• Anna Mallis, Łukasz Wigda

Gospodarka europejska czołga się z mozołem

17.12.2009
Alan Greenspan, były szef FED, w swojej ostatniej pracy „Era turbulencji” prorokuje, że czeka nas co najmniej kilkuletni okres silnych wstrząsów w gospodarce - uporczywych spadków i wzrostów. Jak Greenspan mylił się w ostatnich latach swojego urzędowania, tak  w swojej prognozie może mieć rację. Wskazywałyby na to napływające dane nie tylko z USA. Także z Europy.

obrazek Arka. Pap/J.Kowalski


Zarówno kraje całej Unii Europejskiej, jak i samego Eurolandu wstrząsane są raz lepszymi, raz gorszymi informacjami o wzroście gospodarczym, bezrobociu, konsumpcji i produkcji. Ta huśtawka na zmianę pojawiających się lepszych i gorszych informacji powoduje jednak, że Europa nie może odetchnąć: uff, już po wszystkim. Bo choć według najnowszych danych Eurostatu  PKB całej UE w trzecim kwartale roku wzrósł o 0,3 proc. w porównaniu z poprzednim, a w strefie euro o 0,4 proc., to w zestawieniu z tym samym kwartałem ubiegłego roku gospodarka UE skurczyła się aż o 4,3 proc., a strefy euro –  o 4,1 proc. Oznacza to, że wychodzenie z kryzysu będzie bardzo mozolne i obarczone ryzykiem.

Niepokojące są najnowsze dane dotyczące  bezrobocia. Eurostat podał, że na koniec października bez pracy było 9,3 proc. osób, to aż o 2 proc. więcej niż rok wcześniej. Najbardziej na tym cierpią Łotysze – więcej niż co piąty nie ma dziś pracy. Gigantyczne kłopoty mają Hiszpanie, nie pracuje aż 19,3 proc. z nich – o 6,9 proc. więcej niż przed rokiem. Z galopującym, najwyższym od kilkunastu lat  bezrobociem, borykają się Estończycy i Węgrzy.

Najniższe, poniżej 5 procent, bezrobocie mają Holandia i Austria. Eksperci Fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju uważają, że to dzięki wyjątkowo elastycznemu rynkowi pracy.

Wzrost bezrobocia w UE spowodowany jest złą kondycja przedsiębiorstw, które zwalniają, nie mając popytu na swoje towary i usługi. Tylko w październiku produkcja przemysłowa w strefie euro skurczyła się o 0,6 proc. w porównaniu z wrześniem (r/r o ponad 11 proc.), a sprzedaż detaliczna w tym czasie ani drgnęła.

– To, co widzimy teraz w Europie, nie jest dla mnie żadnym zaskoczeniem – mówi Krzysztof Rybiński, były wiceprezes NBP i partner w Ernst &Young. – Od kilku miesięcy powtarzam, że przyjdzie moment, że zobaczymy drugie dno kryzysu. I obawiam się, że taki moment właśnie nadszedł. Dane są wprawdzie raz bardziej optymistyczne, raz mniej, ale kryzys nie ustępuje, realnego i wyraźnego odbicia nie ma.

Dużo bardziej optymistyczny jest prof. Stanisław Gomułka (opinia poniżej).

Grecja i Hiszpania ciągną Europę na dno

Ekonomiści zaczęli wracać do wizji drugiej fali kryzysu zwłaszcza po ogłoszeniu danych o stanie gospodarki Grecji. Jej dług publiczny przekroczył już 300 mld euro, co oznacza, że w tym roku przebije poziom 112,6 proc. PKB, a w 2011 r. – 135 proc. PKB. Ekonomiści spekulują, że kraj ten może wpaść w spiralę zadłużenia i pogrążyć inne kraje Europy. W dodatku wiarygodność greckiego rządu w oczach państw UE i inwestorów mocno podupadła, gdy rząd zmienił prognozy dotyczące deficytu sektora finansów publicznych. We wrześniu, tuż przed wyborami, szacował go na 6 proc. PKB, a w październiku, już po wyborach, na 12,7 proc.

