Mit wymuszonego transferu technologii w Chinach

07.01.2019
Choć obserwatorzy w krajach rozwiniętych krytykują prezydenta USA Donalda Trumpa za stosowanie przeciwko Chinom tępych narzędzi, takich jak taryfy celne, wielu z nich uważa, że Pekin rzeczywiście stosuje nieuczciwe praktyki handlowe. Ale czy tak jest?

Daniel Gros (PS)


Jednym z głównych zarzutów wobec Chin jest to, że działania Państwa Środka opierają się na podejściu, które władze USA określają mianem „wymuszonego transferu technologii”: firmy zagraniczne starające się o dostęp do rynku chińskiego są zmuszane do dzielenia się swoją własnością intelektualną z miejscowym „partnerem”. Jednakże słowo „wymuszony” sugeruje pewien stopień konieczności, która nie ma sensu ekonomicznego. Firmy amerykańskie i europejskie nie muszą inwestować w Chinach; jeśli się na to zdecydują, wiedząc, że będzie to wymagało udostępnienia ich technologii, stanie się tak dlatego, że oczekują zysków.

Wymóg transferu technologii powinien pomóc firmom zagranicznym w lepszym zabezpieczeniu ich interesów z firmami chińskimi, które uwzględni wartość technologii w ich całościowej ocenie wkładu inwestora zagranicznego do wspólnego przedsięwzięcia. W zamian miejscowy partner i władze, chętni do wspierania wzrostu, zapewnią tańsze grunty, infrastrukturę, zwolnienia podatkowe lub kredyty na preferencyjnych warunkach.

Krótko mówiąc, przekazywana technologia jest wliczona w cenę każdej bezpośredniej inwestycji zagranicznej (BIZ). Odzwierciedla to utrzymująca się wysoka rentowność firm z udziałem inwestora zagranicznego.

Chiny wydają więcej tytułów licencjata w dziedzinie nauki i techniki niż USA i Europa łącznie.

Jest rzeczą naturalną, że firmy amerykańskie i europejskie deklarują w badaniach, że ich sytuacja byłaby lepsza, gdyby nie były „zmuszane” do transferu technologii. Jednakże opinie te zakładają, że warunki, na jakich wprowadzono inwestycje początkowe, byłyby takie same bez transferu technologii, co się nie zdarza.

Oczywiście, gdyby transfer technologii nie był wymogiem, najbardziej efektywne transakcje często obejmowałyby umowę licencyjną lub płatność honorariów. Powinien to być jednak aspekt drugorzędny, ponieważ obecna wartość utraconych opłat licencyjnych lub honorariów miałaby pośrednio znaczenie w każdej transakcji inwestycyjnej.

Jednakże choć koszty dla firm zachodnich nałożone przez wymóg transferu technologii są prawdopodobnie mocno przeszacowane, to samo dotyczy korzyści płynących z prowadzenia takiej polityki dla Chin. Dlaczego więc władze chińskie nalegają na powiązanie dostępu do rynku z przekazywaniem technologii?

Głównym oficjalnym argumentem Chin jest to, że w kraju rozwijającym się firmy krajowe znajdują się w gorszym położeniu wobec inwestorów zagranicznych, którzy posiadają zaawansowane technologie trudno dostępne dla firm lokalnych. Jednakże jeśli ten argument może być uzasadniony w pewnych mniej rozwiniętych krajach, które wykorzystują go do uzasadnienia restrykcyjnych systemów BIZ, to potencjał technologiczny Chin eksplodował w ciągu ostatnich dwóch dekad.

W rzeczywistości nakłady Chin na badania i rozwój są obecnie wyższe zarówno jako procent PKB, jak i w kategoriach bezwzględnych, niż poziom notowany w Europie i w wielu innych krajach OECD. Biorąc pod uwagę zdolność kraju do prowadzenia rodzimych prac badawczo-rozwojowych, która istotnie wzrosła – nie wspominając o absorpcji technologicznej – istnieje ograniczona potrzeba dalszej ochrony nowo powstającego przemysłu chińskiego.

To ten postęp spowodował, że firmy zachodnie zaczęły głośniej wyrażać skargi dotyczące „wymuszonego” transferu technologii. Wcześniej chętniej przekazywały swoje technologie, kierując się zresztą oczekiwaną niezdolnością konkurencji chińskiej do jej dostosowania i opanowania. Kiedy Chiny, jak to się dzieje obecnie, wydają więcej tytułów licencjata w dziedzinie nauki i techniki niż USA i Europa łącznie, to oczekiwanie nie jest już racjonalne.

Jednakże pomimo rosnącego oporu wobec transferu technologii, władze Chin nadal niechętnie odnoszą się do porzucenia swojej polityki, prawdopodobnie mniej więcej z tego samego powodu, który wywołuje złość USA: przeceniają wpływ tego zjawiska. Nie dostrzegają, że firmy zachodnie mogą oferować partnerom chińskim gorsze warunki niż zaoferowałyby, gdyby mogły zachować swoją technologię i w zamian zastosować umowy licencyjne.

Jednakże inne formy transferu technologii coraz bardziej dominują: zarejestrowane płatności honorariów z Chin wzrosły lawinowo, osiągając obecnie prawie 30 mld dolarów rocznie. Uwzględniając fakt, że Chiny zajmują drugie miejsce po USA pod względem opłat za technologie zagraniczne, stało się jasne, że duży i rosnący udział transferu technologii nie jest „wymuszony”.

Dla Trumpa może to jednak nie być argument. Jego rząd faktycznie obawia się, że Chiny mogą prześcignąć USA i zablokować przywództwo technologiczne w szeregu sektorów traktowanych jako krytyczne dla bezpieczeństwa narodowego (po obu stronach Pacyfiku). Zmuszenie Chin do wyeliminowania ich wymogów związanych z transferem technologii nie zmieni jednak tej sytuacji.

W rzeczywistości położenie kresu tej polityce może leżeć w najlepszym interesie Chin. USA i Chiny mają duży udział w handlu światowym, ale nie dominują w gospodarce globalnej. Dwustronną wojnę handlową wygra ten, kto potrafi uzyskać wsparcie sił neutralnych (takich jak Europa i Japonia) i okaże się bardziej racjonalny. Dla Chin oznaczałoby to uchylenie wszelkich ograniczeń związanych z własnością zagraniczną, w tym wymogu, że technologia powinna być udostępniona, a nie objęta licencją.

Taki ruch podkreśliłby siłę gospodarki chińskiej, co nie kosztowałoby Chin tak wiele, jak, zdaje się, sądzą przywódcy chińscy lub decydenci amerykańscy. Co prawdopodobnie jeszcze ważniejsze, zmusiłoby to USA do zatrzymania ataku na Chiny lub do przyznania, że motywacją leżącą u podstaw tych działań nie jest ekonomia, lecz rywalizacja geopolityczna.

Daniel Gros jest dyrektorem Ośrodka Badań Polityki Europejskiej.

© Project Syndicate, 2018

www.project-syndicate.org


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test