Stiglitz: Ostatnie wytchnienie dla euro

10.07.2012
Euro - jak skazańcowi w celi śmierci - po raz kolejny w ostatniej chwili odroczono egzekucję. Pożyje trochę dłużej. Rynki świętują, tak samo jak po każdym z poprzednich „eurokryzysowych” szczytów - co potrwa do czasu, gdy zrozumieją, że zasadniczymi problemami jeszcze się nie zajęto.

Szczyt Rady Europejskiej 29.06. 2012 r. Helle Thorning-Schmidt, premier Danii, François Hollande, prezydent Francji, Herman van Rompuy, Przewodniczący RE (CC BY-NC-ND President of the European Council)


Na tym szczycie pojawiła się dobra wiadomość: przywódcy Europy w końcu zrozumieli, że operacje pomocowe, w których Europa pożycza pieniądze bankom, żeby ratowały państwa i pożycza je rządom w celu ratowania banków, nie będą skuteczne. Przyznają też obecnie, że pożyczki na wsparcie, dające nowemu pożyczkodawcy pierwszeństwo w stosunku do innych kredytodawców pogarszają pozycję prywatnych inwestorów, którzy w efekcie zażądają po prostu wyższego oprocentowania.

Jest głęboko niepokojące, iż przywódcom Europy tak długo zajęło dostrzeżenie czegoś tak oczywistego (i widocznego już ponad 15 lat temu w kryzysie w Azji Wschodniej). Jednak od tego, co znalazło się w porozumieniu, istotniejsze jest to, czego w nim zabrakło. Rok temu europejscy przywódcy uznali, że Grecja nie stanie na nogi bez wzrostu i że wzrostu nie da się osiągnąć za pomocą samych tylko oszczędności. Ale dotychczas zrobiono niewiele.

Teraz proponuje się dokapitalizowanie Europejskiego Banku Inwestycyjnego, co stanowi część „pakietu wzrostowego” na około 150 mld euro. Politykom świetnie jednak wychodzi „przepakowanie” takich pakietów; według niektórych wyliczeń nowe pieniądze stanowią niewielki ułamek wspomnianej kwoty, a poza tym nie trafią one do systemu natychmiast. Krótko mówiąc: środki zaradcze – o wiele za małe i za późne – opierają się na błędnej diagnozie problemu i ułomnej ekonomii.

Zawarta jest w nich nadzieja, że rynki wynagrodzą cnotę, definiowaną jako oszczędności. Rynki są jednak bardziej pragmatyczne: jeśli (jak prawie na pewno będzie w tym przypadku) oszczędności osłabiają wzrost gospodarczy, a tym samym podważają zdolność do obsługi zadłużenia, stopy procentowe nie spadną. Skurczą się zatem i inwestycje – co oznacza zaklętą, zwijającą się spiralę, w którą wpadły już Grecja i Hiszpania.

Niemcy wydaje się to dziwić. Przywódcy tego kraju – podobnie jak upuszczający krwi średniowieczni medycy – odmawiają przyjęcia do wiadomości, że to lekarstwo nie działa i nalegają, żeby stosować go więcej – aż pacjent w końcu umrze.

Euroobligacje oraz fundusz solidarnościowy mogłyby wspierać wzrost i stabilizować stopy procentowe, jakie muszą płacić ogarnięte kryzysem rządy. Przy niższym oprocentowaniu zostałoby im trochę pieniędzy, tak więc nawet kraje z ostrymi problemami budżetowymi mogłyby wydać więcej na inwestycje pobudzające wzrost.

W sektorze bankowym sprawy wyglądają gorzej. System bankowy każdego kraju bazuje na własnym rządzie; jeśli kurczy się zdolność rządu do wspierania banków, to samo dzieje się z zaufaniem do nich. Przy załamaniu gospodarczym na skalę taką jak w Grecji i Hiszpanii nawet dobrze zarządzane systemy bankowe odczuwałyby problemy; pęknięcie bańki na rynku nieruchomości w Hiszpanii sprawia, że banki tego kraju są jeszcze bardziej zagrożone.

