Kolejny New Deal w Ameryce według Elizabeth Warren

25.11.2019
Za rok wybory prezydenckie w USA. Interesuje się nimi także zagranica, ponieważ od biegu spraw w Stanach zależy ciągle los świata. Zmienne decyzje Donalda Trumpa pogłębiają nieprzewidywalność. Elizabeth Warren – jego rywalka od Demokratów głosi program tak przewidywalny, że biznes aż drży z obaw.

Elizabeth Warren Fot. PAP


Wprawdzie nie wiadomo jeszcze, kto będzie kandydatem Partii Demokratycznej, ale senator Warren ma bardzo duże szanse, niektórzy są wręcz pewni, że pokona w prawyborach b. wiceprezydenta Joe Bidena. Ponieważ prezydent Trump ma z kolei poparcie tylko mniej więcej połowy wyborców, to warto wiedzieć zawczasu, z jakim programem występuje jego silna rywalka.

Elizabeth Warren zapowiada posunięcia odważne, ale jeszcze nie skrajne. Powtarza, że jest „a capitalist to my bones”, czyli czuje kapitalizm w kościach. Zgodnie z subtelnym znaczeniem tego idiomu wie zatem, że kapitalizm to jest to, ale nie do końca rozumie – dlaczego. Podkreślała nie tak dawno, że „uwielbia to, co rynki mogą zdziałać dla nas”, dodając jednak zaraz, że „chodzi o rynki sprawiedliwe, przyzwoite, regulowane”.

Jej potencjalny elektorat chce znoszenia nierówności, nie znosi bogaczy i wielkich koncernów. Gdyby Warren objęła urząd prezydenta, a jej program wyborczy przypadkiem stał się ciałem, mielibyśmy XXI-wieczny New Deal w Ameryce, ale z wyraźnym przesunięciem akcentów.

Zapobieganie w miejsce interwencji dochodowej

Pani senator była profesorem na Harvardzie, więc znacznie łatwiej niż inni politycy przyswaja dorobek naukowców. Z jej programowych zapowiedzi wynika, że jest pod wpływem zapatrywań profesora z Yale Jacoba Hackera, który próbuje przekonywać, że redystrybucję trzeba zastąpić działaniami nazywanymi przez niego predystrybucją. W zainteresowaniu tym novum Warren nie jest jedyna. Swego czasu mówił o jego wdrażaniu ówczesny szef brytyjskiej Partii Pracy – Ed Milliband.

Redystrybucja to korekty w poziomach dochodów za pomocą wsparcia dla biednych i niezamożnych finansowanego przez rządy podatkami. Predystrybucja to zapobieganie ostrym rozwarstwieniom dochodowym. Pierwszy z brzegu mechanizm predystrybucji to urzędowe podwyższanie płacy minimalnej w kontrze do restrybucyjnych ulg podatkowych dla mniej zarabiających. Predystrybucja to więcej usług publicznych i podnoszenie dochodów rynkowych, np. w efekcie wyznaczania i egzekwowania standardów zatrudnienia, a redystrybucja to powiększanie dochodów za pomocą interwencji podatkowej i transferów. Intuicja liberalna podszeptuje, że podejście predystrybucyjne byłoby słuszniejsze, ale drugie ma przewagę, bo jest rozpoznane, wyćwiczone i w razie konieczności jest stale na podorędziu.

Jacob Hacker polemizuje z poglądem, że rosnące w USA nierówności są efektem przełomów technologicznych i globalizacji, sądzi, że są wynikiem zaniedbań ze strony rządu. Uważa, że koniecznym uzupełnieniem działań w celu wzrostu dochodów na dole drabiny jest ograniczanie niesprawiedliwie astronomicznych dochodów na jej szczytach. Nie jest przy tym adwokatem rosnącej interwencji rządowej. Jest zdania, że wolny dostęp do dobrej, bezpłatnej edukacji, pełnopłatnych urlopów i opieki nad dziećmi, a z drugiej strony dobre zarobki, to bramy prowadzące do społeczeństwa obywatelskiego, bez którego jesteśmy między Scyllą nieskrępowanych niczym rynków, a Charybdą przesadnej zależności od rządów.

