• Maciej Samcik

Europa nadal bez planu walki

15.10.2012
Mamy dużo szczęścia, że kryzys finansowy nie zaczął się w Europie, tylko w USA. Europa nie wie jak z nim postępować. Dużo jest mowy o narzędziach zaradczych, takich jak powstanie unii bankowej, ale na razie wciąż więcej jest pytań niż odpowiedzi.

Sesja poświęcona nowej architekturze "safety net" w UE (od lewej: Michał Bobrzyński, Instytut Allerhanda; Piotr Szpunar, NBP; Anita Wieja, Komisja Europejska; Paweł Dziekoński, Deutsche Bank Polska/ fot. IA)


Okazją do podsumowania wiedzy o tym, jak walczyć z kryzysem był Kongres Regulacji Rynków Finansowych, zorganizowany przez Instytut Allerhanda.

– Czy wyobrażacie sobie, by ratowanie stabilności branży finansowej w Europie mogło się odbywać w taki sposób? – zapytał poseł Marcin Święcicki, były prezydent Warszawy, przypominając, w jak niespotykanych ramach prawnych był realizowany słynny Plan Paulsona w USA. Było to prawo, w którym postanowienia sekretarza skarbu USA były ostateczne, nieodwołalne i niezaskarżalne.

Święcicki nie odkrył Ameryki. O tym, że Unia Europejska – ze sprzecznymi interesami poszczególnych państw i biurokratycznymi procedurami podejmowania decyzji – nie jest przygotowana do działania w warunkach ostrego kryzysu, eksperci mówią już od 2008 r., kiedy w Stary Kontynent uderzyła pierwsza fala upadłości banków. Na poziomie rządów poszczególnych państw szybkie podejmowanie decyzji, np. o nacjonalizacji instytucji będących w tarapatach, zdawało egzamin (vide sprawne ratowanie przez Berlin niedużego Hypo Real Estate). Lepiej jednak nie myśleć co by się działo, gdyby podobne decyzje trzeba było podejmować na poziomie Unii Europejskiej.

Po wysłuchaniu siedmiu debat nie można było mieć przeświadczenia, że Europa w ostatnich miesiącach wypracowała jakiś systematyczny plan działań, które mają doprowadzić do osiągnięcia konkretnych celów.

Unia bankowa do przemyślenia

Ze zdefiniowaniem tych celów miał niejaki problem nawet jeden z najważniejszych gości przedsięwzięcia zorganizowanego przez Instytut Allehanda – Andrzej Jakubiak, szef Komisji Nadzoru Finansowego.  Z jego wypowiedzi wynika, że nie ma on głębokiego przekonania o tym, że np. projekt unii bankowej przybliża nas znacząco do przezwyciężenia kryzysu zadłużenia Unii Europejskiej. Jakubiak podkreśla, że dopóki unia bankowa będzie pomysłem tylko dla części państw Starego Kontynentu, czyli dla strefy euro, dopóty będzie istniało ryzyko, iż stanie się – wbrew intencjom jej konstruktorów – pasem transmisyjnym kłopotów, a nie barierą dla nich.

Szef KNF uspokajał, że reformy dotyczące nadzoru nad bankami, przewidziane w ramach projektu unii bankowej, nie powinny dotknąć negatywnie polskiej branży bankowej, bo zarówno pod względem zasilenia w kapitał, jak i pod względem jakości tego kapitału oraz jakości aktywów, polskie banki są dziś ultrabezpieczne. Jednocześnie szef nadzoru finansowego zwracał jednak uwagę na to, że pomysł unii bankowej wymaga dokładniejszego przepracowania, przemyślenia. I określenia skąd mają płynąć pieniądze na oczekiwane przez Brukselę wzmocnienie finansowe banków.

Na razie słyszymy tylko, że nie mają one popłynąć z kieszeni podatników. – Więc skąd? – pytał całkiem słusznie. Bo skoro banki są dziś „przeważone” kapitałem pochodzącym z rynku hurtowego, to ta droga nie może być rozwiązaniem. Zresztą rynek międzybankowy i tak wysechł. Pieniądze z kieszeni inwestorów banków? Tak, ale ich też nie ma dziś w nadmiarze, bo banki stały się ryzykownym biznesem. Kiedy w zeszłym roku europejska agencja nadzoru bankowego EBA po stress-testach zażądała od wybranych banków dokapitalizowania, większość z tych, których ten postulat dotyczył, nie poszło po pieniądze do swoich akcjonariuszy, tylko zadowoliła się przeszacowaniem niektórych aktywów.

Sensownym pomysłem na wzmocnienie kapitałowe banków powinno być ich zasilenie depozytami oszczędzających. Nie jest to jednak droga ani łatwa, ani szybka. A twórcy unii bankowej nie odpowiadają na pytanie w jaki sposób, jakimi narzędziami ten cel osiągnąć. Szef polskiego nadzoru boleśnie obnażył nierealność europejskich obietnic, że już nigdy pieniądze podatników nie pójdą na ratowanie banków. Bo dziś jedynym europejskim zasobem finansowym na wzmocnienie banków jest ESF, europejski fundusz ratunkowy, mający do dyspozycji raptem 500 mld euro, zbudowany nota bene z pieniędzy podatników.