Premier Grecji Jeorios Papandreu wyznał ostatnio dramatycznie: „Albo wykorzenimy dług, albo dług wyeliminuje kraj”. To zdanie powtórzył zresztą dwukrotnie, tak jakby przygotowywał rodaków na narodową katastrofę.

Bo ta katastrofa wcale nie musi być wirtualna. W czasach prosperity władze wydawały miliardy drachm, a potem euro na bardzo wysokie podwyżki wynagrodzeń w sferze budżetowej i inne wydatki socjalne, jak choćby zasiłki dla bezrobotnych czy dotacje dla najuboższych. Dziś sytuacja jest taka, że po raz pierwszy od 1974 roku, czyli od upadku dyktatury tzw. czarnych pułkowników, impas w finansach publicznych zagraża suwerenności i niezależności kraju. Niewykluczone, że Grecja będzie musiała ubiegać się o pomoc finansową w innych państwach Wspólnoty, Europejskim Banku Centralnym i Europejskim Banku Inwestycyjnym.

Agencja ratingowa Fitch obniżyła ostatnio ocenę wiarygodności Grecji z A- do BBB+ z perspektywą negatywną. Obniżenie ratingu natychmiast pociągnęło w dół ateńską giełdę – o 6 proc., a następnie osłabiło europejską walutę.

Niepokój budzi sytuacja Hiszpanii. Agencja Standard&Poor’s postanowiła obniżyć perspektywę długoterminowego ratingu tego kraju ze stabilnej do negatywnej. Deficyt sektora finansów publicznych Hiszpanii pod koniec października wyniósł niemal 60 mld euro, czyli 5,63 PKB, podczas gdy deficyty w krajach Eurolandu nie mogą przekraczać 3 proc. PKB.

Węgry – tu w przyszłym roku zadłużenie publiczne może sięgnąć aż 80 proc. PKB, co w przypadku kraju postkomunistycznego, który musi zasłużyć na zaufanie inwestorów, byłoby wynikiem katastrofalnym. Już w tym roku rząd musiał ratować się drastycznymi cięciami wydatków publicznych. Bez tych oszczędności Węgrom groziłoby wstrzymanie 25 mld  euro życiodajnej pożyczki z Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Trzeci kwartał Węgry zakończyły z PKB na poziomie -8 proc.

– Kryzys z banków i instytucji finansowych przeniósł się do sfery finansów publicznych, i to jest właśnie ta druga fala kryzysu. Spowolnienie gospodarcze obnażyło słabość polityki poszczególnych rządów, które w czasach hossy bez opamiętania wydawały publiczne pieniądze. Dziś wszyscy za to płacą. Jeśli nie dojdzie do szybkich reform finansów publicznych w niektórych krajach, to możemy mieć kłopoty z finansowaniem długów w Unii. To będzie największa bolączka najbliższych lat – twierdzi Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu.

20 z 27 krajów UE przekracza dozwolony deficyt 3 proc., a w strefie euro aż 13 z 16 państw. Niezwykle szybko rośnie też dług publiczny. Komisja Europejska uważa, że zadłużenie strefy euro osiągnie wartość nawet 100 proc. PKB ok. 2016 r. Będzie o ponad 30 pkt. proc. wyższe niż w 2008 r.

Nad Bałtykiem nie ma tygrysów

Z nieco innych powodów z ekonomicznej zapaści nie mogą wyjść kraje nadbałtyckie, dawniej uchodzące za gospodarcze tygrysy regionu. Ich  gospodarki opierały się przede wszystkim na eksporcie do bogatych krajów UE, który załamał się w wyniku kryzysu. W najtrudniejszej sytuacji jest Łotwa; jej realny PKB obniżył się o 37 proc. z najwyższego poziomu zanotowanego w ostatnim kwartale 2007 r. – roku wyjątkowej prosperity.

