Przyszłość bez wojen walutowych

11.07.2019
Wstrząsające doświadczenie lat 30. XX wieku powinno przypominać nam, że wojny handlowe i walutowe napędzają się wzajemnie. Administracja prezydenta USA Donalda Trumpa w pełni rozwija protekcjonistyczny program „Najpierw Ameryka”, więc wybuch konfliktu walutowego jest jedynie kwestią czasu.

Harold James (PS)


Pełnowymiarowego konfliktu walutowego nie było od dłuższego czasu, choć świat zbliżył się do niego po kryzysie finansowym z 2008 r., kiedy ówczesny minister finansów Brazylii Guido Mantega użył tego terminu, by opisać nadzwyczaj niskie stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych. Wydaje się, że również Japonia i Europa, idąc w ślady USA, obrały podobną strategię promowania eksportu, a obniżone stopy procentowe stały się nieobwieszczaną szumnie, ale kluczową cechą ożywienia gospodarczego w gospodarkach rozwiniętych.

Podobnie po 2012 r., kryzys euro stał się łatwiejszy do opanowania, gdy kurs euro w relacji do dolara zaczął się obniżać. I – jak podkreślało wielu ekonomistów brytyjskich – płynny kurs walutowy zapewnił Wielkiej Brytanii, w przeciwieństwie do strefy euro, wyjątkowo skuteczne narzędzie do radzenia sobie ze wstrząsami występującymi w tamtym okresie.

Tak czy inaczej, niepokoje walutowe po kryzysie wkrótce ucichły, głównie za sprawą równoczesnego luzowania ilościowego prowadzonego przez główne banki centralne, które niejako przypadkiem wpłynęło na kursy walutowe. Pierwszą potencjalną wojnę walutową w XXI wieku zastąpił niepewny i kruchy rozejm. Ale gdyby któraś z największych gospodarek uruchomiła protekcjonizm, by zdobyć przewagę nad innymi, kwestia walutowa znów wysunęłaby się na pierwszy plan.

Waluty narodowe w rękach decydentów politycznych o takich inklinacjach stanowią oczywistą broń ekonomiczną. Z tego właśnie powodu 44 państwa, które uczestniczyły w konferencji w Bretton Woods w 1944 r., uzgodniły porozumienie ramowe mające zapewnić stabilne kursy walutowe. Stany Zjednoczone miały dominującą pozycję negocjacyjną i zobowiązały się do tworzenia otwartego porządku międzynarodowego, wolnego od opłat celnych i wojen handlowych. Wszystkie pozostałe kraje tak naprawdę nie miały wyboru, poza ustaleniem kursów, które pozwoliłyby im utrzymać w miarę zrównoważony rachunek obrotów z zagranicą.

Od tamtej pory groźba wojny handlowej zawsze implikowała powrót do debaty walutowej. W trakcie obecnie narastającego konfliktu nieuniknione było to, że w którymś momencie Trump zajmie się polityką pieniężną prowadzoną przez inne państwa. Od dawna oskarżał Chiny o zaniżanie wartości ich waluty (nawet gdy państwo to działało dokładnie w odwrotnym kierunku). A w odpowiedzi na niedawną zapowiedź kolejnej rundy luzowania ilościowego przez ówczesnego prezesa Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghiego, Trump umieścił następujący tweet: „Przez lata uchodziło im to na sucho, podobnie jak Chinom i innym”.

Tak jak w latach 30. XX wieku konflikt walutowy zdaje się być atrakcyjny dla tych, którzy patrzą na geopolitykę jako na grę o sumie zerowej. Ataki Trumpa na EBC częściowo dotyczą handlu, ale ich celem jest wbić klin między państwa członkowskie Unii Europejskiej. Krytycy europejskiego systemu monetarnego od dawna narzekają, że Niemcy mają dzięki euro niższy kurs wymiany walutowej niż miałyby, zachowując markę niemiecką. A w opinii Trumpa Niemcy prowadzą merkantylną politykę służącą ich własnym eksporterom, choć porządek z Bretton Woods pod wodzą USA był zaprojektowany dokładnie tak, by przeciwdziałać merkantylizacji i towarzyszącym jej konkurencyjnym dewaluacjom walut.