W poszczególnych krajach bankowe zaskórniaki są żałośnie niskie. Jakubiak zacytował przykład Francji, w której fundusz gwarancyjny ma wartość raptem 2 mld euro. Mniej, niż to, co zgromadziły polskie banki w ramach Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. A polska branża bankowa gromadzi przecież wielokrotnie niższe aktywa, niż francuska, gdzie działają największe banki na Starym Kontynencie, jak Credit Agricole, czy BNP Paribas. I to abstrahując od jakości tych aktywów.

Pięć lat kryzysu, a Europa bez resolution regime

Plan na unię bankową ma więc jeden główny feler – nie mówi skąd wziąć pieniądze. Nawiasem mówiąc w kuluarach konferencji było słychać jeszcze mniej optymizmu co do sensu wprowadzania unii bankowej, niż przy stole prezydialnym. Jeden z oficjeli, który ostatnio uczestniczył w pewnej ważnej naradzie we Frankfurcie, opowiadał mi z jak kwaśną miną perorował na jej temat delegat z banku centralnego Francji, a więc kraju, który jest jednym z orędowników unii bankowej.

Unia bankowa jest więc w proszku, europejski podatek od transakcji finansowych prawdopodobnie nie wejdzie w życie. O tym też mówiono na konferencji, głównie jako o idei, która właśnie rozeszła się w szwach, a nie jako o pomyśle na zgromadzenia kapitału „antykryzysowego”. Europa dopiero przygotowuje się do stworzenia procedury uporządkowanej restrukturyzacji i likwidacji banku (tzw. resolution regime).

– Mija szósty rok od początku kryzysu finansowego, a Europa dopiero pracuje nad resolution regime – nie mógł wyjść ze zdziwienia Krzysztof Broda, reprezentant Bankowego Funduszu Gwarancyjnego.

Broda dość odważnie uzasadnił pogląd, że i my w Polsce powinniśmy przygotować tę procedurę, choć przecież nie widać na horyzoncie żadnej okoliczności, która pozwalałaby spodziewać się konieczności jej zastosowania w praktyce.

– Mamy dziś dwa banki „zbyt duże, by upaść”. Wkrótce pewnie będziemy mieli trzy. Mamy co najmniej dziesięć banków o znaczeniu systemowym. A więc takich, których niepowodzenie wpłynie na całą gospodarkę. 60 proc. sektora bankowego jest w zagranicznych rękach, drugi i trzeci największy bank ma właścicieli z krajów zagrożonych. A sposób myślenia o unii bankowej, jaki obserwujemy dziś, może doprowadzić do osłabienia krajowego nadzoru – wyliczał Broda.

Broda wymienił kilkanaście krajów, w których testowano procesy podobne do resolution regime – czyli pozasądową procedurę niezależną od upadłości, prowadzącą do wydzielania aktywów i konwersji zobowiązań, chroniącą zdrowy biznes banku, minimalizującą wykorzystanie środków publicznych. Jego zdaniem w Europie Zachodniej tylko Anglicy realizowali w praktyce uporządkowaną likwidację banku, gdy w USA było takich przypadków było całkiem sporo i dotyczyły nawet dość sporych banków, jak np. Washington Mutual.

Tajemnice Wieży Basel

Brak koordynacji w wojnie z kryzysem najdowcipniej podsumował Dobiesław Tymoczko z Narodowego Banku Polskiego. W jego prezentacji tytułowy obrazek był zatytułowany „The Tower of Basel (Wieża Basel)”, nawiązując do umów bazylejskich (regulują obowiązki banków dotyczące m.in. płynności, wypłacalności i kapitałów). Tymoczko dobitnie uargumentował to skojarzenie. Pierwsza umowa bazylejska z 1988 r. była spisana na 30 stronach, druga, opublikowana w czerwcu 2004 r. zajęła już 347 stron, zaś treści trzeciej nie dało się zmieścić na tysiącu.

Czy w tak zagmatwanym środowisku regulacyjnym Europa jest w stanie skutecznie walczyć z kolejnymi odsłonami kryzysu? Pytanie chyba z gatunku retorycznych. Ale niestety nie tylko o regulacje tu chodzi, ale też o wizję.

– Banki z jednej strony nie mają czym finansować akcji kredytowej, a z drugiej strony są ściskane gorsetem regulacji, których czasem same nie rozumieją – konkludował przedstawiciel NBP. Wypadałoby zapytać: Brukselo, czy leci z nami pilot? A Marcinowi Święcickiemu jeszcze raz przyznać rację.

Autor jest dziennikarzem „Gazety Wyborczej”, serwisu Wyborcza.biz i autorem blogu „Subiektywnie o finansach”


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły