Grecja? W tej sprawie wszyscy są winni

14.12.2011
Za sytuację Grecji nie można obwiniać wyłącznie bankierów, wyłącznie polityków, czy wyłącznie obywateli Grecji. Wszyscy oni ponoszą częściową odpowiedzialność. Nie należy wyrzucać Grecji ze strefy euro. To zamieniłoby ten kraj w piekło – przekonuje prof. Aristides N. Hatzis, filozof, ekonomista i prawnik z Uniwersytetu Ateńskiego.
Miasteczko namiotowe 'Oburzonych' przed siedzibą EBC we Frankfurcie (Fot. OF/KM)

Miasteczko namiotowe "Oburzonych" przed siedzibą EBC we Frankfurcie (Fot. OF/KM)

Miasteczko namiotowe "Oburzonych" przed siedzibą EBC we Frankfurcie (Fot. OF/KM)

Grecja upadła. Dla wielu ekonomistów to fakt bez względu na to, co ogłaszają unijni politycy na swoich szczytach. Kto jest odpowiedzialny za ten bałagan?

Nikt nie jest niewinny. Poszczególni aktorzy wydarzeń różnią się jedynie pod względem stopnia odpowiedzialności. Po pierwsze, winna jest grecka klasa polityczna, która nie była w stanie działać z myślą o długofalowym interesie państwa. Przez 30 lat, czy to socjaliści czy konserwatyści, nadymali wydatki budżetowe, żeby zapewnić sobie polityczne przetrwanie i uniknąć społecznych kosztów prawdziwych reform.

Po drugie, winni są obywatele, którzy to wszystko tolerowali i którym takie zachowanie polityków się podobało.

Podobało?

Oczywiście. Stosowali wyborczy ostracyzm wobec każdego, kto próbował ostrzegać ich, że coś jest nie tak. Nawet teraz nie chcą przyznać, że padli ofiarą populistów i zaakceptować, że „greckie przyjęcie” się skończyło.

Po trzecie, winni są wreszcie unijni politycy i urzędnicy. Najpierw byli ślepi na greckie oszustwa, a potem wraz z Grekami oszukiwali rynki, że jest lepiej niż w rzeczywistości.

No i w końcu, po czwarte, winni są bankierzy. Ich oportunistyczne zachowanie tylko spotęgowało kryzys. Bezmyślnie pożyczali pieniądze Grecji, wiedząc, że jakby co politycy przyjdą im z pomocą. Efekt Lehman Brothers. Kapitalizm dla wszystkich, tylko nie dla banków, tak?

Jak w tym wszystkim czuje się zwykły Grek, obywatel kraju zaliczanego do grupy „Świń” [PIGS, gospodarki niestabilne – przyp. red.]?

Nie jest mu raczej przyjemnie. Czuje, że go obrażają. Jest zły. Ale z drugiej strony Grecy sami w rozmowach między sobą często przyznają, że dużo w krytyce wobec nich jest prawdy.

Nawet ci młodzi, którzy protestują przeciwko cięciom wydatków i palą opony?

Nie jest pan sobie w stanie wyobrazić, jak bardzo młodzi Grecy są uzależnieni od państwa. Gdy idą na studia, patrzą wyłącznie na to, jaką pracę te studia dadzą im w sektorze publicznym. Najbardziej rozchwytywane kierunki to kierunki nauczycielskie i te związane z wojskiem i ogólnie  pojętnym sektorem militarnym. Tyle, że to nie wina Greków. Już za młodu są trenowani wręcz do bycia urzędnikami i pracownikami budżetówki, a sektor prywatny w Grecji nie jest w stanie zaoferować im alternatywy.

Dlaczego?

Bo bazuje na kontraktach z rządem i zaspokajaniu potrzeb rządu, a nie konsumentów. W efekcie oferuje jedynie niskopłatne prace. W dodatku mainstreamowa kultura grecka jest antyrynkowa, antyinnowacyjna, nie sprzyja przedsiębiorczości, jest przede wszystkim prointerwencyjna i prorządowa.

Czyli nie mają racji ci, którzy krytykują “neoliberalną” politykę za obecne kłopoty Grecji?

Przepraszam, ale o jaką neoliberalną politykę chodzi? Grecja to jeden z ostatnich bastionów socjalizmu na świecie. Z danych Banku Światowego wynika, że na 183 państwa świata, Grecja jest 109 pod względem łatwości prowadzenia biznesu. Wypada najgorzej wśród wszystkich państw UE i OECD. Z kolei w raporcie „Wolność ekonomiczna na świecie” Instytutu Frasera jest sklasyfikowana na równi z Rosją (81 miejsce na 141 możliwych).

Rankingi rankingami, ale może Pan podać kilka konkretnych dowodów?

Na co?

Na to, że Grecja to państwo socjalistyczne.

