsona. Ten obdarzony dobrym piórem i niestroniący od publicystyki ekonomista postkeynesowski napisał w 1998 r. artykuł pod znamiennym tytułem „Financial Capitalism vs. Industrial Capitalism” (Kapitalizm finansowy kontra kapitalizm produkcyjny). Ostrzegał w nim, że „nasza gospodarka ewoluuje w innym kierunku niż większość ludzi sobie to wyobraża. Kapitalizm, w którym żyjemy, nie ma wiele wspólnego ani z tym, co opisują ekonomiści, ani z analizą i obietnicami polityków którejkolwiek politycznej maści”.

Winę za ten stan rzeczy ponosić miała właśnie finansjalizacja, która fundamentalnie zmieniła kapitalizm funkcjonujący przez większą część XIX i XX wieku. Fasada pozostała niby taka sama, ale do środka wstawiono całkiem nową i niewypróbowaną maszynerię, która na dodatek wymknęła się spod czyjejkolwiek kontroli. Tylko że takie głosy lokowały się gdzieś na obrzeżach debaty ekonomicznej. Z dala od miejsc takich jak Davos, Wall Street czy waszyngtońska Dziewiętnasta Ulica (siedziba MFW).

Dopiero ostatni kryzys sprawił, że krytyków finansjalizacji przestano uważać za wiecznie wczorajszych fantastów, którzy nie rozumieją zmian, jakie się wokół nich dokonują. I dziś nastał czas uważniejszego wsłuchiwania się w ich argumenty.

Szybko, coraz szybciej

Nieżyczliwi obserwatorzy bardzo często sprowadzają argumenty krytyków finansjalizacji do prymitywnej nagonki na banki i panującą tam chciwość. To nieporozumienie. Polega ono na zasadniczym spłyceniu opisywanego zjawiska. Bo oskarżanie banków i bankowców o całe zło współczesnej gospodarki jest jak łajanie chorego na grypę za to, że zaraża zdrowych. Taka postawa będzie jednak zawsze rozmową o objawach, nie zaś o przyczynach trawiącej organizm choroby. Tak naprawdę problemem finansjalizacji nie jest bowiem istnienie sektora finansowego, ani nawet jego rozrost i deregulacja. Problemem jest radykalne zwiększanie się roli tego sektora w gospodarce.

Kłopot polega bowiem na tym, że w ciągu minionych 20-30 lat motywy finansowe zyskały w biznesie coraz większe znaczenie, a aktorzy finansowi stali się bezprecedensowo potężni. Zostawmy jednak teorię. Zjawisko to można przecież pokazać na wielu przykładach. Weźmy pojedynczą firmę i spróbujmy sobie na początek odpowiedzieć, kto dziś rządzi w takiej korporacji. Potężny szef w stylu prezesa albo dyrektora wykonawczego? No cóż, on może i ma piękny gabinet oraz wysokie uposażenie, ale zazwyczaj jest to tylko wynajęty fachowiec. Wynajęty przez udziałowców. A więc rozproszonych właścicieli. Jednym z efektów postępującej finansjalizacji jest właśnie to, że takim właścicielem można się stać bardzo szybko. I bardzo szybko można z tej roli wyjść.

Skutek jest taki, że pomiędzy udziałowcami a firmą nie ma już takiej więzi jak kiedyś. Dominuje więc tendencja do uzyskiwania jak najlepszego wyniku krótkookresowego. Udziałowcy chcą przecież, by dywidenda została zrealizowana jak najszybciej i była jak najwyższa. Wynajęci przez nich menedżerowie są oceniani na podstawie tego, czy zdołali ten cel zrealizować. Proszę zwrócić uwagę, że wszyscy po drodze zachowują się zupełnie racjonalnie. Każdy działa tak, by jemu było jak najlepiej (tak właśnie definiuje się „racjonalność” w ortodoksyjnej ekonomii liberalnej). Ale niestety z tego łańcuszka racjonalnych motywów rodzi się zjawisko niebezpieczne dla całej gospodarki. Dlaczego? Bo im więcej firm zaczyna funkcjonować na takich warunkach, tym bardziej powszechna staje się finansjalizacja.

