Kolejna odsłona wojen walutowych

14.06.2019
W dobie narastających napięć handlowych, wojny walutowe stają się jednym z ich ważniejszych frontów. Rząd USA stworzył nawet listę swoistego rodzaju agresorów, do których dołączył ostatnio Singapur.


Pojęcie wojen walutowych zostało ukute w 2010 r. przez byłego ministra finansów Brazylii Guido Mantengę. Sama historia tychże wojen jest jednak znacznie dłuższa. Każdy kraj rezerwuje sobie prawo do dewaluacji swojej waluty. Natomiast żaden kraj nie lubi dewaluacji, wtedy kiedy odwołuje się do niej jego ważny partner handlowy. Jedni nazwą tego rodzaju podejście mianem mentalności Kalego, inni użyją bardziej wyrafinowanego stwierdzenia, uciekając się do powiedzenia angielskiego Begging thy neighbour policy, które można dość kolokwialnie przetłumaczyć na polski jako politykę puszczania sąsiada z torbami.

Nie bez przyczyny tego rodzaju sformułowanie bierze się z języka angielskiego. To właśnie Brytyjczycy we wrześniu 1931 r. przetestowali na reszcie świata narzędzie jakim była dewaluacja funta. Wkrótce na podobne rozwiązanie zdecydowali się Amerykanie. Sęk w tym, że nie wszyscy naraz mogą odwoływać się do słabej waluty. Dlatego inne kraje, które postanowiły pozostać przy stałym kursie walutowym (w tym Polska) postanowiły bronić się między innymi za pomocą arsenału polityki celnej. Kryzys w międzynarodowym systemie walutowym z lat trzydziestych zakorzenił się tak głęboko w pamięci współczesnych, że dołożyli oni (a raczej ich główni decydenci) wszelkich starań, aby do podobnych napięć nie miało dojść. Temu przynajmniej miał służyć powstały w 1944 r. system z Bretton Woods. Nie był on jednak w stanie uchronić przed kolejnymi napięciami. Wystarczy przypomnieć dewaluacje funta, franka francuskiego czy rewaluację marki niemieckiej. Trzeba jednak przyznać obiektywnie, że żadna z wielu korekt przeprowadzanych w ramach systemu z Bretton Woods nie była tak brzemienna w skutki jak dewaluacja funta z 1931 r.

Upadek systemu z Bretton Woods dał początek wielodewizowemu systemowi walutowemu, który między innymi na skutek tzw. drugiej poprawki (tzw. porozumienie z Jamajki) naniesionej do statusu MFW miał się opierać na kursach płynnych, czyli wyznaczanych przez rynek. Szybko jednak okazało się, że oddziaływania sił rynkowych na mechanizmy kursowe poszczególnych krajów różnią się diametralnie.

Niemal przez pierwsze ćwierćwiecze opisywanego tutaj systemu uwaga wszystkich koncentrowała się na napięciach na linii USA – Japonia. Nie ulega wątpliwości, że kurs jena do dolara USA podlegał ogromnym wahaniom i był on najczęściej albo niedowartościowany, lub przewartościowany. Literatura na ten temat jest szeroka i nawet jej telegraficzne streszczenie wychodziłoby poza ramy tego tekstu. W okresie tych napięć przełomowy okazał się wrzesień 1985 r., kiedy doszło do historycznego porozumienia dotyczącego skoordynowanego spadku wartości dolara USA między USA a Japonią, Niemcami, Wielką Brytanią oraz Francją, zawartego w nieistniejącym już hotelu nowojorskim La Plaza. Z upływem czasu porozumienie La Plaza stało się synonimem początku końca japońskiego cudu gospodarczego, albo wręcz początkiem drogi, która zaprowadziła Japonię w krainę deflacji i wszystkich związanych z nią problemów.

W okresie tych napięć przełomowy okazał się wrzesień 1985 r., kiedy doszło do historycznego porozumienia dotyczącego skoordynowanego spadku wartości dolara USA między USA a Japonią, Niemcami, Wielką Brytanią oraz Francją

Nie wchodząc w szczegóły porozumienia, wystarczy powiedzieć, że otworzyło ono drogę do ogromnej aprecjacji jena. Aby zrozumieć jej rozmiar, to wystarczy dodać, że jeszcze we wrześniu 1985 r. za dolara płacono ponad 240 jenów, tak pod koniec 1987 r. za tego samego dolara płacono już nieco ponad 120 jenów. Tak ogromna skala aprecjacji stała się prawdziwym wyzwaniem dla japońskich eksporterów. Chcąc minimalizować skutki tej aprecjacji, władze japońskie zaczęły uciekać do ultra ekspansywnej polityki pieniężnej. Z kolei bardzo niskie stopy procentowe doprowadziły do bańki spekulacyjnej zarówno na rynku nieruchomości, jak i akcji. Wystarczy powiedzieć, że niemal trzydzieści lat od krachu indeks Nikkei daleki jest nadal od poziomów notowanych w drugiej połowie 1989 r.

Kiedy Japonia coraz bardziej pogrążała się w pułapce deflacyjnej, na horyzoncie zaczął wyłaniać się kolejny kraj, który znalazł się na celowniku USA. Chodzi oczywiście o Chiny. Niemal każdy ekonomista chiński z którym rozmawiałem, tłumaczył mi, że dla władz w Pekinie priorytetem jest niedopuszczenie do powtórki z La Plaza. Będące ciągle na dorobku Chiny nie mogą sobie na to pozwolić.

Oczywiście od porozumienia z La Plaza minęła ponad jedna trzecia wieku. Świat się zmienił nie do poznania. Mimo tych zmian, hasło polityki puszczania sąsiada z torbami było, jest i nadal pozostaje bardzo aktualne. Z naprawdę nielicznymi wyjątkami, władze największych krajów na świecie niemal w ogóle nie interweniują już na światowych rynkach walutowych. Dzieje się tak nie za sprawą wzrostu poczucia odpowiedzialności i troski o dobro wspólne. Główną przyczyną tego, że władze walutowe rzadziej interweniują jest wzrost rozpiętości między ich dość skromnymi rezerwami walutowymi a naprawdę gigantycznym wzrostem obrotów na rynku walutowych.

Nie oznacza to, że władze w ogóle nie sięgają do interwencji monetarnych. Bo jak inaczej można nazwać operację luzowania ilościowego?

W erze niemal zerowych stóp procentowych oraz ogromnego zasilania systemów finansowych w płynność, poszukiwacze wysokich zysków zwrócili się w kierunku gospodarek wschodzących, gdzie oprocentowanie nadal pozostawało na stosunkowo wysokim poziomie. Dlatego właśnie minister finansów Brazylii, Guido Mantenga powiedział w 2010 r. że świat znalazł się w środku wojen walutowych. Większość gospodarek wschodzących bazuje swój rozwój na eksporcie. Tym samym ogromny napływ kapitału z krajów wysoko rozwiniętych i odwołujących się do luzowania ilościowego sprzyjał wręcz potężnej aprecjacji wielu walut wschodzących. Nie trzeba tłumaczyć, że taka aprecjacja stanowiła ogromne niebezpieczeństwo dla wzrostu gospodarczego tychże krajów.

Etap wojen walutowych, o których wspominał Guido Mantenga, został zakończony niemal z dnia na dzień, a dokładniej z chwilą ogłoszenia tzw. taperingu czyli intencji nawet nie odchodzenia od luzowania ilościowego, ale jego ograniczania. Słynne przemówienie byłego prezesa FED Bena Bernankego miało miejsce w maju 2013 r. i przyczyniło się między innymi do spadku wartości wielu walut wschodzących. Rzecz w tym, że sama zapowiedź ze strony FED została odebrana jako początek końca ultra ekspansywnej polityki monetarnej i tym samym zachęciła inwestorów do porzucenia wybranych walut wschodzących na rzecz właśnie dolara USA. Wojny walutowe z lat 2010-2013 cechowały się przede wszystkim tym, że to de facto kraje wysoko rozwinięte (a USA w szczególności) były swoistego rodzaju agresorem za sprawą prowadzenia przez ich władze monetarne super ekspansywnej polityki pieniężnej.

USA słyną z tego, że niemal w ogóle nie przejmują się słabością dolara. Już w 1971 r. Sekretarz Skarbu w administracji Prezydenta Richarda Nixona John Connally powiedział, że dolar jest walutą USA, ale ten sam dolar (jego spadek w domyśle) jest już problemem reszty świata. Obojętność USA na notowania dolara zmienia się wtedy, kiedy to inne kraje starają się o niedopuszczenie do wzrostu wartości ich walut względem właśnie dolara.

O napięciach Waszyngton Pekin za sprawą niedowartościowania kursu renminbiego napisano tomy. Jak się okazuje, uwaga władz walutowych nie tylko koncentruje się na walucie chińskiej. W gronie walut cieszących się wzmożonym zainteresowaniem władz USA znajduje się przynajmniej dziewięć innych walut. Jako ostatni do tego dość „elitarnego grona” dołączył dolar singapurski. W prasie międzynarodowej mówi się potocznie o liście ostrzeżeń, czyli tzw. currency watch list. W rzeczywistości chodzi o sporządzany (w odstępach sześciomiesięcznych) na potrzeby Kongresu przez odpowiednik amerykańskiego ministerstwa finansów (US Department of Treasury) raport o nazwie Macroeconomic and Foreign Exchange of Major Trading Partners of the United States . Inicjatywa pisana takich raportów sięga aż roku 1988.

Na mocy aktu (The Omnibus Trade and Competitiviness Act of 1988), Sekretarz Skarbu musi de facto ocenić, czy kraje manipulują kursem walutowym swojej waluty względem dolara USA w celu uniknięcia efektywnego procesu dostosowania w bilansie płatniczym, czy też w celu uzyskania nieuzasadnionej (unfair) przewagi konkurencyjnej w handlu międzynarodowym.

Przy ocenie poszczególnych krajów, stosowane są trzy kryteria, których treść uległa zmianie cztery lata temu na mocy aktu o nazwie The Trade Facilitation and Trade Enforcement Act of 2015. O ile do 2015 r. raport ten przyglądał się 12 największym parterom handlowym USA, tak od ostatnich czterech lat na warsztat jest brany każdy kraj, którego bilateralne obroty handlowe z USA przekraczają 40 mld dolarów. Pierwszym kryterium (które nie uległo zmianie na skutek reformy z 2015 r.) jest wielkość nadwyżki w bilansie handlowym z USA. Chodzi o granicę 20 mld dolarów. Innymi słowy, jej przekroczenie oznacza uwzględnienie kraju na liście ostrzeżeń. Kolejnym kryterium jest nadwyżka na rachunku obrotów bieżących. Do 2015 r. granicą były nadwyżki rzędu 3 proc. PKB, teraz próg został zmniejszony do 2 proc. PKB. Trzecim kryterium jest nabywanie przez dany kraj walut obcych w ujęciu netto. Granicą bezpieczeństwa (po przekroczeniu której jest się wpisywanym na listę ostrzeżeń) jest próg 2 proc. PKB. O ile jednak, do 2015 r. budzący zastrzeżenia kraj musiał interweniować przez 8 miesięcy na przestrzeni ostatnich dwunastu miesięcy, tak teraz granica została obniżona do sześciu miesięcy.

Aby znaleźć się na liście ostrzeżeń trzeba przekroczyć przynajmniej dwa z trzech wyżej opisanych kryteriów. Jak już dany kraj znajdzie się na liście, do będzie on monitorowany przynajmniej przez dwie kolejne edycje raportu po to, aby mieć pewność czy ewentualna poprawa w przestrzeganiu praktyk wolnego handlu ma charakter trwały.

Obok wspomnianych Chin na omawianej liście ostrzeżeń znajdują się także Japonia, Korea Południowa, Niemcy, Włochy, Irlandia, Malezja, Wietnam oraz dołączony w najświeższej edycji Singapur. Natomiast dwa kraje zostały właśnie usunięte z listy ostrzeżeń. Chodzi o Indie oraz Szwajcarię. Pytanie jest takie, czy obecność na liście ostrzeżeń pociąga za sobą jakieś skutki, nawet o charakterze reputacyjnym. Raczej nie. Jak zauważył jeden z obserwatorów, włączenie na taką listę oznacza bycie w dobrym towarzystwie. Warto też pamiętać o tym, że od 1994 r. żaden kraj (włącznie z Chinami) nie został określony przez USA mianem manipulatora walutowego (currency manipulator). Niemniej władze monetarne Singapuru niemal natychmiast po ogłoszeniu ostatniej edycji raportu zakomunikowały, że nie manipulują kursem walutowym w celu uzyskaniu przewagi w eksporcie.

Sama idea raportu wydaje się w ogóle dziwna i od razu stawia kolejne pytanie. Kto dał USA prawo do oceniania innych? Ponadto dokładna lektura tego raportu pozwala chwilami myśleć o tym, że do jego autorów jeszcze nie dotarło to, że Włochy już nie używają swoje własnej waluty (czyli lira włoskiego) i w efekcie tego rodzaju postawa wystawia sam raport na swoistego rodzaju śmieszność. Niemiej sam fakt nadaniu takiego rozgłosu jego najświeższej edycji świadczy niestety o stale rosnących napięciach w handlu międzynarodowym.

Opinie wyrażone przez autora nie reprezentują oficjalnego stanowiska NBP.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test