Przepełnieni entuzjazmem dla tworzenia „jednolitego rynku” europejscy przywódcy nie uwzględnili, że rządy zapewniają swoim systemom ukryte subsydium. Jest nim przekonanie, że jeśli pojawią się kłopoty, rząd wesprze banki, czego świadomość zwiększa do nich zaufanie; że zaś niektóre rządy mają znacznie silniejszą pozycję niż inne, te ukryte subsydia są w tych krajach większe.

Skoro reguły gry nie są wyrównane, to czyż pieniądz nie powinien uciekać z krajów słabszych i trafiać do instytucji finansowych w silniejszych? Tak naprawdę godne uwagi jest to, że nie następuje większa ucieczka kapitałów. Przywódcy Europy nie wzięli pod uwagę tego narastającego niebezpieczeństwa, któremu można byłoby z łatwością zaradzić za pomocą wspólnych gwarancji; równocześnie skorygowałyby one zaburzenia rynkowe, wynikające ze zróżnicowania ukrytych subsydiów.

Ważne tu są jednak szczegóły. Konkurencja podatkowa oznacza, że kapitał może kierować się nie tam, gdzie społeczny zwrot z niego byłby największy, ale tam, gdzie może znaleźć najlepszą okazję. Ukryte subsydia dla systemu bankowego oznaczają, że banki niemieckie mają przewagę nad tymi z innych krajów. Irlandię czy Grecję pracownicy opuszczają być może nie dlatego, że ich wydajność jest tam mniejsza, ale z uwagi na to, że wyjeżdżając mogą uniknąć ciężaru długu, jaki nagromadzili ich rodzice. Mandat Europejskiego Banku Centralnego dotyczy zapewnienia stabilizacji cen, ale dziś inflacja z pewnością nie należy do najważniejszych problemów makroekonomicznych Europy.

Niemcy obawiają się, że bez ścisłego nadzoru nad bankami i budżetami zostaną postawieni w roli udostępniającego sakiewkę bardziej rozrzutnym sąsiadom. Nie rozumieją jednak kluczowej kwestii: Hiszpania, Irlandia i wiele innych pogrążonych w kłopotach krajów miały przed kryzysem nadwyżki w budżecie. To załamanie spowodowało u nich deficyt, a nie odwrotnie.

Jeśli te kraje popełniły jakiś błąd, to tylko ten, że – podobnie jak dziś Niemcy – były przesadnie łatwowierne w stosunku do rynków, dopuściły więc (jak Stany Zjednoczone i wiele innych państw) do niekontrolowanego narastania bańki aktywów. Jeśli w tych krajach zastosuje się rozważną politykę, ustanowi lepsze instytucje – co nie oznacza jedynie większych oszczędności oraz lepszego nadzoru nad bankami, budżetem i deficytem – a także przywróci wzrost, będą one w stanie wypełniać swoje zobowiązania dłużne i niepotrzebne stanie się uruchamianie wspomnianych wyżej gwarancji. Co więcej, Niemcy są zagrożone w każdym przypadku: jeśli załamie się euro albo gospodarki peryferyjne, koszty tych zdarzeń będą dla Niemiec wysokie.

Europa ma wiele silnych punktów. Jej obecne słabości wynikają głównie z błędnej polityki i ułomnych rozwiązań instytucjonalnych. Można to zmienić, ale jedynie wówczas, gdy te zasadnicze słabości zostaną przyjęte do wiadomości – to zadanie o wiele ważniejsze niż reformy strukturalne w poszczególnych krajach. Choć bowiem problemy strukturalne rzeczywiście osłabiają konkurencyjność i tempo wzrostu PKB w niektórych państwach, to przecież nie one wywołały kryzys, a zajęcie się tymi problemami go nie rozwiąże.

To charakteryzujące się grą na zwłokę podejście Europy do kryzysu nie może działać w nieskończoność. Dziś nie tylko znika zaufanie do peryferyjnych gospodarek Europy. W wątpliwość podawane jest samo przetrwanie euro.

Autor jest profesorem ekonomii w Columbia University; laureat ekonomicznej Nagrody Nobla. Jego najnowsza książka to „The Price of Inequality: How Today’s Divided Society Endangers our Future” (Cena nierówności: jak obecne podzielone społeczeństwo zagraża naszej przyszłości).

©Project Syndicate, 2012

www.project-syndicate.org


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test