Gdyby rzecz dotyczyła tylko sektora finansowego, nie byłoby problemu. Finanse zawsze były branżą trochę postrzeloną. Problem w tym, że finansjalizacja od dawna kolonizuje inne gałęzie gospodarki. Na przykład przemysł. Jeszcze 30-40 lat temu działające na tym rynku firmy funkcjonowały na zupełnie innych zasadach. Produkowały pewien towar, a potem go sprzedawały. Uzyskaną nadwyżkę zabierał właściciel i dzielił się nią z pracownikami. Jak dawał zbyt mało, to przyciskały go związki zawodowe. Jakąś część dochodu przeznaczano też na inwestycje. Wszystkie strony wiedziały jednak, że liczy się nie tylko to, co dziś, lecz również perspektywy na przyszłość.

W momencie, gdy koncerny przemysłowe stały się normalnymi spółkami giełdowymi, zaczęły działać na tych samych zasadach co sektor finansowy. Inwestycje w realny kapitał zeszły na drugi plan. Bo one zazwyczaj przynoszą zwrot dopiero w dłuższym okresie. A logika finansjalizacji skupia się raczej na okresie krótkim, na dywidendzie i kursie akcji. I tak w miarę upływu czasu w zachodnich gospodarkach realne inwestycje i zyski zupełnie się od siebie oddzieliły. Kiedyś one szły w parze. Dziś już nie idą.

Potwierdza to szereg badań empirycznych. Na przykład studium przeprowadzone niedawno przez Michaela J. Coopera ze Szkoły Biznesu im. Davida Ecclesa na Uniwersytecie Utah. W jego ramach ekonomista przebadał wyniki finansowe ponad tysiąca firm w okresie dwudziestu lat. I wyszło mu, że im więcej zarabiają szefowie tych firm, tym gorsze były wyniki takich spółek.

Zaskoczeni? Kiedy to dokładnie ta sama logika opisana kilka chwil temu! Przecież w świecie wielkiego sfinansjalizowanego biznesu kategorią, która decyduje o sukcesie, jest zwrot dla akcjonariusza. W praktyce zadaniem każdego prezesa jest więc przyniesienie jak najwyższych zysków w jak najkrótszym czasie. I każdy z nich doskonale wie, jak to się robi. Trzeba po prostu w ciągu pierwszego roku albo dwóch wycisnąć z firmy wszystko, co się da. Drogą do tego celu jest zazwyczaj cięcie kosztów. Tak osiąga się wynik, który można pokazać akcjonariuszom. Im wynik lepszy, tym większa szansa, że się dostanie kredyt zaufania na kolejną kadencję.

W ten sposób taki prezes może w ciągu kilku lat stać się milionerem, nie inwestując ani grosza ze swoich własnych pieniędzy. I znowu ta sama diabelska logika. Im więcej płacimy prezesowi, tym bardziej chce on zadowolić mocodawców i dostarczyć im tego, czego chcą, czyli szybkiego zysku. Zwykle po kilku latach wyjdzie na jaw, że firma nie była zarządzana rozwojowo, lecz jej kierownictwo myślało tylko o maksymalizacji bieżących profitów. Ale kogo to obchodzi? Prezes już swoje zarobił, akcjonariusze podobnie. Nie ma nikogo, kto w tym układzie miałby interes w dbaniu o długofalową kondycję przedsiębiorstwa. Kiedyś prezes to robił, bo jego osobisty majątek rósł razem z firmą. Dziś zarabia fortunę w rok czy dwa. Zwłaszcza w dużych korporacjach.

Jeszcze za mało przykładów? No to spójrzmy na zjawiska outsourcingu i offshoringu (czyli przenoszenia kluczowych elementów łańcucha produkcji do krajów tańszych). Zachodnie korporacje dość szybko zauważyły, że neoliberalizm i globalizacja dają im niesamowite możliwości maksymalizacji zysków. Czyli również nadmuchania premii dla najwyższej kadry menedżerskiej. To był bezlitosny proces, bo nawet gdyby amerykański biznes nie chciał uciekać z kraju, to i tak zostałby do tego… zmuszony. Bo inwestorzy mówili do firm: zobaczcie, tam są niesamowite szanse na krociowe zyski. Nadal ich nie widzicie? To my zaraz pójdziemy do waszych konkurentów i sfinansujemy im przejęcia waszego biznesu. Więc i tak wasze firmy trafią do Chin. Ale już niestety bez was na pokładzie. Więc lepiej zróbcie to, co wam mówimy!