Jak wynika z danych łotewskiego banku centralnego, w tym roku największy wpływ na rozwój gospodarczy kraju będzie miał ostry spadek krajowego popytu. To w efekcie spowoduje – według prognozy banku – spadek PKB aż o 17,5 proc. A to oznacza, że oczekiwana jest poprawa sytuacji w porównaniu z trzecim kwartałem, kiedy to spadek r/r wyniósł 18,4 proc.

Gospodarka Estonii skurczyła się o 15,3 proc., jednak dane w porównaniu z drugim kwartałem są nieco lepsze. Wówczas PKB zmniejszył się o ponad 16 proc. Poprawa sytuacja tej gospodarki wynika z tego, że podobnie jak na Łotwie, tak i tu wyhamował spadek eksportu – dźwignia krajów bałtyckich.

Głęboka recesja –  14,2 proc., nadal nęka także Litwę. Na szczęście i w tym kraju w ostatnim kwartale sytuacja się poprawiła. W porównaniu z drugim kwartałem PKB odbicie wynosi 6 proc., co w tym czasie było najlepszym wynikiem w całej Unii.

Francja i Niemcy: lepiej

Niemcy i Francja, największe europejskie gospodarki, zaliczyły nareszcie lekkie odbicie, co wielu ekonomistów przypisało państwowym programom pomocowym w tych krajach, które m.in. napędzały konsumpcję. Wprawdzie w porównaniu z ubiegłym rokiem Francja zakończyła trzeci kwartał z ujemnym PKB na poziomie 2,4  proc., ale widać, że recesja zaczyna tu powoli odpuszczać. W pierwszym kwartale tego roku gospodarka Francji skurczyła się aż o 3,5 proc.

Wydaje się też, że Niemcy największą depresję mają już za sobą. W trzecim kwartale gospodarka tego kraju w stosunku do ubiegłego roku zmniejszyła się o 4,8 proc., ale jednak w porównaniu z drugim kwartałem urosła o 0,7 proc. To drugi kwartał z rzędu, kiedy w Niemczech nastąpiło odbicie. (Więcej: Czy Niemcy będą znów lokomotywą wzrostu?).

Jednak pompowanie pieniędzy w gospodarkę i sztuczne kreowanie popytu – m.in. przez dopłaty do zakupu nowych aut, ma swoją cenę. Zadłużenie zarówno Niemiec, jak i Francji rośnie. Z niemieckiego projektu ustawy budżetowej na 2010 r., którą kilka dni temu przyjął parlament, wynika, że wyniesie on w przyszłym roku 85,8 mld euro, co stanowi niemal 80 proc. niemieckiego PKB. Według projektu ustawy budżetowej w przyszłym roku wydatki niemieckiego rządu wzrosną do 325,4 mld euro. Co jest m.in. wynikiem zaplanowanego na przyszły rok pakietu odciążeń podatkowych. Francja będzie miała jeszcze większe zadłużenie. W 2010 r. sięgnie ono 84 proc. PKB, a dziura w budżecie może urosnąć do 8,5 proc. PKB.

Polska: kontuzjowany gospodarczy lider Europy

Na tle zbolałej Europy i innych największych państw świata Polska prezentuje się dużo zdrowiej. W trzecim kwartale 2009 r. nasza gospodarka po raz kolejny pokazała, że bez pompowania miliardów złotych w ratowanie przemysłu i sztucznego podtrzymywania konsumpcji jest w stanie oprzeć się kryzysowi.

Polski PKB, według GUS, wzrósł  w trzecim kwartale w stosunku do tego samego okresu ubiegłego roku o 1,7 proc. To o 0,2 pkt. proc. więcej niż spodziewali się  analitycy.

Według Eurostatu dane dotyczące wzrostu PKB nie wyglądają jednak dobrze. Eurostat liczy bowiem PKB, oczyszczając go z wpływu czynników sezonowych, czyli  np. dni wolnych od pracy. Dlatego europejscy statystycy  twierdzą, że w trzecim kwartale polska gospodarka rosła w tempie 1 proc. Ale jakby tego nie liczyć, Polska pozostawała liderem Unii Europejskiej. Nasza gospodarka w ciągu tych trzech miesięcy – w stosunku do drugiego kwartału – urosła o 0,5 pkt. proc. (zarówno wg GUS, jak i Eurostatu).

Na podtrzymanie wzrostu wpłynęły: popyt zagraniczny (eksport netto), wysokie spożycie oraz wyhamowanie spadku popytu krajowego – ten ostatni czynnik ma ogromny wpływ na stan finansów publicznych, bo od niego zależy wysokość wpływów z podatków.

– Te dane można różnie interpretować – twierdzi prof. Adam Glapiński, doradca ekonomiczny prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. – Jeśli od wyników GUS odejmiemy eksport netto, to okaże się, że w trzecim kwartale 2009 r. mieliśmy nie wzrost, ale spadek PKB, i to o 1,3 proc. Okazuje się, że czynnikiem pozytywnym dla polskiej gospodarki było to, że eksport zmalał mniej niż import, choć też spadał. Nie ma więc powodów do euforii – ocenia Glapiński, który jednocześnie przyznaje, że w polskiej gospodarce zaczął się trend wzrostowy, czyli najgorsze mamy już za sobą.

Przeciwnego zdania jest Krzysztof Rybiński, który twierdzi, że choć nasza gospodarka się  nie kurczy, to nie można na razie mówić o odbiciu. A to dlatego, że grozi nam załamanie finansów publicznych, tak samo jak w Niemczech i Francji, Grecji czy Hiszpanii.

– Nasz rząd nie robi nic, by zreformować finanse publiczne, ograniczyć rozdmuchane wydatki, lepiej ściągać podatki. Na razie Polska umiejętnie radzi sobie z kryzysem tylko dlatego, że mamy nadal silną konsumpcję wewnętrzną i stosunkowo niski udział eksportu w gospodarce (30 proc., przyp. red.) – mówi Rybiński.

Ekonomiści podkreślają,  że czasem zdawałoby się mało ważne rzeczy mogą znacząco wpłynąć na poprawę lub pogorszenie sytuacji. W trzecim kwartale np. naszej gospodarce pomogło to, że ze względu na kryzys wielu Polaków zrezygnowało z egzotycznych wakacji i urlop spędziło w kraju.

Na ostateczny wynik naszej gospodarki wpływ miało też ograniczenie spadku inwestycji – o 1,5 proc. r/r, czyli dwukrotnie mniej niż w drugim kwartale. To zasługa wzrostu inwestycji współfinansowanych z funduszy unijnych, realizowanych głównie przez samorządy.

Kolejny czynnik to stosunkowo słaby złoty. Przysłużył się eksporterom, bo polskie towary były bardziej konkurencyjne w strefie euro.

Przed jednym poważnym problemem, z którym boryka się większość krajów UE, nie udało nam się uciec – przed bezrobociem. Również u nas pracodawcy próbują przetrwać trudne czasy, ratując się zwolnieniami. Do tego wzrost bezrobotnych spotęgowało u nas ostatnio zakończenie prac sezonowych m.in. w budownictwie, sadownictwie, leśnictwie i ogrodnictwie. Na koniec listopada bez pracy było już 11,4 proc. Polaków, o 3,9 proc. więcej niż przed rokiem.

Według przewidywań rządu bezrobocie na koniec tego roku wzrośnie do 12,5 proc., a na koniec 2010 r. – do 12,8 proc., i to pomimo prognoz, że w drugiej połowie przyszłego roku nastąpi naturalne odbicie w gospodarce i finansach.

Sytuację na polskim rynku pracy w dużej mierze ratują fundusze unijne. Tylko we wrześniu aż 50 tys. osób wyrejestrowało się z urzędów pracy, bo dostało się na staże lub szkolenia dofinansowane z kasy Wspólnoty.

– Bezrobocie będzie rosło, nawet mimo niewielkiego wzrostu gospodarczego. Nasza gospodarka jest skonstruowana tak, że nowe miejsca pracy powstają, gdy gospodarka rozwija się w tempie co najmniej 4-5 proc. rocznie – tłumaczy prof. Adam Glapiński.

