Imigranci rzadko wpływają na gospodarkę kraju, który wybiorą

25.02.2011
Europejscy przywódcy zaczęli otwarcie krytykować dotychczasowe rozwiązania imigracyjne. Premier Wielkiej Brytanii twierdzi, że imigranci wywołują kryzysy gospodarcze, Włosi boją się najazdu imigrantów z krajów ogarniętych rewolucją. Ekonomista z Oxfordu Martin Ruhs twierdzi, że wpływ imigrantów na gospodarkę może być bliski zeru.

Imigranci z Afryki Północnej na włoskiej wyspie Lamepedusa (CC BY noborder network)


Obserwator Finansowy: Czy, gdy premier David Cameron mówi, że imigranci nie pomagają w rozwoju gospodarki Wielkiej Brytanii, ma rację? Do tej pory zwykło sie uważać, że napływ siły roboczej do krajów Zachodu raczej pomaga niz szkodzi gospodarce.

Martin Ruhs: Nikt dokładnie nie zbadał, jaki wpływ na kondycję gospodarki brytyjskiej mieli imigranci. Istnieje bardzo dużo badań na temat ekonomicznego wpływu imigracji na gospodarkę poszczególnych państw. To są badania bardzo skomplikowane i bardzo zawodne, bo na tę kwestię składa się cała masa czynników. Nie tylko czysto ekonomicznych, lecz także kulturowych i społecznych. Zdecydowana większość literatury ekonomicznej wskazuje jednak, że przyjmowanie imigrantów jest korzystne. Nic mi również nie wiadomo o badaniach, które stwierdzałyby, że gdzieś kiedyś imigranci wywołali, choćby częściowo, kryzys gospodarczy.

Czyli twierdzenie premiera jest bezpodstawne.

Nie do końca. Po pierwsze ta korzyść wcale nie musi być duża. Niektórzy badacze wskazują co prawda, że odkąd Wielka Brytania otworzyła się na imigrantów, jej PKB bardzo wzrosło. Z drugiej strony, jeśli popatrzy się na wskaźnik PKB per capita okaże się, że te wzrosty tylko wydawały się duże, bo po prostu więcej ludzi pracowało. W ujęciu jednostkowym były zaś wręcz niezauważalne. Dzięki imigrantom Brytyjczycy są bogatsi jedynie o 10 funtów na głowę rocznie.

Czy w takich szacunkach bierze się pod uwagę, co by było, gdyby Wielka Brytania zamknęła granice? Może wtedy wyszłaby z kryzysu szybciej…

Z całą pewnością nie wyszłaby szybciej z kryzysu. Trzeba tu wziąć pod uwagę fakt, że wskaźnik PKB nie powie wszystkiego o jakości imigrantów. Co innego na przykład, jeśli ściągamy do siebie niewykwalifikowaną siłę roboczą, a co innego, gdy ściągamy specjalistów. W Wielkiej Brytanii – proszę pozwolić mi się trzymać tego przykładu – bardzo wiele osób z zagranicy pracuje w służbie zdrowia. Lekarze i pielęgniarki. Gdyby nie oni, sami nie bylibyśmy w stanie wykształcić wystarczającej liczby specjalistów, mielibyśmy na rynku niedobory. Z drugiej strony niewyspecjalizowana siła robocza, na przykład robotnicy budowlani, zajmuje te miejsca pracy, na których Anglik ze względu na swój status materialny pracował już nie będzie.

Ale Anglicy nadal narzekają, że imigranci odbierają im miejsca pracy.

Badania wykazują minimalny, albo żaden wpływ przypływu imigrantów na zwiększenie bezrobocia wśród tubylców. Oczywiście zdarza się jednostkowo, że imigranci „wygryzą” kogoś z danego stanowiska, ale dzięki zatrudnieniu obcej i tańszej siły roboczej firmy często zwiększają produktywności i zyski, a w efekcie kreują większą liczbę miejsc pracy. Zyskują więc ostatecznie i tubylcy, i imigranci. Tym, co wywołuje społeczny sprzeciw w Wielkiej Brytanii przeciwko imigrantom jest raczej fakt, że napływają oni zbyt szybko. To coś w rodzaju szoku kulturowego. Brytyjska populacja rośnie w 66 procentach dzięki imigrantom! Istnieje zagrożenie, że brytyjski system socjalny nie wytrzyma tego napływu. Poprzedni rząd być może faktycznie przesadził z hurraoptymistycznym podejściem do imigrantów i nie brał pod uwagę tego typu kosztów. Polityka wobec imigrantów to bardzo delikatna sprawa, łatwo pójść w skrajności. Wtedy imigracja staje się poważnym problemem społecznym i przestaje być dobrodziejstwem. Sądzę, że potrzeba tu rozwiązań promujących konkretne grupy imigrantów.

Podobno brytyjski rząd zastanawia się, czy umożliwić zagranicznym inwestorom kupno obywatelstwa. Mieliby w zamian przyczyniać się do wzrostu gospodarczego Wielkiej Brytanii, płacąc tam podatki. O taką politykę chodzi?

Mniej więcej. Zresztą takie praktyki to nic nowego. Na przykład Kanada umożliwia inwestorom niemal natychmiastowe osiedlenie się w kraju, jeśli są w stanie udowodnić, że stworzą nowe miejsca pracy. Australia również przyciąga imigrantów. To kraje, jeśli można tak powiedzieć, z ogólnym niedoborami ludzi, więc emigracja jest tam pożądana nie tylko ekonomicznie, lecz także demograficznie.

Jednym z zarzutów wobec wolnych migracji jest to, że emigranci nie przyczyniają się do wzrostu dobrobytu we własnej ojczyźnie. Czy z punktu widzenia ekonomii to prawda?

Coś musi być nie tak w tym twierdzeniu, skoro istnieje też przeciwne i z reguły głoszone przez te same osoby – że niszczą gospodarkę kraju, do którego emigrują. Oba twierdzenia, jeśli prezentuje się je w takich bezwzględnych wersjach, są oczywiście nieprawdziwe. Emigranci wysyłają pieniądze swoim rodzinom, które wydają je albo na konsumpcję, albo inwestują. I w ten i w ten sposób napędzają ojczystą gospodarkę. Ale nie przeceniajmy znaczenia tego zjawiska. Emigracja nie może być strategią rozwoju żadnego kraju.

Czy w świetle tego, co Pan mówi, Włosi powinni obawiać się najazdu imigrantów, np. z pogrążonej w zamieszkach Libii?

Wątpię, żeby wszyscy, którzy wyemigrują z Libii skierowali się do Włoch. Włosi jednak oczywiście muszą być ostrożni, bo trudno powiedzieć, ilu ostatecznie przybyszów powitają. Jakie będą efekty ich pojawienia się? Chciałbym Panu odpowiedzieć, ale… nie wiem. Wątpię, by ktokolwiek to wiedział.

Rozmawiał: Sebastian Stodolak

Dr Martin Ruhs jest ekonomistą oksfordzkiego ośrodka badań nad migracjami Compas


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test