Dopiero teraz – po trzech dekadach intensywnej globalizacji – przychodzi otrzeźwienie. I również bogaty Zachód zaczyna dostrzegać, że to, co „dobre” dla jego firm, okazało się zabójcze dla tamtejszych rynków pracy (offshoring zatrudnienia) i finansów publicznych (offshoring podatkowy).

Monopolistą być

„No to sobie ponarzekaliśmy! A teraz czas dorosnąć i pogodzić się z tym, że tak właśnie działa zglobalizowany kapitalizm. Witamy w XXI wieku!” – taki sposób rozumowania to kolejna z metod wytrącania argumentów z ręki krytyków finansjalizacji. Jest to jednak postawa tylko z pozoru zdroworozsądkowa. Każdy, kto chciałby w ten właśnie sposób sprowadzić na ziemię dotychczasowe rozważania, powinien najpierw odpowiedzieć sobie na pytanie czy sfinansjalizowany kapitalizm ostatnich 20-30 lat faktycznie sprawnie „funkcjonuje”. Czy może jest jak narkoman, który musi sięgać po coraz to nowe i silniejsze środki odurzające, by jeszcze raz – przynajmniej na chwilę – odlecieć.

Chyba już najwyższa pora, by poznać środowisko niewielkiego nowojorskiego czasopisma „Monthly Review” (wybijający już przy tytule, że jest niezależnym socjalistycznym magazynem – przyp. red. OF), bo to ono pomoże nam w lepszym zrozumieniu tej narkotykowej metafory. Założył je w 1949 r. harvardzki ekonomista Paul Sweezy. I to był naprawdę niezły oryginał. Bo trzeba było być oryginałem, żeby w czasach szalejącego w Stanach powojennego antykomunizmu głosić marksistowskie poglądy na gospodarkę. Na szczęście Sweezy dysponował sporym majątkiem (odziedziczonym po ojcu bankierze), który pozwolił mu zachować intelektualną niezależność i poświęcić się badaniom nad naturą współczesnego kapitalizmu.

Ekonomista zmarł w 2004 r. Nie doczekał więc kryzysu 2008 r. i renesansu zainteresowania jego krytycznymi teoriami. Na szczęście wychował sobie jednak grono godnych następców. Na czele z obecnym redaktorem naczelnym „Monthly Review” Johnem Bellamym Fosterem, autorem (do spółki z Robertem McChesneyem) wydanej w 2012 r. (jest po polsku) książki „Kryzys bez końca”, która w prosty i przystępny sposób wyjaśnia o co chodzi z tym narkomanem.

Lojalnie ostrzegam, że jeśli ktoś chce dalej wierzyć w wywodzoną od Adama Smitha bajeczkę o szlachetnym kapitalizmie, w którym wolne jednostki konkurują ze sobą na wolnym rynku, co skutkuje najbardziej optymalną alokacją zasobów ekonomicznych, to niech natychmiast przerwie czytanie tego tekstu. Albo kontynuuje go, ale już na własną odpowiedzialność.

Zarówno Sweezy’ego, jak i Fostera nie interesuje kapitalizm z książeczek dla grzecznych dzieci (ewentualnie dla studentów pierwszego roku ekonomii), lecz kapitalizm realnie istniejący. Sweezy już w latach 70. nazwał go kapitalizmem monopolistycznym. I ten kapitalizm nie ma nic wspólnego z romantyczną opowieścią o wolnych homo economicusach, dzięki którym prowadzona przez niewidzialną rękę rynku podaż spotyka się z popytem, po czym żyją długo i szczęśliwie.

Kapitalizm monopolistyczny charakteryzuje się potężną spiralą centralizacji i dominacją korporacyjnych form organizacji gospodarczej. Poszczególne branże są tutaj kontrolowane przez kilka oligopolistycznych firm, które w dziedzinie decyzji produkcyjnych oraz inwestycyjnych działają nie tyle w konkurencji do siebie, lecz – jak to ujął Joseph Schumpeter – „z wzajemnym poważaniem”. Oczywiście i w tej superlidze gigantów dochodzi raz na jakiś czas do pewnych przesunięć. Czasem ktoś z niej spadnie (Kodak, Nokia), a czasem ktoś awansuje (Apple, Google). Warto jednak zwrócić uwagę, że każdy nowy „pistolet” szybko akceptuje obowiązujące tu reguły gry. I wszystkie swoje wysiłki koncentruje na uzyskaniu pozycji monopolistycznej w swojej działce, a jeszcze lepiej zawiązuje oligopol kontrolujący kilka powiązanych ze sobą branż.

To jest jednak moment, w którym kapitalizm zaczyna gryźć się w swój własny ogon. Giganci stają się jak disneyowski Sknerus McKwacz, który gromadzi w swoim skarbcu w Kaczogrodzie kolejne sztabki złota. I zajmuje się właściwie tylko tym. Sweezy nazwał to zjawisko „nadakumulacją kapitału”, charakteryzującą największe podmioty kapitalizmu monopolistycznego. To coś jakby zaklęty krąg. Niechęć posiadaczy kapitału do bardziej aktywnej polityki redystrybucyjnej rządu czy strach przed utratą konkurencyjności (mrożenie płac) sprawia, że stają oni wobec bariery popytu.

Czyli, mówiąc wprost, nie ma wystarczającej liczby chętnych do kupowania ich towarów. A przez to ogromna część zdolności wytwórczych gospodarki pozostaje niewykorzystana (istniejące dziś fabryki samochodów mogłyby bez trudu wyprodukować trzy razy tyle towaru co obecnie). One mają z kolei wpływ na brak inwestycji. Bo firmy z zasady nie są chętne do inwestowania w branżach, w których duża część istniejących zdolności pozostaje bezczynna. Malejącemu wykorzystaniu zdolności wytwórczych towarzyszy coś, co Foster i McChesney nazwali stagnacją zatrudnienia, co jeszcze bardziej pogłębia barierę popytu. W efekcie im więcej korporacje zarabiają, tym bardziej spada ich ochota do reinwestowania zgromadzonych środków. Jeżeli spojrzeć na prywatne niemieszkaniowe inwestycje netto w gospodarce amerykańskiej to spadły one z 4 proc. PKB w latach 70. do 3 proc. w latach 90. i 2,4 proc. w latach 2000-2010. I tak w kółko.

Na finansowym głodzie

Już chyba państwo zauważyli, że autorzy tacy jak Paul Sweezy i John Bellamy Foster prowadzą nas prościutką drogą do… najczystszej herezji, polegającej na przekonaniu, że naturalnym stanem rozwoju kapitalizmu jest stagnacja. Jest ona jakby jego drugą naturą. Jak to więc możliwe, że w minionych 20-30 latach gospodarka zachodnia się jednak rozwijała? Tu właśnie powraca awizowana wcześniej metafora narkomana, który musiał sobie „strzelić działkę” silnego środka psychoaktywnego, żeby wyrwać się z nudnej stagnacji. W tej roli wystąpiła właśnie rozbudowa finansowej nadbudowy. A więc opisywana już wcześniej finansjalizacja korporacji, zaangażowanie się przez nie w spekulacje surowcami i walutami, a w razie potrzeby realizowanie natychmiastowych zysków za pośrednictwem nowej fali fuzji, przejęć.

Jeśli ktoś sądzi, że to wywody zbyt teoretyczne, odsyłam do rozmów z praktykami, takimi jak długoletni wpływowy menadżer General Motors Bob Lutz, z którym miałem okazję rozmawiać kilka lat temu. Lutz wspominał wtedy z żalem, jak GMAC, czyli finansowa ekspozytura General Motors, w okresie poprzedzającym kryzys mocno weszło na rynek kredytów subprime, co na początku przynosiło wielkie zyski. Przez pewien czas wyglądało to tak, jakby finansowe ramię firmy subsydiowało właściwą misję GM, czyli produkcję samochodów. „Podczas posiedzeń władz całego koncernu nieraz publicznie pytałem, jak to możliwe, że ich wyniki są tak niesamowite, ale słyszałem tylko, żeby się nie martwić. Tymczasem należało się martwić” – mówił Lutz. Nie wiedząc nawet, że opisywał dokładnie zjawisko zgubnej finansjalizacji amerykańskiej gospodarki, który stał się – wedle słów Johna Bellamy’ego Fostera – „akcerelatorem cyklu koniunkturalnego, który popychał go coraz szybciej na drodze w górę i pogłębiał stromiznę spadku na drodze w dół”.

Co dalej? Możliwych jest kilka scenariuszy. W pierwszym (najbardziej prawdopodobnym) nie zmienia się nic. Czeka nas jeszcze kilka lat charakterystycznej dla kapitalizmu monopolistycznego stagnacji, po których do gry wejdzie jakiś nowy narkotyk. Najpewniej w formie nowej fali finansjalizacji i nowych – może dziś jeszcze nieznanych – produktów finansowych. Skończy się to – zdaniem autorów takich jak Foster – kolejnym kryzysem. Pewnie jeszcze głębszym.

Scenariusz drugi wyobrazić sobie trudniej, bo aby się ziścił, musiałby upaść kapitalizm. A na to się jednak na razie (głównie z powodu braku konkurencyjnego projektu) nie zanosi. Inna opcja to ewolucja obowiązującego porządku ekonomicznego. Albo w kierunku głębokiej i globalnej rewolucji redystrybucyjnej (widoki na nią opisaliśmy w pierwszym odcinku naszego Przewodnika), albo w wyniku wzmocnienia presji na wzrost pensji i podminowanie tzw. globalnego arbitrażu pracy, w którym firmy bez najmniejszego przemierzają zglobalizowany świat w poszukiwaniu taniej pracy (o tym również pisaliśmy w Przewodniku).

Ostatnią drogą jest żmudne przeciwstawianie się logice finansjalizacji. A więc świadome blokowanie ekspansji myślenia rynkowego w tych dziedzinach życia społecznego, które jeszcze nie są skomercjalizowane (usługi publiczne, oszczędności emerytalne, państwo dobrobytu). Oznacza to jednak otwarcie dyskusji o nowej i dużo aktywniejszej roli państwa w gospodarce, która idzie pod prąd dominującym od kilku dekad (pomimo kryzysu) naciskom na „zagłodzenie etatystycznej bestii”.

Wygląda więc na to, że w najbliższym czasie pozostanie nam tylko obserwowanie jak finansjalizacja mości się coraz bardziej w otaczającej nas rzeczywistości. Jak rynki zmieniają kolejne suwerenne rządy (kryzys w strefie euro), globalizacja postępuje (transatlantycki układ o wolnym handlu), inwestycje w produktywną gospodarkę nadal spadają, a bariera popytu się powiększa. Witamy w XXI wieku!

Prawdziwa nauka reaguje na rzeczywistość a nie obraża się na nią. Wybuch kryzysu w 2007 roku sprawił, że ekonomiści musieli na nowo spojrzeć na uprawianą dyscyplinę. Pojawiły się nowe idee, powrócono do tych zapomnianych. Choć proces trwa, minęło już wystarczająco dużo czasu, by spróbować te nowe prądy usystematyzować. Dziennik Gazeta Prawna wspólnie z Obserwatorem Finansowym podjęły taką próbę. Opisujemy tę zmianę w cyklu „Podręcznik nowej ekonomii”. Autorami publikacji są dwaj znakomici dziennikarze ekonomiczni: Rafał Woś, publicysta Dziennika Gazety Prawnej, autor książki „Dziecięca choroba liberalizmu”, w której kontestuje realia wolnego rynku, oraz Sebastian Stodolak z Obserwatora Finansowego, autor wielu doskonałych wywiadów, m.in. z laureatami Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, zwolennik wolnego rynku i ograniczenia roli państwa w gospodarce. Ich artykuły naprzemiennie przedstawiają różne punkty widzenia na największe wyzwania ekonomii i gospodarki.

Tagi


Artykuły powiązane