Nie ma też mowy o wyraźnym wzroście wynagrodzeń. Przeciętne wynagrodzenie brutto w listopadzie  wyniosło 3.403,92 zł, co oznacza, że w stosunku do ubiegłego roku wzrosło ledwie o 2, 3 proc., a w ujęciu miesięcznym – o 2, 8 proc. To minimalny ruch w górę. Ale jeśli nałożymy na niego wzrost inflacji, to okaże się, że realnie płace w naszym kraju niemal stoją w miejscu.

Polski kryzys w kasie państwa

Minister finansów Jacek Rostowski nie żartował, mówiąc kilka miesięcy temu, że  przyszłoroczny budżet będzie najtrudniejszy od 1989 r. Wiadomo, że w 2010 r. będziemy mieli rekordowy deficyt budżetowy, sięgający 52,2 mld zł. Deficyt finansów publicznych (a więc nie tylko budżetu, ale i samorządów, NFZ, ZUS i KRUS) już w tym roku sięgnie niemal 6 proc. PKB, a w przyszłym nawet 7 proc. To oddala perspektywę przyjęcia euro.

Ale skutki deficytu w finansach publicznych mogą być zdecydowanie poważniejsze –  radykalnie zwiększą się koszty obsługi zadłużenia publicznego. W 2010 r. koszty obsługi długu pochłoną 35 mld zł, to ponad 10 proc. wszystkich wydatków publicznych. Jest coraz bardziej prawdopodobne, że w 2010 r. polski dług przekroczy barierę 55 proc. PKB. Tak się stanie, jeśli rząd nie uzyska ponad 30 mld zł z prywatyzacji państwowych spółek.

– A to jest naprawdę  mało realne, bo spowolnienie gospodarcze nie służy prywatyzacji. Nie ma wielu chętnych na państwowe spółki. Moim zdaniem przekroczenie bariery 55 proc. PKB to pewnik – uważa Krzysztof Rybiński.

Jeśli tak się stanie, rząd będzie musiał przedstawić na 2011 r. budżet z bardzo radykalnymi cięciami. Zostaną zamrożone pensje w budżetówce, a emeryci i renciści nie będą mogli liczyć na waloryzację swoich świadczeń. Co to oznacza? I ekonomiści, i politycy nie mają wątpliwości: wzrost niepokojów społecznych.

Dlatego zdaniem Krzysztofa Rybińskiego i prof. Stanisława Gomułki, prof. London School of Ecomics oraz głównego ekonomisty Bussiness Centre Club, rząd zrobi wszystko, by przynajmniej na papierze nie powiększać długu ponad 55 proc. PKB. Ekonomiści twierdzą, że rząd będzie w przyszłym roku wypychał jak najwięcej wydatków z budżetu do różnych agend państwowych, czego nawet specjalnie nie ukrywa, i może być zmuszony do podwyżki danin publicznych, np. akcyzy, a może nawet podatku VAT.

Europa: odbicie w drugiej połowie 2010 r.

Zdecydowana większość ekonomistów jest zdania, że sytuacja w Europie powinna się mozolnie, ale systematycznie poprawiać, poczynając od drugiej połowy przyszłego roku.

– Banki centralne krajów europejskich na potęgę dodrukowują pieniądze. Zagrożeniem dla wzrostu byłby wybuch inflacji i dewaluacja dolara, która może nastąpić w wyniku drugiego uderzenia kryzysu w USA – mówi Krzysztof Rybiński.

Janusz Jankowiak z Polskiej Rady Biznesu zagrożenie dla wzrostu gospodarczego w Europie widzi w dwóch miejscach: w publicznych kasach i bankach. – Poza gigantycznymi długami i deficytami problemem Europy w przyszłym roku będzie wzrost wartości „złych” kredytów. Jeśli okaże się, że złe kredyty są zagrożeniem dla działalności banków, to problem szybko przesunie się do realnej gospodarki – mówi Jankowiak.