Choć w opinii Johna Maynarda Keynesa, jednego z architektów Bretton Woods, powojenne porozumienie powinno pójść dużo dalej i uwzględnić nadzór instytucjonalny służący penalizacji państw mających duże nadwyżki lub deficyty. Penalizacja nierównowagi handlowej byłaby ściśle powiązana z jego planem ustanowienia ogólnoświatowego systemu monetarnego, opartego na powszechnej, syntetycznej walucie zwanej „bancor” (zbitce z francuskich słów oznaczających złoto kreowane przez banki).

Jak wskazał Draghi w swoim przemówieniu, które wzbudziło gniew Trumpa, euro pierwotnie było pomyślane jako mechanizm eliminowania konkurencyjnych dewaluacji. Od czasów Keynesa, próby przywrócenia do życia idei nienarodowej waluty powszechnej – takie jak ta podjęta w latach 60. XX wieku przez ekonomistę Roberta A. Mundella – podejmowane były nieustannie, ale bez skutku.

Obecnie nowe technologie sprawiły, że możliwość stworzenia globalnej waluty jest w zasięgu ręki. Nie dalej jak miesiąc temu Facebook ujawnił plan stworzenia waluty cyfrowej, o nazwie Libra, która byłaby oparta na koszyku walut emitowanych przez rządy. Według informacji Facebooka inicjatywa została tak zaprojektowana, by dotrzeć do mieszkańców najbiedniejszych krajów na świecie i objąć nawet 1,7 miliardów ludzi nieposiadających rachunku bankowego.

Jeśli Libra ma służyć przede wszystkim jako środek wymiany, a nie jako narzędzie umożliwiające spekulacje finansowe, to potrzebna jest szeroka baza użytkowników. To czyni ją antytezą walut opartych na technologii blockchain pierwszej generacji, takich jak Bitcoin, których podaż jest sztucznie ograniczana przez proces „kopania”. Z pewnością przytłaczająco negatywna reakcja, z jaką się spotkało ogłoszenie Facebooka dotyczące Libry, była zniechęcająca. A jednak – gdyby powszechnie przyjęto alternatywną walutę, opartą o różnorodne aktywa, nie spowodowałaby ona destabilizacji, jak twierdzą krytycy tej koncepcji.

Dysponując faktycznie uniwersalną walutą użytkownicy kupowaliby i sprzedawali towary oraz usługi, w tym pracę, co oznaczałoby, że wynagrodzenie musiałoby być ustalane w walucie nienarodowej. Nowy system sprawiłby, że istnienie wielu walut na jednym terytorium byłoby jak powrót do świata z czasów, gdy złote i srebrne monety zmieniały swoje wzajemne wartości wymiany. I być może to nie byłby zły skutek.

Warto pamiętać, że fluktuacje wartości złota i srebra umożliwiały większą elastyczność w ustalaniu wynagrodzenia, a co za tym idzie, mniejsze bezrobocie. A im szersze byłoby wykorzystanie globalnej waluty (lub wielu globalnych walut), tym mniej prawdopodobna staje się wojna walutowa. Technologia ożywiła dwudziestowieczne marzenie o globalnym systemie monetarnym, wolnym od zawirowań napędzanych nacjonalizmem gospodarczym. Kluczową kwestią do jego realizacji jest zerwanie ogniwa – podobnie jak zaczęło to robić euro – łączącego pieniądz z państwem narodowym.

Harold James jest profesorem historii i stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie w Princeton oraz starszym pracownikiem naukowym w Center for International Governance Innovation.
© Project Syndicate, 2019

www.project-syndicate.org


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test