Jak wyglądałyby poglądy Hackera sprzęgnięte z programem politycznym Elizabeth Warren? Głównym jego punktem jest podniesienie dobrostanu tzw. zwykłych Amerykanów. Pani senator z Massachusetts wysuwa na pierwszy plan program Medicare for All, czyli powszechnej, bezpłatnej ochrony zdrowia. Wg wyliczeń Urban Institute, utrzymanie w Stanach czegoś takiego przez 10 lat kosztowałoby nie mniej niż 34 bln (34 000 mld) dolarów. E. Warren zakłada bardzo odważnie, że dzięki zmniejszeniu kosztów administracyjnych w ubezpieczeniach medycznych, obniżeniu tempa wzrostu kosztów opieki medycznej i leków oraz kilku innym wysiłkom, kwotę tę uda się obniżyć do 20,5 bln (20 500 mld) dolarów.

Inne elementy prospołeczne jej potencjalnej prezydentury to rozszerzenie zakresu emerytur i rent z Social Security, bezpłatne publiczne szkolnictwo wyższe, skreślenie zadłużenia z tytułu czesnego za studia, rozwiązania w zakresie powszechnej opieki nad dziećmi.

Podwyżki i nowe podatki po wygranej Warren

Koszty byłyby przeogromne, ale na wzbierającej fali oporu przeciw nierównościom i niechęci do bogatej, ale i sporej mniejszości (wg. Credit Suisse Global wealth report 2019, w USA jest ponad 18,6 milionów milionerów, czyli tyle, ile połowa mieszkańców Polski), więcej niż kiedyś Amerykanów wiwatuje na te zapowiedzi niż na nie buczy.

Koszty radykalnego podniesienia wydatków socjalnych musiałyby zostać pokryte, a tymczasem założony deficyt obecnego budżetu federalnego wynosi aż ponad 1,1 bln (1 100 mld) dolarów. Źródłem pokrycia mają być oczywiście podatki, bo cóż innego, gdy dług publiczny już jest ogromny?

Prezydent Trump nie mydlił nikomu oczu i doprowadził do obniżenia CIT w USA z 35 proc. stawki podstawowej w 2017 r. do 21 proc. obecnie. Senator Warren mówi nie tylko o powrocie do przeszłości w tym zakresie, ale również o nałożeniu nowych obciążeń, zwłaszcza na wielkie, ale także duże firmy. Zyski przekraczające pułap 100 mln dol. miałyby zostać obciążone dodatkowo w wysokości 7 proc. Utrudnione miałyby zostać manipulacje pozwalające korzystać z najrozmaitszych ulg i zwolnień.

Znacznie wyższe podatki zapłaciłyby firmy private equity, które stały się bardzo istotnym źródłem kapitału w transakcjach fuzji i przejęć. Logika tego posunięcia sprowadza się do konstatacji, że akwizycje to rosnąca koncentracja, co przekłada się na rosnące nierówności. Bain & Company szacuje globalną wartość inwestycji dokonanych w 2018 r.  przez firmy private equity na 582 mld dol. z czego ok. połowa to ich aktywność w USA.

Zagrożone są bardzo wysokie wynagrodzenia i inne apanaże. Bez wchodzenia w szczegóły, skutek miałby być taki, że jeśli obecnie 0,01 proc. najbogatszych obywateli oddaje w podatkach jedną trzecią swoich dochodów przed opodatkowaniem, to po wdrożeniu zamierzeń senator Warren byłoby to 61 proc., czyli musieliby oddać fiskusowi dobrze ponad połowę dochodów brutto.

W zakładanym podatku od transakcji finansowych odbijają się echa pomysłu nieżyjącego od dawna noblisty Jamesa Tobina, który proponował podatek od transakcji walutowych. Zakup akcji, obligacji i innych papierów dłużnych obciążany ma być podatkiem w wysokości 0,1 proc. ich wartości. Ta sama stawka obowiązywałaby dla całości płatności związanych z zakupem tzw. instrumentów pochodnych.