Finansowanie wielkich długów i zasypywanie dziur w budżetach z pewnością będzie kosztowało Unię Europejską stopniową utratę wiarygodności wobec inwestorów. Kraje UE będą wydawały majątki na sfinansowanie swojego zadłużenia, na potęgę emitując obligacje. Ekonomiści nie mają już dziś wątpliwości, że Europa, tak samo jaki Stany Zjednoczone zaczyna się coraz mocniej uzależniać od  Chin. Państwo Środka jest dziś jednym z największych bankierów świata, który pożycza pieniądze i Amerykanom, i Europejczykom.

Opinie

Najtrudniej będzie ludziom młodym

Jeremi Mordasewicz, ekspert od rynku pracy, Polska Konfederacja Pracodawców Prywatnych

Choć wydaje się, że najgorsze w walce z kryzysem mamy już za sobą, to jednak na pozytywne sygnały z rynku pracy będziemy musieli jeszcze poczekać. Do końca tego roku bezrobocie w porównaniu z rokiem ubiegłym wzrośnie o około 2 proc., co oznacza, że pracę w 2009 r. straci w sumie 300 tys. osób. Warto zwrócić uwagę na to, że zatrudnienie ograniczają niemal wyłącznie przedsiębiorstwa prywatne. Zarówno w sferze publicznej, jak i rolnictwie pracy z powodu kryzysu praktycznie nikt nie stracił. I niestety, podobnie będzie w przyszłym roku. W Polsce, aby zatrudnienie utrzymywało się na niezmiennym poziomie, roczne PKB musi wynieść minimum 4 proc., czyli tyle samo, o ile przeciętnie wzrasta w tym czasie wydajność pracy. Jeśli wydajność jest wyższa od PKB, to niestety, mamy do czynienia z likwidacją miejsc pracy.

W 2010 roku – według wszelkich prognoz – możemy liczyć maksymalnie na dwa punkty wzrostu gospodarczego. To oznacza, że miejsc pracy dalej będzie ubywać. Szacuje się, że w przyszłym roku pracę straci kolejne 150-200 tys. Polaków. Powodem zwolnień będzie słabnący popyt na towary i usługi i to zarówno na naszym wewnętrznym rynku, jak i w całej Europie. To takie zamknięte koło – ludzie wystraszeni kryzysem obawiają się utraty pracy, dlatego nawet jeśli mają  pieniądze, to wszelkie zakupy odkładają na „lepsze czasy”, przedsiębiorcy zwalniają, bo ich produkty nie znajdują nabywców.
Najtrudniejsze będą dwa pierwsze kwartały przyszłego roku. Wiosną powinno nastąpić lekkie odbicie, bo rozpoczną się prace sezonowe.

W trudnej sytuacji na pewno będą ludzie młodzi, którzy w przyszłym roku zaczną szukać swojej pierwszej pracy. Pracodawcy w momencie, gdy mają do wyboru nowicjusza i osobę z doświadczeniem, zawsze postawią na tę drugą. Młodego człowieka przez rok trzeba uczyć, a to sporo kosztuje. Dlatego absolwenci nie powinni mieć w najbliższym czasie wygórowanych ambicji, ale brać co im pracodawca zaoferuje. Nawet jeśli nie jest to praca na etat, a jedynie umowa o dzieło. Dzięki temu zdobędą doświadczenie, co w przyszłości być może zaowocuje propozycją lepszego stanowiska i wynagrodzenia.

Co do wynagrodzeń, to wszyscy powinniśmy oswoić się z myślą, że te w przyszłym roku raczej rosły nie będą. Smutna prawda jest taka, że cieszyć powinni się ci, których pensja w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy wzrośnie choćby tylko o stopień inflacji.

Zarówno na odbicie na rynku pracy, jak i podwyżki wynagrodzeń musimy poczekać do 2011 roku. Wtedy role zaczną się powoli odwracać: podobnie, jak jeszcze półtora roku temu, warunki coraz częściej będą narzucać pracownicy pracodawcom, a nie odwrotnie, jak to jest w chwili obecnej.

