Mit stabilnej kryptowaluty

05.10.2018
Choć szczyt mody na kryptowaluty zdaje się być już za nami, wciąż mnożą się jak grzyby po deszczu ich kolejne odmiany.

Barry Eichengreen (PS)


Wśród nowych pomysłów wyróżniają się tzw. stabilne kryptowaluty o tak wdzięcznych nazwach jak Tether, Basis czy Sagacoin, których kursy są sztywno powiązane z dolarem amerykańskim, euro lub koszykiem walut narodowych.

Nietrudno dostrzec na czym polega ich urok. Solidny pieniądz stanowi godny zaufania środek płatniczy, miernik wartości i środek tezauryzacji. Jednak kurs konwencjonalnych kryptowalut, takich jak Bitcoin, jest bardzo zmienny, co oznacza, że ich siła nabywcza – tzn. ich przelicznik na dobra i usługi – jest bardzo niestabilna. Z tego względu są one mało atrakcyjne jako miernik wartości.

Żaden zatem sklepikarz przy zdrowych zmysłach nie wyceni towaru na półkach w Bitcoinie. Ani żaden pracownik nie zgodzi się na wypłatę wynagrodzenia na podstawie długoterminowej umowy o pracę w kryptowalucie.

Ponadto ponieważ w przyszłości ich siła nabywcza również będzie podlegać silnym wahaniom, atrakcyjność takich kryptowalut jak Bitcoin jako środka tezauryzacji jest niewielka (wątpliwości budzi zresztą również zdolność kryptowalut do pełnienia funkcji środka płatniczego, ale tę kwestię zostawmy chwilowo na boku).

Stabilne kryptowaluty rzekomo rozwiązują ten problem. Ze względu na stałą wartość w odniesieniu do dolara lub innego odpowiednika pieniężnego, mają być atrakcyjne jako miernik wartości i środek tezauryzacyjny i przestać stanowić wyłącznie środek spekulacji finansowej.

Żaden sklepikarz przy zdrowych zmysłach nie wyceni towaru na półkach w Bitcoinie.

Walutom takim daleko jednak do solidności. Aby zrozumieć dlaczego, warto na wstępie wyróżnić trzy typy stabilnych kryptowalut.

Pierwszy z nich to waluta mająca pełne pokrycie: operator utrzymuje rezerwy, których wartość dorównuje wartości kryptowaluty w obiegu lub ją przewyższa. Operatorzy Tether, którego kurs w stosunku do dolara wynosi 1:1, twierdzą, że dysponują depozytami dolarowymi równymi wartości kryptowaluty w obiegu. Podważano jednak prawdziwość tego twierdzenia.

Pokazuje to kolejny problem związany z takim modelem, mianowicie koszty. Aby wypłacić komukolwiek równowartość dolara w Tetherze, platforma musi skłonić tę osobę, żeby zainwestowała dolara na platformie, a następnie ulokować go na dolarowym rachunku bankowym. Tak więc ktoś musi wymienić dolara, tzn. walutę o niekwestionowanej płynności, za którą stoi wiarygodność i zdolność kredytowa rządu USA na kryptowalutę, której pokrycie jest wątpliwe, a użycie niewygodne. Taka transakcja może być atrakcyjna do prania brudnych pieniędzy lub unikania płacenia podatków, ale nie do innych celów. Innymi słowy, nie wiadomo w jaki sposób model taki mógłby przyjąć się na większą skalę ani też czy rządy państw pozwoliłyby na taką ekspansję.

Drugi typ stabilnej kryptowaluty to waluta częściowo zabezpieczona aktywami. W takim razie platforma przechowuje w dolarach równowartość, powiedzmy, 50 proc. kryptowaluty będącej w obiegu.

Problem związany z takim wariantem zna każdy bank centralny, który próbował utrzymać stały kurs wymiany, dysponując rezerwą wystarczającą na pokrycie jedynie niewielkiej części swoich zobowiązań. Jeśli właściciel takiej waluty będzie miał jakieś wątpliwości co do stałości kursu, sprzeda swoje zasoby. Platforma będzie musiała je odkupić, wykorzystując rezerwy dolarowe, aby nie dopuścić do spadku kursu. Jednakże ponieważ poziom rezerw dolarowych jest ograniczony, pozostali inwestorzy na wyścigi będą wycofywać się  z inwestycji w kryptowalutę przed wyczerpaniem się tych zasobów. Efekt będzie podobny do runu na bank i skończy się załamaniem sztywnego kursu wymiany.

Trzeci typ stabilnej kryptowaluty jest w ogóle niezabezpieczony aktywami i powoduje prawdziwą kaskadę tego typu problemów. W takim razie platforma wypuszcza nie tylko kryptowalutę, ale również kryptoobligacje. Jeśli cena waluty spada, platforma wykupuje ją z powrotem w zamian za dodatkowe obligacje. Obligacje te mają być atrakcyjne dla inwestorów, ponieważ sprzedawane są z upustem, tak by w założeniu ich cena mogła rosnąć oraz ponieważ emitent zobowiązuje się zapłacić posiadaczom obligacji odsetki w postaci dodatkowych kryptomonet. Odsetki te mają być z kolei finansowane dochodem z przyszłej emisji kryptowaluty.

Także w takich okolicznościach wada modelu będzie oczywista nawet dla początkującego pracownika banku centralnego. Zdolność emitenta do obsługi obligacji zależy od dalszej ekspansji platformy, na co nie ma żadnej gwarancji. Jeśli perspektywy staną się mniej optymistyczne, ceny obligacji spadną. Trzeba będzie wówczas wyemitować więcej obligacji, żeby powstrzymać spadek wartości waluty, co sprawi że wypłata odsetek od obligacji stanie się jeszcze trudniejsza.

Przy rozsądnych założeniach może się okazać, że nie istnieje taka cena, choćby nie wiadomo jak niska, która sprawiłaby, że znajdą się chętni na zakup dodatkowych obligacji. I znów finał będzie taki sam jak poprzednio, tzn. załamanie się sztywnego kursu.

Wszystkie te sprawy są zupełnie jasne dla każdego, kto zetknął się z choć jednym opracowaniem dotyczącym ataków spekulacyjnych na sztywne kursy walutowe albo kto po prostu porozmawiał przy kawie z przedstawicielem banku centralnego z któregoś z rynków wschodzących. Nie znaczy to jednak, że sprawa jest równie jasna dla finansowych żółtodziobów z działów IT zachwalających stabilne kryptowaluty. Nie znaczy to także, że ułomności aktualnie modnych rozwiązań będą oczywiste dla inwestorów.

Barry Eichengreen jest profesorem na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley. Jego ostatnia książka to The Populist Temptation: Economic Grievance and Political Reaction in the Modern Era.

© Project Syndicate, 2018

www.project-syndicate.org


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test