Ależ Grecja to jest przykład podręcznikowy, jeśli nie upadku państwa socjalistycznego, to przynajmniej upadłego państwa opiekuńczego! Przez ostatnie lata rząd wydawał średnio ok. 10,6 tys. euro na Greka w postaci różnych świadczeń socjalnych, z podatków był zaś w stanie zebrać jedynie 8,3 tys. euro na osobę. To daje przecież 2,3 tys. euro deficytu! Weźmy dwa, jak Pan chce, konkretne przykłady. Pensje i emerytury.

Pensje w sektorze publicznym pomiędzy rokiem 2006 a 2009 wzrosły o 30 proc., przy inflacji mniejszej niż 3 proc. Do tego zatrudnieni w budżetówce otrzymywali dwie dodatkowe pensje rocznie (na Boże Narodzenie i Wielkanoc), a prawo do szczodrej emerytury nabywali wraz z ukończeniem 58. roku życia.

Kobiety, które miały niepełnoletnie dziecko, mogły nawet odchodzić na emeryturę w wieku 50 lat! Średni wieki emerytalny w efekcie wynosił dla Greków 61 lat, gdy w Niemczech to o 6 lat więcej. Nic więc dziwnego, że 10 proc. Greków pracuje w sektorze publicznym. Jest to tym bardziej niebezpieczne, że ta część populacji, która przekroczyła 65 r. życia wzrośnie z 18 proc. społeczeństwa obecnie do 25 proc. w 2030 r.

Niektórzy powiedzą: państwo opiekuńcze kosztuje, ale przynajmniej w zamian za to zapewnia obywatelom poczucie bezpieczeństwa i ogranicza nierówności.

Nie w Grecji! Choć w teorii edukacja i ochrona zdrowia jest w Grecji darmowa, greckie rodziny opłacają w rzeczywistości ok. 45 proc. kosztów.

No, tak – podatkami.

Nie, łapówkami. Zwłaszcza dla lekarzy i pielęgniarek. 2,5 proc. greckich gospodarstw rocznie bankrutuje ze względu na wysokie koszty usług medycznych. W przypadku edukacji, mimo że jest darmowa, Grecy wydają na nią (głównie na korepetycje) więcej niż inni obywatele UE. Kwestia nierówności społecznych, o której Pan wspomniał, również jest nierozwiązana. Wskaźnik efektywności przyznawania pomocy socjalnej i tego, czy rzeczywiście zmniejsza ona biedę, jest najgorszy w całej Europie. Wynosi 4 proc., gdy średnia unijna to 31 proc., a kraje skandynawskie osiągają nawet 70 proc.

Da się Grecję uratować?

Oczywiście. Wystarczy zrobić to, czego nie zrobiono dotąd. Szkoda, że w pierwszej kolejności skupiono się na ratowaniu największych europejskich banków eurostrefy, a nie Grecji. Nikt nie wymusił na niej prawdziwego cięcia wydatków, deregulacji, czy prywatyzacji.

Lewicowcy nazwaliby to „neoliberalną mantrą”.

Recepty obecnie rządzących robią z Grecji człowieka, który aby schudnąć, ucina sobie nogę. Mam na myśli ogólne bezmyślne cięcia płac i podwyżki podatków w bezpośredniej reakcji na kryzys. Jak pan to nazwie?

Ja nazwałbym to głupotą. Może należy po prostu porzucić euro i wrócić do drachmy?

Nie! To byłoby niebezpiecznie. Nie chodzi o konsekwencje ekonomiczne, a społeczno-polityczne. Grecja zamieniłaby się w polityczne piekło. Trzeba dobrze znać grecką historię, żeby to rozumieć. Grecy poczuliby się odrzuceni przez Europę. A ja sądzę, że dla eurostrefy jest nadzieja, upadek nie jest nieunikniony. Istnieją sposoby i instrumenty – unia fiskalna i polityka zrównoważonego budżetu na przykład – które mogą w tym pomóc. One są kosztowne, ale każde dobre rozwiązanie ma swój koszt.

Jak wygląda sytuacja polityczna Grecji obecnie?

Mamy teraz w zasadzie koalicję rządzącą, której głównym zadaniem jest uniknięcie wydalenia z eurostrefy i twardego bankructwa. Otrzymaliśmy właśnie szóstą transzę unijnej pomocy i mamy teraz wystarczająco dużo pieniędzy, by wypłacić budżetówce pensje w grudniu. Co dalej? Nie wiem. Naprawdę.

30 proc. Greków wierzy, że fakt, iż Lucas Papademos składał przysięgę jako 11. premier od upadku dyktatury militarnej w 1974 r. w dniu o wymownej dacie 11.11.11 nie jest przypadkowy. W przyszłym roku wybory – na kogo ci ludzie zagłosują?

Rozmawiał Sebastian Stodolak

Aristides N. Hatzis jest profesorem Uniwersytetu Ateńskiego. Zajmuje się ekonomią prawa, ekonomią instytucjonalną, teorią racjonalnych oczekiwań, regulacjami gospodarczymi, a także filozofią. Prowadzi bloga poświęconego sytuacji kryzysowej w Grecji. Jest autorem książki „Ekonomiczna analiza prawa: perspektywa europejska”.


Tagi


Artykuły powiązane