Czy dojdzie do dewaluacji dolara

Prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista Business Centre Club

O recesję, w jakiej pogrążyły się w ostatnich miesiącach kraje nadbałtyckie i Węgry, raczej bym się nie martwił. W ostatnich latach gospodarki tych państw rosły wręcz w nieprawdopodobnym tempie. Ale ten wzrost był sztucznie kreowany ogromnymi kredytami. To, z czym mamy do czynienia w ostatnim czasie w tych krajach, to nic innego, jak korekta. Jeśli nie nastąpi wybuch kolejnej kryzysowej bomby, to w ciągu trzech lat zarówno kraje nadbałtyckie, jak i Węgry podźwigną się z zapaści.

Dużo poważniejszym problemem mogą się okazać ogromne deficyty finansowe wielkich światowych gospodarek, czyli Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych. I właśnie to może okazać się tą kolejną bombą. W krajach tych mamy do czynienia z bardzo niebezpieczną kombinacją potężnego deficytu i bardzo niskich narodowych oszczędności. Szczególne znaczenie ma tu oczywiście stan amerykańskiej gospodarki i to, czy w krótkim czasie inwestorzy nie stracą do niej zaufania. Konsekwencją byłaby dewaluacja dolara w stosunku do euro, a to z kolei wpędziłoby europejskich eksporterów w potężne kłopoty. Przestaliby być konkurencyjni, straciliby wielu odbiorców, co oczywiście zachwiałoby procesem wychodzenia z obecnie trwającej recesji. I właśnie to jest w obecnej chwili największym ryzykiem.

Nikt nie jest w stanie ocenić i przewidzieć, jaki wpływ będzie miało finansowanie amerykańskiego kryzysu pożyczkami zaciąganymi przez administrację tego kraju w innych państwach. Największym problemem jest to, że choć wszyscy wiedzą, gdzie jest bomba, to nikt nie wie, czy wybuchnie, kiedy i z jaka siłą. Nikt też nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie, czy powiodły się próby jej rozbrojenia. Wszystko, co na ten temat wiadomo, to to, że nie wypali za kilka miesięcy czy rok, bo rynki finansowe reagują z dużym opóźnieniem. Dodatkowo negatywnie na sytuację USA wpłyną planowane przez administrację Obamy bardzo kosztowne reformy: służby zdrowia, szkolnictwa, jak również horrendalne wydatki na wojsko. To wszystko w połączeniu z już wysokim deficytem i kryzysem powoduje, że mamy przed sobą jeszcze kilka gospodarczo niebezpiecznych i niepewnych lat.

Jeśli jednak wszystko pójdzie dobrze i żadnego kolejnego uderzenia nie będzie, to w 2012 roku w światowej gospodarce zacznie się hossa. Polska w latach 2012-2015 może liczyć nawet na 7-procentowy wzrost PKB. W tym czasie nasz kraj będzie mógł obniżyć deficyt, poprawić relację długu publicznego do PKB, dzięki czemu spełnimy podstawowe warunki wejścia do strefy euro.

Skarb państwa chce zarobić na spółkach i nie stracić w nich władzy

Rozmowa z Mirosławem Gronickim, dr nauk ekonomicznych, ministrem finansów w rządzie Marka Belki

Przyszłoroczny budżet na 2010 rok Pana zdaniem dobrze jest skrojony na czasy kryzysu?

Przy założeniach rządu Donalda Tuska, który dalej chce przede wszystkim wydawać, a nie reformować, trudno spodziewać się spektakularnego odbicia. Nawet jeśli dochody z podatków na przyszły rok zapowiadają się lepiej, niż to zakładano jeszcze we wrześniu, dzięki czemu można liczyć na rezerwę finansową, to i tak będzie to rok trudny.

Jakie są  największe problemy tego budżetu?

Minister finansów nie uwzględnił  w nim wielu bardzo poważnych wydatków, dzięki czemu deficyt wygląda na mniejszy niż w rzeczywistości będzie. Już dziś  możemy powiedzieć, że wydatki na drogi będą z pewnością wyższe niż w roku obecnym. Minister Jacek Rostowski przeniósł je do Krajowego Funduszu Drogowego (KFD), który nie ma własnych środków. KFD zaciągnie zobowiązania, które kiedyś trzeba będzie spłacić. A te wydatki nie są uwzględnione ani w deficycie budżetowym, ani w długu publicznym.

Ale KFD to nie jedyny problem. W ustawie budżetowej nie ujęto również pożyczek, które na pewno będzie musiał w przyszłym roku zaciągnąć Zakład Ubezpieczeń Społecznych, pominięto długi, które zaciągną szpitale. Rezerwa Narodowego Funduszu Zdrowia już się wyczerpała, w przyszłym roku nie będzie z czego dołożyć. Nie ma co liczyć na to, że nagle spadnie liczba chorych. Po prostu szpitale bardziej się zadłużą.

Ale to oczywiście jest konsekwencją  nieprzeprowadzania żadnych reform. Rząd Donalda Tuska dryfuje, liczy na przetrwanie. Boi się podjęcia jakiejkolwiek decyzji związanej z reformami, które dałyby rezultaty nie od razu, ale dopiero za jakiś czas. Często zastanawiam się, czy politycy zdają sobie sprawę z tego, że rozdawnictwo do niczego nie prowadzi, bo kiedyś wszystkie zobowiązania trzeba będzie spłacić. Grecja niedawno na własnej skórze przekonała się, czym to grozi. I w tej chwili politycy w tym kraju zmagają się z rozgoryczonymi obywatelami, którzy nie rozumieją, dlaczego nagle odbiera się im zasiłki, podwyższa podatki.

Ekonomiści zwracają  uwagę również na to, że wydatki unijne nie zostały ujęte w deficycie.

Wydatki unijne, podobnie jak te związane z ZUS-em, szpitalami i drogami, również zostały zamiecione pod dywan. Przyszłoroczny budżet jest bardzo niedoszacowany. Wszystkie zabiegi, jakich dokonał minister Jacek Rostowski, powodują, że jest też bardzo trudny do przeanalizowania. Tak naprawdę nie da się go porównać z żadną ustawą budżetową z ostatnich trzech lat.

Ale tak czy inaczej wynika z tego, że dług publiczny może przekroczyć w przyszłym roku 55 proc. PKB.

Istnieje duże niebezpieczeństwo, że tak się stanie. Ale jestem przekonany, że rząd użyje wszelkich sposobów, by się do tego nie przyznać. Będzie po prostu liczył dług według własnej definicji. Jednak dane, jakie Polska musi przekazywać do Eurostatu (Europejski Urząd Statystyczny) nie będą mogły być już zmanipulowane. W Europie minister Jacek Rostowski będzie musiał przedstawić faktyczny stan zadłużenia kraju.

Skoro sytuacja jest tak zła, to może rząd w przyszłym roku poszuka pieniędzy w kieszeni podatników?

Oczywiście jest to możliwe. W każdej chwili można podnieść VAT, akcyzę, ceny prądu i gazu, które są urzędowo regulowane. Jednak trzeba pamiętać, że to będzie rok wyborczy. W takim czasie niezwykle rzadko podejmuje się decyzje o podwyżkach.

To może budżet uda się  uratować dzięki prywatyzacji przedsiębiorstw, która w tym roku się nie powiodła?

Aby w tej kwestii coś  się na dobre poprawiło, to wcześniej rząd musi zmienić  swoją mentalność. Skarb państwa chce zarobić na swoich spółkach i jednocześnie po sprzedaży mieć na nie decydujący wpływ. To tak, jakby ktoś wziął pieniądze za samochód, a dalej nim jeździł. Ten zastój w prywatyzacji trwa w Polsce od 2005 roku, kiedy zwyciężyła koncepcja kontroli. A to koncepcja, która przecież obowiązywała w poprzednim systemie. Politycy zapominają, że w gospodarce wolnorynkowej również kontrolę sprawuje się za pośrednictwem regulatorów.

Dlatego ja do szans powodzenia prywatyzacji jestem bardzo sceptycznie nastawiony. Najpierw musiałaby się zmienić mentalność rządzących.

Rozmawiała: Anna Mallik

Tagi


Artykuły powiązane