Podatek majątkowy

Największy chyba hałas jest wokół podatku majątkowego (wealth tax). Warren jest mniej radykalna od swego rywala z tej samej partii  – sędziwego socjalisty Bernie Sandersa i nie proponuje krańcowej stawki w wysokości 8 proc. Jej umiarkowanie polega na proponowaniu 2 proc. podatku od wartości netto gospodarstwa domowego znajdującego się w przedziale 50 mln – 1 mld dolarów oraz 6 proc., gdy majątek rodziny przekroczy 1,1 mld dol. Z wyliczeń jej sztabowców wynika, że byłoby z tego przez 10 lat 2,75 bilionów (2 750 mld) dolarów wpływów do budżetu. Pani senator udostępniła internetowy kalkulator dla superbogaczy, żeby mogli sprawdzić, ile zapłaciliby super ekstra pod jej rządami. Bill Gates z majątkiem netto w wysokości 107 mld dol. miałby w pierwszym roku do uregulowania dodatkowo 6 mld 379 mln dolarów.

Bill Gates z majątkiem netto w wysokości 107 mld dol. miałby w pierwszym roku do uregulowania dodatkowo 6 mld 379 mln dolarów.

Właściciel Microsoftu nie okazał zrozumienia. Powiedział, że zapłacił w podatkach 10 mld dol., więcej niż ktokolwiek inny. Gdyby miał zapłacić 20 miliardów, nie miałby z tym problemu, ale zabrać mu 100 miliardów i zostawić ledwo siedem – z tym by walczył.

Bill Gates i jemu podobni mają swoje dobre racje. Z wypowiedzi Sandersa i Warren wynika, że podatek miałby charakter perpetuum mobile, czyli pobierany byłby co roku, więc łatwo sobie wyobrazić, że po niewielu latach, bez szybkiego pomnażania fortuny, a więc „żerowania” na konsumentach, Gates stałby na Wall Street w samej tylko bieliźnie. Przede wszystkim jednak byłyby monstrualne problemy i spory związane z wyliczaniem wartości majątku netto. Nie chodzi przy tym o przeskalowane nieruchomości, jachty pełnomorskie i floty rolls-royce’ów, które mają najczęściej ceny umowne – nie katalogowe.

Najwięcej szumu byłoby wokół wycen aktywów pracujących na przychody i zyski, bo te też są warte tyle, ile ktoś chce za nie zapłacić, a zdolnych do zakupu od ręki biznesów wycenianych na oko lub na giełdzie na dziesiątki i setki miliardów nie ma nigdzie na pęczki. Poza tym, majątki współczesnych krezusów nie są płynne – wielu miałoby zapewne kłopot, żeby z tygodnia na tydzień, a zapewne także z miesiąca na miesiąc zebrać w gotówce nawet marne kilkaset milionów. Wg spekulacji Forbesa dotyczących stanu posiadania prezydenta, Donald Trump musiałby zapłacić 145 mln dol., a chociaż jego majątek ma mieć wartość 3,1 mld dol., to w gotówce i bardzo płynnych aktywach ma podobno „zaledwie” 160 milionów.

Podzielony Google i Amazon?

W programie E. Warren są także pozapodatkowe regulacje. Jest zwłaszcza zapowiedź ograniczania koncentracji ex ante i ex post. William Taft miał odwagę dopilnować podziału Standard Oil, więc Elizabeth Warren rozłupująca Google, Amazona i Facebooka nie byłaby prekursorką. Daleko idące byłyby skutki spełnienia planu nałożenia na sektor private equity odpowiedzialności za zadłużenie i fundusze emerytalne przejmowanych przedsiębiorstw. Częste są opinie, że byłby to „killer” dla tej formy inwestycji prywatnych.

Facebook musiałby pozbyć się Whatsappa i Instagrama. Google – platformy ogłoszeniowo-reklamowej, Amazon nie mógłby używać platformy sprzedażowej do własnej działalności detalicznej.

Banki miałyby zostać znowu podzielone na detaliczne – zbierające depozyty i inwestycyjne. Unieważnione miałyby zostać wielkie fuzje, a Facebook musiałby pozbyć się Whatsappa i Instagrama. Google musiałby sprzedać swoją platformę ogłoszeniowo-reklamową, Amazon nie mógłby używać swojej platformy sprzedażowej do własnej działalności detalicznej. W dużych przedsiębiorstwach 40 proc. składu w radzie dyrektorów stanowiliby przedstawiciele zatrudnionych. Firmy z przychodami rocznymi powyżej 1 mld dol. musiałyby mieć rodzaj rządowego dopuszczenia w formie Federal Charter. Karta miałaby nakładać na dyrektorów obowiązek uwzględniania nie tylko interesu właścicieli/udziałowców, ale również rozpatrywania skutków działalności firmy dla jej pracowników, dostawców, sąsiedztwo, środowisko… Pracownicy nie musieliby podpisywać zobowiązań w rodzaju zakazu konkurencji, a zatrudniani dorywczo w tzw. gig economy otrzymywaliby stałe umowy o pracę.

W programie E. Warren pojawiają się elementy etatyzmu i protekcjonizmu. Senator wierzy, że utworzenie Ministerstwa Rozwoju Gospodarczego przyczyni się do tworzenia miejsc pracy. Produkty, które zostały opracowane za rządowe fundusze na badania i rozwój musiałyby być wytwarzane w USA, a komitety reprezentujące grupy pracowników, tereny wiejskie i regiony miałyby prawo kontestowania układów handlowych z zagranicą budzących ich niepokój. W części środowiskowo-klimatycznej programu pani senator najistotniejsze wydaje się przyspieszenie rezygnacji z energetyki atomowej oraz zakaz frackingu, czyli de facto wydobycia gazu i ropy z łupków. O wyrafinowaniu i głębi refleksji to nie świadczy.

Program bez szans na realizację, ale rozmawiać o nim warto

Szczegółowa ocena programu pretendentki nie ma sensu, bo nawet w wypadku uzyskania nominacji Demokratów, a następnie wygranej z Trumpem nie zostanie on wdrożony w życie. Ameryka nie jest na takie rozwiązania gotowa, szanse mają jedynie pojedyncze elementy. Zapowiedzi i obietnice pani Warren mają jednak wielki walor – wyzwalają dyskusje, a z debat zawsze coś kiedyś wynika. Ja też mam swoje uwagi.

Wbrew temu co twierdzi prof. Hacker, a za nim także E. Warren, globalizacja jest główną przyczyną obecnych nierówności – zwielokrotniła wielkości rynków zbytu, a tym samym wolumenów marży, mimo że ceny jednostkowe mogły maleć i maleją. Dochody firm globalnych złożyły się na tysiące fortun indywidualnych. Chodzi również o globalizację w wymiarze technologicznym, ponieważ  w wielkim biznesie „społecznościowym” nie trzeba wiz, paszportów i deklaracji celnych, żeby zbierać grosik do grosika i zapychać nimi swoje sezamy.

W sprawie nierówności, które tak bardzo wadzą ludziom trzeba wysilić się bardziej, niż czynią to Sanders, Warren, ale także Warufakis i setki innych, którzy machają siekierką, a nawet toporem, bo lancet jest dla nich zbyt wyrafinowany.

W zakresie CIT można rozpatrzeć przejście od progów wartościowych na rzecz rentowności działalności gospodarczej liczonej w zależności od polityki w relacji do aktywów, kapitałów lub inwestycji, zakładając na początku dyskusji za i przeciw jakąś rentowność optymalną i opodatkowując następnie progresywnie tę coraz to wyższą i wyższą.

Można też podejść od strony sklepu z „zabawkami”. Z pomocą IT, w dającej się przewidzieć przyszłości można byłoby wyobrazić sobie warunki do egzekwowania rujnujących podatków od wydatków przekraczających np. 1 mln dolarów rocznie na członka najbliższej rodziny, czyli małżonków i ich dzieci.

Takich pomysłów może być i jest na kopy, ale warto też przyjąć do wiadomości, że podatkami można próbować zmniejszać nierówności, ale zawsze kończy się na próbach. W świecie definiowanym przez paradygmat wzrostu nierówności są nieuchronnością jak najbardziej oczywistą, zaś brak istotnych efektów w ograniczaniu nierówności jest równie oczywistym rezultatem skupiania się na skutkach bez rozprawy z przyczynami. Trzecia oczywistość to fakt, że nie umiemy wymyślić substytutu wzrostu.

Można też zaryzykować tezę, że w ten lub inny sposób dałoby się jednak zdławić wysokie nierówności. Trzeba jednak zdawać sobie sprawę, że ceną byłaby wolność. Alternatywa brzmi niestety: albo nierówności, albo wolność. Dopóki alternatywa ta będzie istnieć, dopóty warto gardłować przeciw tym pierwszym, lecz wybierać dla siebie i innych tę drugą.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test