content

Współpraca Rosji i Białorusi opiera się na szantażu

10.06.2011
Przez długi czas Białoruś funkcjonowała tak, jak gdyby klasyczne prawa finansowe jej nie obowiązywały. Rosyjskie dotacje wyceniane przez Rosjan na 52 mld dol. w ciągu 16 lat sprawiły, że Białorusini mogli żyć ponad stan. Oczywiście w wersji postsowieckiej - nie pławili się w luksusach, ale mieli zapewnioną pracę. W pół roku po ostatnich wyborach prezydenckich kraj stanął na krawędzi. Rosja musi pomóc więc chce to zrobić, ale na własnych warunkach.

Aleksandr Łukaszenka, prezydent Białorusi, prowadził przed wyborami rozdawnictwo, na którego sfinansowanie Białorusi nie było stać. Dzisiaj za to płaci. (CC By-NC-ND)


Białoruś kilka miesięcy przed wyborami nie była w najgorszej sytuacji gospodarczej. Ekonomiści MFW (na podstawie danych zebranych pod koniec września 2010 r.) oceniali, że w miarę dobrze przeszła globalny kryzys, zachowując w duży wzrost i niskie bezrobocie i dosyć niskie zadłużenie. Raport chwalił Białoruś za reformy w sektorze finansowym a krytykował za praktykę nadmiernych inwestycji państwowych i brak prywatyzacji. Jednak od tego czasu wiele się zmieniło. Przed wyborami (grudzień 2010 r. – przyp. red.) białoruski prezydent postanowił bowiem dać Białorusinom prezent w postaci podwyżki średniej pensji i emerytur o 32 proc.

Ekonomiści krytykowali, że zwiększanie zarobków bez zwiększania wydajności musi doprowadzić do gigantycznego wzrostu deficytu walut na rynku. Obywatele siłą rzeczy, przy słabo rozwiniętym rynku wewnętrznym, nadwyżki pieniężne zaczęli lokować w dobrach importowanych. Już na początku 2011 r. okazało się, że deficyt bieżącego rachunku płatniczego wyniósł około 9 mld dolarów, a rezerwy skurczyły się do poziomu zapewniającego pokrycie importu jedynie na miesiąc. Białorusini na początku roku dostrzegli co się święci i najpierw pobiegli się do  kantorów, skąd szybko zniknęły walut, a potem, rzucili się do sklepów kupując wszystko w czym można było ulokować kapitał: poczynając od telewizorów plazmowych, na kaszy, mące i zapałkach kończąc. To wtedy białoruski prezydent powiedział, że wstydzi się za własny naród, chociaż Białorusi wykazali w  tym wszystkim większą dozę ekonomicznej racjonalności, niż ich prezydent i rząd, który wciąż zapewniał, że żadnych problemów nie ma.

W UE na pewno zdawano sobie sprawę ze zbliżających się kłopotów gospodarczych i uzależnienia białoruskiej gospodarki od zewnętrznego finansowania. Na miesiąc przed wyborami ministrowie spraw zagranicznych Polski i Niemiec podczas wizyty w Mińsku, zaproponowali Łukaszence otwartym tekstem, w zamian za uczciwe wybory, kredyty na sumę 3 mld euro w ciągu trzech lat. Białoruski prezydent wtedy jeszcze był chyba pełen optymizmu, co do swojej przyszłości, bo w sytuacji gwałtownie rosnącego deficytu walut, suma zaproponowana przez EU absolutnie nie mogła zadowolić jego potrzeb. Miał nadzieję, że Rosja znów nie pozwoli by Białoruś wyślizgnęła się ze strefy jej wpływów i zapłaci potrzebną kwotę. Odrzucił ofertę Europy i brutalnie potraktował opozycję.

Jeszcze do połowy maja Łukaszenka wierzył, że Rosjanie mimo wielu lat wzajemnych waśni, nie zostawią go bez pomocy. Oświadczył wtedy, że prezydent Miedwiediew w rozmowie telefonicznej rzekomo obiecał 6 mld dol. kredytu. Łukaszenka zaznaczył przy tym, że Białoruś wcale nie musi zaakceptować tych warunków, chociaż w jego kraju od kilku tygodni funkcjonowały trzy różne kursy walut, których zresztą i tak nie można było kupić – przed kantorami wybuchały bójki, a w zakładach z powodu braku importowanych komponentów zamierała produkcja. Jakież musiało być zdziwienie prezydenta, gdy okazało się, że to nie Rosja, ale Euroazjatycka Wspólnota Gospodarcza (EaWG, w której pierwsze skrzypce gra Rosja), wypłaci w tym roku pożyczkę, ale nie 6 mld lecz zaledwie 1,2 mld dol. Taka kwota mogła zagwarantować względy spokój na Białorusi na najwyżej 1,5 miesiąca.

Na rozwój wypadków nie trzeba było długo czekać. 24 maja białoruski rubel decyzją banku narodowego ostatecznie stracił na wartości o ponad 50 proc. – mimo, że szef banku Piotr Prakopowicz razem z prezydentem Łukaszenką publicznie kilkakrotnie przedtem zapowiadali, że żadnej dewaluacji nie będzie. Białoruski prezydent tuż przed wyborami udał się nawet do skarbca by sfilmować się na tle sztab złota – na dowód, że Białoruś jest finansowym tygrysem i rezerw złota i walut jej nie brakuje.

Wtedy Rosja pokazała pazury. Łukaszence postawiono ostre warunki. Rosyjski minister finansów Aleksej Kudrin zapowiedział, że kredyty zostaną wypłacone jedynie pod warunkiem przeprowadzenia reform gospodarczych, a zwłaszcza prywatyzacji na sumę 2,5 mld dol rocznie. Zdaniem Andrieja Suzdalcewa, rosyjskiego ekonomisty i politologa specjalizującego się w sprawach białoruskich, Rosja po raz pierwszy postanowiła ubezpieczyć swoje pieniądze i wymóc na Białorusi przejście od gospodarki socjalistycznej do gospodarki rynkowej.

– Rosjanie nie chcą tracić pieniędzy wypracowanych przez swoje przedsiębiorstwa na wspieranie socjalistycznej gospodarki. Kredyt udzielony przez EaWG ma być narzędziem politycznego nacisku na Łukaszenkę, by ten dokonał ewolucyjnych zmian własnościowych – mówi Suzdalcew.

Moskwa ma dylemat, bo z jednej strony ma dość Łukaszenki, a z drugiej strony nieudzielenie mu kredytu byłby sygnałem, że zupełnie delegitymizuje białoruskiego prezydenta. Zdaniem Suzdalcewa, pozostawienie Białorusi samej sobie mogłoby doprowadzić do jej kompletnego upadku, co oznaczałoby, że Rosja musiałby wyłożyć kolejne 12 mld dol. na jej ratowanie.

Dla Rosji Białoruś ma bowiem znaczenie strategiczne i jest traktowana jako państwo buforowe odsuwające od jej granic strefę wpływów Zachodu. Poza tym Kreml, po latach działań pozorowanych, rozpoczął na poważnie proces integracji na obszarze postsowieckim, tworząc w połowie ubiegłego roku Unię Celną z Białorusią i Kazachstanem. Ma się ona przekształcić wkrótce w organizm przypominający dawne EWG. Dlatego Rosja nie może sobie pozwolić by ten proces został przerwany z powodu katastrofy gospodarczej w jednym z krajów członkowskich. Upadek Białorusi odbiłby się negatywnie na sytuacji gospodarczej w dwóch pozostałych członków Unii i tak jak EU musi ratować Grecję, tak Rosja nie może pozostawić Białorusi samej sobie. Kreml ma ciągle nadzieje, że przy pomocy prywatyzacji ograniczy władzę Łukaszenki, jego rękami dokona koniecznych zmian gospodarczych i być może doprowadzi do dosunięcia go od władzy w następnych wyborach.

To co dla Rosji ma być receptą na trudnego sąsiada, dla białoruskiego ekonomisty, byłego szefa Banku Narodowego Białorusi Stanisława Bohdankiewicza, jest prostą drogą do utraty resztek suwerenności gospodarczej i politycznej. Wprawdzie Kudrin podkreślał, że Rosja nie będzie mówić Białorusi, co komu i po ile sprzedawać, jednak, zdaniem Bahdankiewicza, w wyniku takiej „dobrowolnej” prywatyzacji białoruskie przedsiębiorstwa przejdą w ręce rosyjskich oligarchów.

– W tym klimacie politycznym, gdy w więzieniach siedzą dziesiątki więźniów sumienia, Zachód nie będzie chciał inwestować tu swoich pieniędzy – mówi Stanisław Bahdankiewicz.

Ekonomista uważa, że Łukaszenka jest tak słaby, że Rosja może po prostu narzucić swoją cenę. Rosjanie bowiem już zaproponowali by zastosować szczególny model prywatyzacji wobec Mińskiej Fabryki Ciężarówek MAZ, mający polegać na wymianie 100 proc akcji białoruskiej fabryki na niewielki pakiet mniejszościowy firmy Rostechnologie. Jeżeli Rosjanie w ten sam sposób przejęliby inne łakome kąski takie jak np. rafinerie, białoruski odcinek gazociągu Przyjaźń, jednego z największych w świecie producentów nawozów potasowych Biełaruskalij, białoruskie banki państwowe – Białoruś straciłaby wszystkie strategiczne dla swojej niezależności gospodarki przedsiębiorstwa w zamian za mniejszościowe udziały w rosyjskich przedsiębiorstwach. I nie zobaczy za to żadnych pieniędzy.

Bahdankiewicz  podkreśla, że Białoruś jest w sytuacji rozpaczliwej.

– Pierwsza transza 800 mln dol. kredytu została już praktycznie wydana, chociaż nawet nie dotarła na Białoruś. Kraj ma ogromne długi handlowe. Sam niezapłacony rachunek za rosyjski gaz wynosi 100 mln dol. – podkreśla Bahdankiewicz.

Jego zdaniem jedynym rozwiązaniem byłoby jak najszybsze uwolnienie rubla, co doprowadziłoby do pojawienia się walut na rynku i rozruszania gospodarki.

– Nie byłoby to tak wielkim szokiem dla białoruskich przedsiębiorstw państwowych, bo większość z nich wysyła swoją produkcję zagranicę i to co straciłyby na imporcie droższych podzespołów zyskałyby na większym eksporcie – mówi ekonomista.

Bahdankiewicz opowiada, że ostatnio spotkał się z nim białoruski premier.

– Chciał wysłuchać moich opinii, jednak proponowane przez niego rozwiązania noszą prawie wyłącznie charakter administracyjny i dlatego obawiam się, że Białoruś odzyska stabilność dopiero na poziomie krajów trzeciego świata – dodał.

Gdy okazało się, że kredyt ze Wschodu jest daleko niewystarczający, białoruskie  władze przypomniały sobie o MFW. Już w 2009 r. otrzymały wprawdzie kredyt w wysokości 3,5 mld dol. Jednak potem świadomie złamały wiele warunków umowy. Nie powołały niezależnej agencji ds. prywatyzacji oraz agencji do kontrolowania państwowych programów finansowania, nie przeprowadziły prywatyzacji. Zdaniem Suzdalecewa i Bahdankiewicza bez wypuszczenia więźniów politycznych nie ma szans na otrzymanie kredytu. MFW oficjalnie jest instytucją finansową, jednak 60 proc. udziałów znajduje się w rękach krajów zachodnich, które reagują alergicznie na represje wobec przeciwników panującego reżimu. Poprzedni kredyt MFW był wypłacony w atmosferze ocieplenia politycznego wewnątrz Białorusi oraz polepszenia stosunków z Zachodem.

MFW oczekuje również konkretów w sferze reform, a przedstawiony 4 czerwca rządowy plan zawiera szereg przemyconych rozwiązań wolnorynkowych, w stylu rezygnacji z dotacji, zrównania cen benzyny, alkoholu i papierosów do poziomu krajów sąsiednich, podwyższenia cen na usługi komunalne. W większości jednak składa się z życzeń w stylu „zwiększymy eksport” lub „ograniczymy nieuzasadniony wzrost cen”. W ostatnią środę na naradzie rządu prezydent Łukaszenka zdecydował od niechcenia, że od następnego dnia spadną ceny paliw.

– Taka jest moja decyzja w sprawie paliw – cytuje prezydenta agencja Belta.

To nie powstrzymało jednak mieszkańców stolicy przed zorganizowanie protestu właśnie przeciwko zbyt wysokim cenom paliw.

Julja Ceplajewa, główny ekonomista oddziału BNP Paribas w Moskwie, również podkreśla, że obecnie Białoruski rząd ma niewielkie szanse na otrzymanie kredytu z Funduszu. Zwraca uwagę na brak zaufania MFW wobec obecnej ekipy rządzącej, która nie gwarantuje przeprowadzenia reform i nie będzie prowadzić  twardej polityki finansowej.

– Władze w Mińsku były też ostro skrytykowane podczas obrad G8 za represje polityczne. Fundusz formalnie jest niezależny jednak wsłuchuje się w to co mówione jest na szczytach – mówi.

Jej zdaniem Łukaszenka zwrócił się jednak do MFW również dlatego iż wie, że Fundusz nie będzie wymagał tak radykalnej prywatyzacji, jak życzą sobie tego Rosjanie.

Białoruś jest w poważnych tarapatach. Białoruski prezydent, w obliczu problemów, nad którymi nie może zapanować, na niedawnym posiedzeniu rządu wzywał do wprowadzenia gospodarki wojennej i pracy po 50 godzin dziennie. Waląc pięścią w stół zapowiadał również, że żadnej „złodziejskiej” prywatyzacji nie będzie, co stawia pod znakiem zapytania strategię Rosji.

Autor jest dziennikarzem TV Biełsat


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły